pct3
21.04.12, 14:11
pacjentka z objawami zaostrzenia alergicznego nieżytu nosa, spojówek.
już leczona objawowo.
w gabinecie:
1. zebrano wywiad.
2. zbadano fizykalnie.
3. omówiono objawy i zaproponowano leczenie; dodając 2 nowe leki na receptę
4. wypisano receptę.
5. zaproponowano i zaplanowano wizytę u alergologa (system prywatny, abonamentowy, więc wizyta specjalistyczna za jakieś 2 tygodnie, to tak w razie spodziewanych uwag forumowiczów o "realności").
pacjentka opuszcza gabinet ze słowami "myślałam że mi pan pomoże".
Jak najbardziej - znając realia polskiej myśli konowalskiej (słowo "myśli" jest tu oczywiście użyte w głębokiej ironii), rozumiem, że ani moje leki, ani postępowanie alergologa nic pacjentce nie pomoże, to zupełnie jasne, polscy lekarze pomagają pacjentowi wyłącznie poprzez zaniechanie działań i wtedy, gdy pacjent cudem uniknie zaordynowania leku, badania czy zabiegu, jego vis vitalis stawia go na nogi. Oczywiście że tak.
Mam tylko uwagę natury logicznej. Leki zaordynowane przeze mnie, a także przez alergologa za jakieś 2 tygodnie do przodu, naprawdę nie mogły ani zadziałać, ani nie zadziałać, przed ich wykupieniem i podaniem. Naprawdę!
Inne opcje pomocy?
Owszem: usunięcie alergenu, w tym przypadku wszystkich pylących roślin.
Ewentualnie: mukozektomia nosa, gardła i koniunktiwektomia obustronna ;-)
Ale - pierwsza opcja to domena Boga, bogów, Demiurga czy zgoła Kriszny (choć ten ekologiczny lewak, miłujący pylące byliny, nie uczyniłby tego). Zatem- znowu to nie lekarze sobie uzurpują, ale pacjenci przypisują lekarzom cechy boskie - nie nowość.
Druga z kolei opcja podejrzewam że tym bardziej skończyła by się niezadowoleniem pacjenta.
Jest jeszcze opcja trzecia - nic nie robić. Czy wtedy lekarz nie usłyszałby powyższego komentarza?
Do przemyślenia.