Gość: Carmen Sandiego
IP: *.ppp.uno.edu
01.04.04, 08:54
Przeczytlam wnikliwie długie dyskusje toczące się na tym forum o kondycji
nauki w Polsce. Jestem przekonana że na każdego piszącego przypada stu
czytających więc ziarno rewolucji zostaje zasiane, choć nigdy nie wiadomo w
jaki kwiat wykiełkuje.
Wiodacym wątkiem w tych dyskusjach jest to że naukę należy urynkowić, a
wniosek ten wynika z obserwacji rzeczywistosci, ktόra wygląda tak że wiele
stanowisk na uniwersytetach jest obsadzonych przez towarzysko-genetyczne
kamaryle, dzielące pomiedzy siebie pieniądze i apanaże a niedopuszczające do
apetycznego korytka inne chętne zwierzątka.
Obserwacja jest prawdziwa natomiast wniosek nie.
Zignoruję tu argumenty na temat czy nauka powinna prowadzić do zastosowań, bo
dyskusja na ten temat świadczy o braku zrozumienia czegokolwiek. Ci ktόrzy
tak uwazaja niech się zajmą stosowaniem własnie, tam trzepią kasę i niech nie
zawracają głowy. Wystarczy zauwazyć że gdyby nauka mogła się utrzymać z
bezposrednio mierzalnych zastosowań to by już dawno była businesem jak np.
bankowość. Jeśli nie jest i nigdy nie była więc widać nie może, rezultat
doświadczalny, koniec dyskusji.
Dalszą konsekwencją nawoływania do urynkowienia nauki jest wołanie o potrzebę
mierzenia nauki i naukowcόw w jakiś sposόb, i to najlepiej wielkościa
skalarna ( bo tyle jest w stanie pojąć urzędnik rządowy, choć po naukowcach
spodziwałabym się czegoś więcej). To mierzenie, to właśnie ostrze wszelkich
argumentόw. Powiada się tak: ci co teraz siedzą, wedlug naszej miary, mają
mniejszy wynik niż ci co się o posadę starają. Więc należy wprowadzić zasadę
mierzenia i tylko tych co osiagają odpowiedni wynik należy obdarzyć dostępem
do koryta, a tych co nie osiagają należy wyrzucić. Zasada prosta jak się
wydaje. Nie wypada w tym miejscu przytaczać zasady Heiseberga, ale i w
książkach do socjologii można przeczytać że wynik pomiaru zależy nie tylko od
tego co się mierzy ale i od tego kto mierzy. Na takie dictum „rynkowisci”
przytaczają tzw. liste filadelfijska, ktόra ma stanowić wzorzec naukowego
metra. Kiedyś GW opublikowala listę najbardziej cytowanych naukowcόw i mnie
tylko pusty śmiech ogarnął. Ponieważ nie lubię naukowego sportu nigdy o
takiej liście nie słyszałam, ale jak wszyscy to wszyscy. Po wstukaniu swojego
nazwiska, (we wszystkich możliwych przekręceniach), popatrzylam i jedynie
potwierdzilo się to co wiedziałam i bez tego. Moja najgorsza praca, ktόrą
najchętniej bym wyrwała z czasopisma i zjadła, była cytowana 17 razy (to
raczej dużo zważywszy na hermetyczność dziedziny i ogόlna w tej dziedzinie
liczbę publikacji). I z ciekawości sprawdziłam czy czasem nie w kontekście,
że takich bzdur to świat nie widział, nie, była cytowana jako wartościowa
choć ja wiem że jest jedną wielką pomyłką. Moja najlepsza praca, ważna dla
dziedziny i zrobiona tak ze mucha nie siada była cytowana 2 (słownie dwa)
razy. Przerόżna masόwka osiągała w porywach ładnie ponad 50 cytowań. Szybciej
mnie teraz ktoś nakłoni do wiary w krasnoludki niż przekona o tym że ta lista
mierzy cokolwiek bliskiego temu za co uwazają ją jej zwolennicy, to znaczy
jakiś rodzaj siły naukowej. Czemu tak się dzieje to łatwo zrozumieć jeśli się
zauważy ze nauka scisła kończy się za progiem laboratorium, dalej jest już
nauką społeczną.
Urynkowienie owo będzie się więc odbywać w oparciu o kryterium tyle
przewidywalne co śnieg na Boże Narodzenie (może od razu lepiej się zwrόcić do
gόrali aby to oni mianowali na profesorow z obserwacji cebuli sadzonej na
Trzech Krόli). Teraz, nawet z litości przyjmijmy że to działa (wg. reguly jak
na św. Prota jest pogoda lub słota to na św. Marcina jest deszcz albo go ni
ma). Każdy naukowiec, według postulatόw tej rynkowej reformy ma tworzyć mini
przedsiębiostwo, czyli tak jak jest w Stanach, więc sam stara się o pieniądze
na utrzymanie laboratoriom w przerόżnych instytuacjach i z tych pieniędzy
płaci sobie, kupuje urządzenia i opłaca pracownikόw niższego szczebla.
Pięknie. A co robi uniwersytet i jego administracja. Nic nie robi, taksuje
tylko tzw. overhead. Pytanie zasadnicze: to na psią dupę mi ten cały
uniwersytet i ta cała administracja, jak ja mam się sama utrzymać. Całą
zasadą istnienia uniwersytetu jest to że to właśnie ta firma czyli jej
administracja ma się zajać znalezieniem mi pieniędzy na badania, aparaturę i
pensje. Nie wyobrażam sobie aby ktoś powiedział gόrnikowi po szychcie że ma
wsiadać w ciężarόwkę i teraz sprzedać węgiel ktόry wydobył bo inaczej nie ma
wypłaty. Albo żeby gόrnik miał co pόł roku pisać podanie o grant na wydobycie
węgla (gόrnictwo się dotuje jak naukę). Więc teraz jeśli ja mam szukac
pieniędzy to kto będzie robił badania. No właśnie ! Odpowiedź na to jest -
doktoranci i post-docki. Można i tak tylko po co ja tu jestem (nie poruszam
niebanalnego problemu skad wziaść Chińczykow w Polsce) Nie robię badań
naukowych ale zajmuję się administracją. Zaraz, ale przecież administracja
juz jest, są kierownicy instytutόw, dziekani, rektorzy, wreszcie minister.
Widać mało. Proponowany system grantologii jest tylko stworzeniem jeszcze
jednego ogniwa adminstracyjnego. Po pewnym czasie dochodzę do genialnego
wniosku. Przecież taki post-doc jak robi badania to wie lepiej co jest
potrzebne i co trzeba zbadać. Mowię więc Obywatelu/Towarzyszu (w zależności
od kierunku od Greenwich) Post-docu, jeśli chcecie mieć wypłatę to musicie
dostać grant, siadajcie i piszcie (a ja wam skasuję overhead na swoją
wypłate). Prawo Parkinsona, nic więcej.
Caly ten krzyk bierze się tak naprawdę nie z jakiś wewnętrznych problemόw
nauki ale ze spadku społecznego zaufania do kogokolwiek. Nikt już nie wierzy
ze dziekan przyjmie do pracy kompetentych ludzi ktόrzy będą pracować tak
rzetelnie jak się da. I słusznie że nie wierzy bo jest jak na wtępie
zauważylam. Ale receptą na to nie jest przeksztalcenie nauki w rodzaj
teleturnieju, co postuluja urynkowiacze. Będzie jedynie jak w filmie
Barei: „zespόł pierwszy jeszcze operuje, a drugi już zaszywa pacjenta, siedem
punktόw dla zespołu drugiego”.
System grantow w USA się sprawdzał gdy granty były jedynie uzupelnieniem
budżetu, obecnie stały się podstawą. Często się widzi ogłoszenia że do pracy
owszem przyjmą ale z własnym grantem. Z własnym grantem to ja mam was gdzieś,
ja potrzbuję was, czyli uniwersytetu własnie dlatego że nie mam grantu.
Obecnie nawet zapyziale szkoly na prowincji, takiej że bizony i aligatory
chodzą po ulicach, oczekują od początkującego naukowca że rozwinie program
badawczy oparty na grantach i to taki o renomie miedzynarodowej. Oh, yes.
Tyle że bogata i duża Ameryka może sobie pozwolić na niejedną głupote, w
małej i biednej Polsce będzie to ostatni gwoźdż do trumny.
Najdziwniejsze jest w tym wszystkim, że to nie administracja rządowa forsuje
takie rozwiązania, chodzi mi o systemy grantow, komiczne kryteria oceny
wartości naukowej i brak stabilizacji zawodowej, ale wlaśnie sami naukowcy i
to co jeszcze dziwniejsze młodzi, ktόrzy podobno mają sprawniesze umysły.
Pytam więc retorycznie czemu naukowcy sami sobie pluja do zupy. Każda grupa
społeczna, czy zawodowa licytuje się z innymi grupami aby zwiększyć swoje
przywileje. Rolnicy chcą dopłat, nauczyciele zminiejszenia pensum, zwykli
robotnicy bajońskich odpraw przy zwolnieniu i udziałόw w prywatyzacji.
Naukowcy natomiast zamiast walczyć o pewność zatrudnienia i komfort pracy
umysłowej postulują aby po kilkunastu latach studiόw podstawowych,
doktoranckich i praktyce gościa lub gościowę wysyłać na zieloną trawkę. Czy
ktoś słyszał taki postulat, aby lekarz co nie osiągnął drugiego stopnia
specjalizacji przed czterdziestką był pozbawiony prawa do wykonywania zawodu
na zawsz