prawie_prawniczka
27.03.10, 21:40
Wg mnie i wielu osób to archaiczny, śmieszny zwyczaj. Moi koledzy, którzy
pracowali w zagranicznych bankach twierdzą również, że to polski, taki
prl-owski zwyczaj, podobnie jak żarcie schabowego przez dyrektora na biurku,
praktycznie na oryginale dokumentów urzędowych czy klientowskich! Pracowałam w
Wielkiej Czwórce gdzie nawet zarabiający miliony partner nie "zamawiał" kawy u
asystentki. W obecnej firmie niektórzy goście, w szczególności z zagranicy
krępują się prosić o kawę czy herbatę. Kilku wprost mi powiedziało, że wstyd
im o to prosić, mimo, że to dyrektor ich pyta. Są u nas dyrektorzy/zastępcy,
którzy sami ją parzą - mają ekspres u siebie w gabinecie lub parzą herbatkę z
czajnika. Są jednak jednostki, które z lubością z tego korzystają. Widać
wyraźnie, że są to osoby zakompleksione, aroganckie, nie mówią dzień dobry
kiedy wchodzą do pomieszczenia itp potrafią zawołać asystentkę by otworzyła im
okno, mimo, że mają blisko i sami mogą to zrobić.
U moich rodziców gdzie zawsze była zatrudniona gosposia, nikomu nie przyszło
do głowy tak traktować osoby prowadzącej dom. Podobnie kiedy byłam gościem u
dziadka będącego dyplomatą. Przeraża mnie i mierzi to traktowanie asystentek
jako służących z brakiem elementarnego szacunku względem wykształconego
pracownika. To jakiś absurd - z jednej strony wymagania wobec takich dziewczyn
są ogromne-ukończenie 2 prestiżowych kierunków na państwowych, dziennych
studiach, 2 języki, strój jak u menadżera-garnitur czy garsonka, obycie,
umiejętność załatwiania spraw, a z drugiej strony traktowanie jak ciecia
najniższego sortu.
Nie przemawia do mnie argument oszczędzania 2 minut czasu menadżera, bo z
drugiej strony odrywanie od pracy merytorycznej, którą nierzadko asystentki
wykonują powoduje również stratę dla firmy, a poza tym każdy dyrektor, prezes
to też człowiek i w pracy nierzadko odbiera prywatny telefon, wychodzi z biura
na prywatne spotkanie lub po prostu przez chwilę rozmawia z pracownikiem o
bzdurach, a nie sprawach służbowych.