Dodaj do ulubionych

Szpitale dziecięce - horror!!!

08.02.05, 13:26
Kochani!
Szukałam dosyć długo jakichś informacji na temat szpitali dzieciecych
(mieszkam w Warszawie). Chciałam zobaczyć, czy są tacy jak ja - mający
zastrzeżenia co do niektórych oddziałów i szpitali.

Czasem zdarza się tak, że niestety musimy naszą pociechę ulokować w szpitalu
i wiecie co, ja mam już spore doswiadczenie w "tych" sprawach. Mam dwie
córki. Jedna 3,5 roku, druga 9 miesięcy. Obie już leżały w szpitalach : na
Niekłańskiej, Na Działdowskiej i (przypadkowo) w Wołomonie na oddziale
pediatrycznym.

Zacznę od Wołomina. Moja starsza córka miała biegunkę, wymioty i gorączkę
(klasyczne objawy wirusa rota) . Ponieważ zalezało nam na czasie - mieszkamy
niedaleko, pojechaliśmy do Wołomina z objawami poważnego odwodnienia (trwało
to ok. 4 godzin). Pani w 998 zapewniała nas na godzinę przed pojechaniem do
szpitala, że dziecko takie (w tym wieku) jest już duże i nie potrzeba jechać
do szpitala, bo się tak szybko nie odwodni. Jednak... się odwodniło. Przyjęto
ją na oddział, przy okazji okazało sie że ma zapelnie ucha środkowego. No i
leczenie antybiotykiem. No i powiem Wam, co teraz wydaje mi się absurdem, ze
była na przepustce z wenflonem w rączce!!!! Dwa razy dziennie woziliśmy ją na
antybiotyk. Jednak za krótko to trwało, bo po 2-3 dniach (nie pamietam
dokładnie) po wypisie odnowiło się jej to zapalenie ucha. Antybiotyk miała
podawany 5 dni o ile dobrze pamiętam.
Ale to nie koniec historii. Tak się zbiegło w czasie, że moja młodsza, wtedy
czteromiesięczna córka dostała katarku, a u takich maluchów - wiadomo, że nie
bagatelizujemy takich spraw. Więc (było późno, mąż późno z pracy wrócił),
pojechaliśmy kolejny raz do Wołomina na dawkę antybiotyku dla starszej,
poszliśmy do nocnej pomocy pediatrycznej z małą w szpitalu. No i co??? Lekarz
stwierdziła, że ma zapalenie płuc!!!! No i prześwietlenie, przecież nie znam
sie na tym, nie wiedziałam, co na nim jest. Stwierdziła, że bardzo rozległe i
już mamy iść natychmiast na oddział. Zapoisała nam antybiotyk. Nagle coś
pokreśliła i zapisała pół wcześniejszej dawki! (o zgrozo, to nie był nasz
taki ostatni przypadek, ale o tym za chwilkę). Przeraziłam się. Wysłała nas
na oddział, ale ja mówię do męża, że coś mi tu nie pasuje i pod pretekstem
spakowania rzeczy z domu pojechaliśmy na Niekłańską. Tam oczywiście też
prześwietlenie, bo tamto, z Wołomina - nieczytelne (poruszone). i skończyło
się na wit C i takich tam innych... Powiedziałam, ze juz nigdy w życiu tam
nie pojadę.

Teraz o Niekłańskiej. ta sama córeczka dwa miesiące później faktycznie nam
się poważnie rozchorowała. Tym razem naprawdę maiała zapalnie płuc. No i
leżeliśmy na oddziale Patologii Noworodka i Niemowlęcia. 2 cięzkie tygodnie,
bardzo ciężkie. Są na tym oddziale 2 takie pielęgniarki, które nie umieją
wkłóć wenflona!!!!! Wyobraźcie sobie, że jak na złosć mojej córeczce prawie
zawsze wysiadał wtedy, kiedy one obyły na dyżurze. Tragedia! Płakać mi sie
chce, jak sobie to przypomniam. 15-20 minut krzyku błagalnego dziecka w tym
zabiegowym!!! A potem 3-4 dni nie chciała spać, bo się chyba bała, że ją
zabiorą czy co. Budziła się z krzykiem. Straszne. A one zawsze mówiły, że ma
takie słabe żyły że wogóle się nie mozna wbić. Tylko dziwne, ze inne
pielęgniarki jakoś przez dwie minuty otrafiły sprawę "załatwić". No i w końcu
wyszlismy. Tyle, że po tygodniu wróciliśmy. Nie wiem, czy była niedoleczona
(cały czas kasłała), czy ją gdzieś przeziębiłam. Lekarz prowadząca
stwierdziła, żebyśmy zostały, bo po dożylnych anybiotykach (i sterydach!!!!! -
nie mogę przestać o tym myśleć - w dawkach końskich, bo miała też
obturacyjne zapalenie osktrzeli) jej zaraz przejdzie. No i faktycznie jej
stan sie bardzo szybko poprawił. W sobotę przyszłyśmy na oddział a w
poniedziałek było już naprawde ok. Pytam sie, kiedy wyjdziemy, bo nie
chciałabym niczego złapać (zapomniałam Wam napisać, że za pierwszym razem w
naszej "współlokatorki" stwierdzono po 2-3 dniach sallmonellozę i mieliśmy
izolatkę - my nigdzie nikt do nas). No i lekarz powiedziała nam, że 7 dni
antybiotyk musi być. No to w piątek proszę ją i błagam (rano), żeby nas
wypuściła, bo szkoda mi dziecka. Ona na to, że moja córeczka MUSI zostać do
poniedziału, bo w poniedziałek przeswietlenie i badanie krwi muszą zrobić.
Pytam czy nie można dziś (czyli w piątek), ona że w poniedziałek. No jakbym
cos wyczuła. Dziecko na sali się rozchorowało od nowa. mamusia przyniosła mu
coś z podwórka, zostawiła go na noc z prawie 40st. gorączką> I tak dziecko w
sali ok. 15 m2 było totalnie chore. Z nosa mu się leje, kaszle, a ja mam
zaraz wyjść ze szpitala. Więc idę do dyżurnego lekarza, sobota wieczór, żeby
albo nas (albo to dziecko) przeniósł, albo do domu wypisał. A on rozkłada
ręce ze nie ma miejsca. Ale że w zasadzie to nic mu nie jest bo z morfologii
nic nie wyszło. no więc siedziałam z tym chorym chłopczykiem. W poniedziałek
zbadano małą i wypisano nas do domu. Następnego dnia 39 st. gorączki...
Myślałam, że sie załamię. Z mężęm byliśmy prawie codziennie u lekarza. W
końcu w niedzielę (prawie tydzień po wypisie) było tak źle, że pojechaliśmy
na ostry dyżur...

tym razem na Działdowską. Tam oczywiście prześwietlenie i antybiotyk. Trzeci
w ciągu miesiąca. Bardzo nie chciałam zostać w szpitalu, lekarz dyŻurna
stwierdziła, że nie jest ragicznie i możemy pojechać do domu, ale gdyby
cokolwiek nas zaniepokoiło - natychmiast mamy wracać. W sumie stan jej sie
poprawiał. Ale miała bradzo poważne problemy z odkrztuszaniem wydzieliny.
Więc po dwóch dniach się złamałam i wróciliśmy. Warunki - tragiczne! Nie ma
gdzie się umyć (!!!!!!!!!!!), a ja byłam z córką non stop, bo ją karmię
piersią, toaleta piętro niżej, karaluchy wielkości cukierka biegały po sali.
Koszmar. Do tego pielęgniarki - Jezu, jakbym mogła to bym
powybijała!!!!!!!!!! Opryskliwe, niemiłe, straszne!!!! Naprawdę tragedia.
Powiem Wam jeszcze tyle, że właśnie na Działdowskiej lekarz nam przpisał
podwójną dawkę tego antybiotyku, który brała już kilka dni doustnie. Może nic
dziwnego, tylko, że gdy ja poszłam się TYLKO UPEWNIĆ że tak ma być, to się
okazało, że ma być połowa dawki. Jedyna zaleta tego wszystkiego to to, ze nas
wypuszczono na przepustkę, jak tylko stan się poprawił.

Kochani Rodzice, czuwajcie, patrzcie wszystkim na ręce. Pamiętajcie w takich
przypadkach chodzi o nasze największe skarby. Czekam na Wasze listy z Waszymi
doświadczeniami w podobnych sprawach. Mam nadzieję, ze tych pozytywnych
będzie 10 razy więcej.

Pozdawiam
Obserwuj wątek
    • Gość: mirka Re: Szpitale dziecięce - horror!!! IP: *.core.lanet.net.pl / *.core.lanet.net.pl 08.02.05, 14:48
      opinia o całym szpitalu na podstawie kontaktu z jedną lekarką a szpital to
      przecież nie jest jeden lekarz i dwie pielęgniarki .
      Wkłucie u małego dziecka a szczególnie u niemowlęcia to lata praktyki ,może
      trafiłaś na młode pielęgniarki a te powinny ,jeśli nie moga założyć wenflonu -bo
      nie potrafia , poprosic lekarza choć lekarze szczególnie na pediatriach bardzo
      bronią się przed taą czynnością ,praca niewdzięczna -dziecko patrzy na taka
      osobę później z przerażeniem nawet te kilkumiesięczne .
      To bardzo przykre patrzeć na cierpienie dziecka dlatego zazwyczaj prosi się
      matki aby nie asystowały przy tych czynnościach bo dziecko tez traci zaufanie do
      rodzica który patrzy na jego cierpienie i nie pomaga mu.
      ps. moja córka ma juz 5 lat a też ostatnio ja "obkłułam " trzy raz a żyły
      wydawały mi sie dostępne :(
    • Gość: GTelega Re: Szpitale dziecięce - horror!!! IP: 65.90.124.* 08.02.05, 20:22
      > objawami poważnego odwodnienia (trwało
      > to ok. 4 godzin). Pani w 998 zapewniała nas na godzinę przed pojechaniem do
      > szpitala, że dziecko takie (w tym wieku) jest już duże i nie potrzeba jechać
      > do szpitala, bo się tak szybko nie odwodni. Jednak... się odwodniło.

      "Odwodnienie" to bardzo szerokie okreslenie moze obejmowac kogos kto ma suche
      wargi i kogos kto jest we wstrzasie. O ile pani podala Ci przez telefon jakie
      objawy moga wskazywac na powazne odwodnienie jej informacja byla jak
      najbardziej prawidlowa. Prawdopodbnie czeste podawanie niewielkiej ilosci
      plynow w domu mialoby takie sam skutek jak podroz do szpitala. Zapalenie ucha
      rownie dobrze moglo byc leczone przez lekarza domowego.

      > No i powiem Wam, co teraz wydaje mi się absurdem, ze
      > była na przepustce z wenflonem w rączce!!!!

      Nic dziwnego, jest to standart w USA. Chociaz na ogol pielegniarka przychodzi
      do domu by podawac antybiotyki.

      > córka dostała katarku, a u takich maluchów - wiadomo, że nie
      > bagatelizujemy takich spraw.

      Mysle, ze tak naprawde to potrzebujesz madrego lekarza pierwszej opieki. Katar
      u czteromiesiecznego dziecka bez goraczki, moze spokojnie poczekac do
      nastepnego dnia na wizyte u pediatry.

      To ze pomylono zdjecia to rzeczywiscie powazny blad.

      > Pytam sie, kiedy wyjdziemy, bo nie
      > chciałabym niczego złapać (zapomniałam Wam napisać, że za pierwszym razem w
      > naszej "współlokatorki" stwierdzono po 2-3 dniach sallmonellozę i mieliśmy
      > izolatkę - my nigdzie nikt do nas).

      Owszem rozwiazniem moglyby byc pojedyncze pokoje dla kazdego, ale to wiecej
      kosztuje - czy chcialabys placic wyzsze ubespieczenie by miec to zagwarantowane?
    • Gość: marta Re: Szpitale dziecięce - horror!!! IP: *.csk.pl 09.02.05, 09:47
      A wiesz ze Ty w tym wszystkim tez nie jestes bez winy? Ja jestem wdzieczna mojej mamie, ze mnie trzymala z dala od lekarzy i lekow, a w szczegolnosci od antybiotykow, sterydow itp. Po jakims czasie naturalnego przechodzenia przez wszystkie dzieciece przypadlosci, przestalam chorowac w ogole.
    • Gość: też Ewa Re: Szpitale dziecięce - horror!!! IP: *.chello.pl 09.02.05, 12:30
      Droga moja, choroba dziecka, zwłaszcza małego, jest zawsze stresem dla
      najbliższych. Często winą za to, że nie przechodzi natychmiast, że dziecko się
      męczy, musi pozostać w szpitalu itp. obarcza się szeroko rozumiana służbę
      zdrowia.
      Nie wiem jak było w Twoim przypadku - relacja jest siłą rzeczy subiektywna.
      Należałoby wysłuchać równiez drugiej strony, bo to co potrafią wyrabiać w
      szpitalach czy przychodniach rozhisteryzowane matki często nie mieści się w
      głowie.
      Obrazek sprzed kilkunastu dni. Dziecko ok. 2 lat nie daje się zaszczepić.
      Dostaje ataku histerii na sam widok strzykawki. Pielęgniarka w punkcie
      szczepień jest wyjątkowo doświadczonym pracownikiem i nadzwyczaj cierpliwą,
      ciepłą osobą. Dokonuje cudów, aby maluch jednak pozwolił się zaszczepić. Jest
      już bliska sukcesu, gdy matka łapie ją za rękę, siostra lekko drapie malucha w
      ramię. O szczepieniu mowy nie ma - dziecko dostaje spazmów, matka używa
      niecenzuralnych ,nieparlamentarnych słów. Pielęgniarka za chwilę musi szczepić
      kolejne dzieci.Ręce jej się trzęsą.Zapraszam do siebie do gabinetu, aby kobieta
      trochę się uspokoiła. Na korytarzu słyszę co matka-histeryczka sądzi o
      umiejętnościach pani Ali i całej służby zdrowia. Gdyby napisała post pewnie
      odsądziłaby wszystkich ludzi w białych fartuchach od czci i wiary. A było
      zupełnie inaczej.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka