poznałam go rok temu w pracy... ja mężatka z dzieckiem, on żonaty, dzieciaty; zauroczył mnie totalnie; wydzwaniał, pisał, komplementował, nie odpuszczał... ja o żelaznych zasadach, skusiłam się...najpierw kawa prawie wybłagana, bo ja cały czas odmawiałam, że tak nie można, nie wolno...(nasza znajomość była na odległość, bo on prawie 300km ode mnie mieszka), po kawie, za dwa tygodnie hotel.... poszłam na całość...żałuję? nie wiem? zaraz po- miałam takie wyrzuty, że myślałam, że zwymiotuje, pocieszał, pomagał, rozśmieszał.....że jestem bardzo ważna, bliska, że nigdy z nikim nie miał takiego "flow", że rozumiemy się w lot, a ja te bajki chwytałam jak "pelikan w locie"..

.
Następne spotkanie miało być za dwa miesiące w innym mieście, pojechałam, czekałam, a on dwie godziny przed- zadzwonił, że nie da rady przyjechać, 5h włóczyłam się bez celu po mieście, zaryczana i oszukana......... za kilka dni zadzwonił, przepraszał, ja naiwna wybaczyłam, bo jestem taka ważna, tak bardzo mnie szanuje, tak tęskni itd itp, za kolejny miesiąc znów coś wypadło i dzień przed poinformował, że nie przyjedzie...bo ważne sprawy...w końcu po 5 miesiącach przyjechał na raptem kilka godzin, kawa, szybki seks w samochodzie i obiad......generalnie niczego sobie nic nie obiecywaliśmy, żadnych rozstań małżeńskich, rozbijania rodzin, nic z tych rzeczy...tylko ta "rewelacyjna przyjaźń", telefony od poniedziałku do piątku, sms-y, maile itd, przegadane setki minut, śmiechy, rozmowy o poważnych sprawach i zupełnie błahych...w końcu powiedziałam, że nie widzieliśmy się tyle miesięcy, chce się z nim zobaczyć, i ma mi podać konkretny termin, bo znów zwodzi od kilku miesięcy...obiecuje na miliony procent.... no i co? napisał, że go szantażuje i ma tego dość, kończy tę znajomość, nie będzie już pisał, dzwonił....
wiecie jak się czuję? jak szmata rzucona w kąt, jak szantażystka?? totalne dno, dałam całą siebie, mój uśmiech, optymizm, a dostałam suchego maila, to koniec! on, który nazywał się moim "przyjacielem"??
po prostu straciłam wiarę w ludzi..

jak mogłam być tak naiwna i głupia.......tym bardziej, że od początku ustaliliśmy (chyba ja), że gramy w otwarte karty, jesteśmy fair, zechcemy skończyć tę znajomość, pogadamy, pożegnamy się z szacunkiem, a tu? chamstwo totalne...a najlepsze było jak mi powiedział, że "mnie na swój sposób kocha"...hahahah, jestem totalnie rozleciana, jakby mi ktoś umarł, wzięłam sobie psychotropy, bo nie umiem funkcjonować

