sinking_stone
18.09.09, 18:50
Dziewczyny, oświećcie mnie, bo ja już mam totalny mętlik w głowie. Naczytałam się ostatnio o niepłodności i in vitro, w kontekście narodowej debaty też. I wytłumaczcie mi jak to naprawdę jest z leczeniem. Z jednej strony mówi się, że in vitro jest metodą ostatniej szansy, co implikuje, że zanim kobieta przejdzie program in vitro to leczy się ją farmakologicznie, operacyjnie, inseminacje i ewentualnie jak nie dochodzi do skutku podejmowana jest decyzja o in vitro. Inni, chyba „frakcja kościołowa” twierdzi, że lekarze celowo bez badań masowo kierują kobiety do klinik na in vitro, gdy rzekomo można by je z powodzeniem leczyć mniej radykalnie. Chodzi mi o to, czy istnieje coś takiego jak algorytm leczenia niepłodności? Jakieś etapy? Jak się ma IV stopień endo, zrosty w otrzewnej, najprawdopodobniej niedrożne jajowody, popaprane hormony, cuda z owulacją to co? Bawimy się Bóg wie ile w naturalne zaciążenie? A potem wszystkie możliwe ścieżki leczenia? I in vitro? Ja rozumiem, że każdy przypadek jest inny i nic nie można naprawdę przewidzieć tylko jak słyszę/czytam, że kobiety 8 lat są leczone i nic, to mnie trwoga ogarnia, że to wszystko jest robione nieprofesjonalnie, przypadkowo. Że ktoś, w którymś momencie nie potrafi powiedzieć na przykład czas na sztuczne zapłodnienie. Jak to jest? Próbuje się wszystkiego co umożliwia medycyna nie bacząc na szanse powodzenia danej metody? Bo jak słyszę, że ileś razy nie dochodzi do ciąży lub jest wczesne poronienie, to tak jak mówię ogarnia mnie strach.
Cały ten wywód jest też zainspirowany moją wizytą na USG, gdzie pan ginekolog, nawiasem mówiąc specjalista od niepłodności, krzywił się i mówił jak jest źle ze mną, po czym kazał nawcinać się kwasu foliowego, przeciwciała różyczkowe zrobić i próbować NATURALNIE zaciążyć. Powiedźcie ile jest kobiet, które lata tracą na bezsensowne leczenie?