noida
07.12.01, 23:51
Usłyszałam dzisiaj w radiu zdanie, które mnie zastanowiło. Jeden pan powiedział
tak „no i jeszcze jedna rzecz (cała dyskusja dotyczyła feminizmu); ludzie sobie
ubzdurali, że koniecznie muszą być szczęśliwi. Szczęście w życiu to wynalazek
zupełnie niedawny i zupełnie absurdalny.” I faktycznie, jak się tak zastanowić-
czy XIX- wieczny poeta myślał o tym, że powinien być szczęśliwym człowiekiem,
bo wywodzi się ze szlacheckiej rodziny i nie musi pracować w polu? Czy myślał o
tym, jaki ma zaszczyt uczyć się na Uniwersytecie? Czy cieszył się, że ocalał w
powstaniu? A skąd! On się napawał swoim nieszczęściem, a jak żadnego nie miał,
to sobie wymyślał. Na przykład czym prędzej nieszczęśliwie się zakochiwał, albo
uciekał na obczyznę, żeby mieć powód do tęsknoty. Tam samo człowiek
średniowiecza- marzył tylko o tym, żeby wreszcie umrzeć i iść do Nieba. A czy i
słynna sarmacka szlachta taka była rozkochana w życiu? Chyba nie leciałaby z
taką radością bić się, gdyby nad wszystko ceniła swoje życiowe szczęście.
A my? Codziennie mówimy sobie- mam dom, rodzinę- powinienem być szczęśliwy.
Myślimy- jestem szczęśliwy, bo przecież mam dobrze płatną pracę, inni takiej
nie mają. Powinienem się cieszyć, mam tyle- a ludzie umierają z głodu. Mam
szczęście. A jednocześnie myśl o tym, że ktoś ma gorzej wcale nie polepsza nam
samopoczucia. Jednocześnie coś nas męczy, szukamy odpowiedzi na nigdy nie
wypowiedziane na głos pytania. Jednocześnie martwimy się o przyszłość, boimy
się starości albo śmierci.
Czy nie jest czasem tak, że jesteśmy szczęśliwi- na siłę? Przecież szczęście to
stan euforii, ale… chwilowej. Nie można być wciąż na życiowym „haju”.
Więc może dać sobie spokój? Może od czasu do czasu poleżeć sobie w łóżku, tylko
dlatego, że deszcz pada. Powiedzieć wszystkim wokół- mam jesienną depresję i
jak mnie nie zostawicie to będę wrzeszczeć. Powiedzieć- mam dużo, ale wciąż
czegoś mi brakuje, nie wiem czego, i przez to jestem… nieszczęśliwy. I jestem z
tego dumny!