Nie umiem tego opowiedzieć, więc zacznę tak:
Dawno, dawno temu...
12.08.09...
Pewna dziewczyna o imieniu ... poznała najwspanialszego chłopaka świata...
Był on od niej kurczowo starszy, ale ich miłość rozkwitła galopująco...
Nauczył ją zamykać oczy, po czym widzieć wszystko co tylko sobie wymarzyłeś...
Po pewnym czasie doszło między nimi do czegoś cudownego...

I po paru miesiącach rodzice danej dziewczyny, dowiedzieli się o kochankach...
Wygnali biednego chłopaka, a ją sponiewierali później, jak niewłasne dziecko...
W końcu załamała się i popadła w głęboką depresję, aby nie ujawnić jej wchodziła na dach swojego bloku i grała tam na gitarze dla niego pieśni...
Może zrozumiecie wszystko i przełożycie na nasz wiek

No właśnie... Ot co cała historia mojej pierwszej i ostatniej prawdziwej miłości.
Nie umiem zapomnieć, przestać się wydzierać przez sen ( przez co jeszcze większe kłopoty, a z góry mówię iż nie ściągnęłam tego z New Mon, czy jakoś tak, ponieważ mam tak od zawsze, lunatykuję ) Pomocy!!!
On napewno nie wróci. To jest wiadome i pewne, jak fakt iż mam pięć palców, lecz może wy wpadniecie na jakiś lepszy pomysł niż depresja?
Napisałam już nawet w euforii wczoraj list do Billie'go Joe, bo mam jego adres zamieszkania.
Pomocy!
Wiem iż normalnie z takim problemem nie szłabym na głupie forum, ale wszystkie wiemy jak to jest kiedy umieramy z tęsknoty
Jutro Sylwester, a ja nie umiem sobie go bez niego wyobrazić...