Nie mój romans, ale stał się częścią także mojego życia i przyczyną solidnego zmartwienia.
"Kochanka" to moja najlepsza przyjaciółka - piękna, mądra, pewna siebie, silna osobowość, choć duch trochę niespokojny - ciągle żądny wrażeń (jej związki zawsze były nietuzinkowe).
Parę miesięcy temu związała się z żonatym facetem. Jest starszy o dwadzieścia parę lat, intelektualista, hedonista, czerpiący z życia, ile się da. Ma troje dorastających dzieci, z żoną dają sobie wiele swobody (tak twierdzi i myślę, że rzeczywiście tak jest). W jego związku z moją przyjaciółką od razu zasady były jasne - to nie jest miłość, on nigdy nie zostawi rodziny, chodzi o to, żeby dobrze się ze sobą bawić, spędzać przyjemnie czas, rozmawiać, kochać się. Ona też chciała tylko tego i weszła w ten układ bez skrupułów. Minęło parę miesięcy i układa im się świetnie. Nie tylko jest im dobrze w łóżku, ale też dogadują się świetnie - jeżdżą na wycieczki, wymieniają się książkami i filmami, bardzo dużo rozmawiają, snują nawet plany na bardzo daleką przyszłość (np. że za 20 lat ciągle będą tak żyć). Myślicie, że to jest realne?
Martwię się o nią po pierwsze właśnie dlatego, że zaczynam wierzyć, że to potrwa jeszcze bardzo długo (a sądziłam, że szybko się znudzą), a ona w tym układzie oddaje się bardziej - facet ma rodzinę, a ona będąc z nim nie jest w stanie związać się z nikim innym - niby może, ale on ją za bardzo zaprząta, poza tym potencjalny nowy partner mógłby mieć z tym problem

.
Po drugie - angażuje się coraz bardziej. Niby jest tak jak było - seks plus przyjaźń, ale zaczyna niebezpiecznie wierzyć w to, że jest wyjątkowa i że on miał już tysiąc takich kochanek, ale takiej jak ona to jeszcze nie i nie wiadomo, jak się to skończy.
I po trzecie - nie pilnują się. Wszyscy - on, ona, jego rodzina (plus całe mnóstwo znajomych obojga) mieszkają w tym samym mieście. A oni nie obściskują się może na ulicy, ale chodzą na spacery, do kina, na piwo...
Myślicie, że to ma rację bytu? A jeśli nie, to czy ja mogę coś zrobić?