arra20
18.12.10, 22:50
No i tu trafiłam. Coś jest nie tak, zawsze. Bardzo nie tak, zawsze wiedzieli o tym moi najbliźsi ,ale myśleli ,że to przejdzie z wiekiem.Wyrastałam na piękną dziewczynę, więc przymykali na to oko.i się zaczeło,zaczeły się moje problemy, ogrom problemów, jestem na dnie:( z tym że coś jest nie tak, zaczełam oswajać się na przełomie 2/3 klasy liceum, pod wpływem flustracji otoczenia, tego że jestem inna, przez co niby fajniejsza i wyrywająca lepszych chłopaków na imprezach, nie miejąca żadnych oporów przed czymkolwiek, ryzykantka, balangowiczka, nie potrafiąca stworzyć prawdziwego związku z partnerem, przyjaciółmi, zawsze myślałam tylko o sobie. Nigdy nie potrafiłam odmówić chłopcom, bałam się krytyki, odrzucenia, starałam się 5 razy bardziej niż inni, uwążam chyba zawsze siebie za gorszą,byłam podatna na wszelkie używki i zło. Na pozór miałam w nosie opinie innych na pozór bardzo pewna siebie, jednak w środku słaba i bardzo okaleczona psychicznie:( Nie wytrzymałam tego wszystkiego psychicznie .Teraz stałam się aspołeczna boję się kontaktów z ludzmi, nie sprawdzam się w żadnej sutuacji, zawieszam się,izoluję,stałam się obserwatorem,analizuję, jestem nieufna,samotna,opentana przez miliony głosów w mojej głowie, że jestem nic nieznaczącą osobą.Moja pewność siebie została zdeptana wraz z moim dzieciństwem. Mój ojciec był alkholikiem,matka miała ,ma, nerwicę którą zawsze obarczałą nas, dzieci. Zawsze pragnełam ich miłości nadewszystko, do końca nie potrafiłam tego okazać, agresja rodzi agresję,krzyk, obwinienie,wyzwiska, zawsze królowały w naszym domu. Rodzicę mieli poranione duszę swoją przeszłością, ciągle się kłócili, nawet jak był spokój to coś nie grało, każdy zakładał jakieś maski, i udawał że wszystko gra, nie było miłości nigdy,a ja tak bardzo jej pragnełam, bałam się zawsze zresztą jak każdy członek mojej rodziny że moje słabości wyjdą na wierzch , że stanę się nudna i słaba jak pokażę prawdziwą siebie. No i się zaczeło, sex z przygodnymi partnerami, wszelkie zakazane owoce tego świata chciałam odkryć ja. Znaleść gdzieś ukojenie w czymś co da mi przyjemność skoro nie mogę zaznać jej w swoim świecie.Narkotyki, amfetamina, alkohol, papierosy, uzależnienia, potem wyrzuty sumienia i powrót do punktu wyjścia. RYZYKO! to się dla mnie liczyło, prawie zawsze kończyło się jeszcze wiekszym dołem. Szukałam miłości , akceptacji, choć sama siebie nie akceptuję, schronienia w czymś choć na chwile ciepłym. Z moim ryzykiem wiązały się równiez finanse, choć w domu nie było z kasą tak tragicznie, było mi mało. Przez internet poznałam sponsora, był taki opiekuńczy tolerował wszystko, dosłowie co związane było z moją chorą osobowością, zżyliśmy się na prawdę, zamieszkałam z nim, z czasem wychodziło ze mnie wszystko agresja przedewszystkim, którą wyniosłam z domu. Meżczyzna był starszy odemnie o 25 lat, nie widziałam przyszłości z nim. Choć on robił wszystko bym była z nim jak najdłużej, właściwie nic mnie nie cieszyło, ciągłe poczucie pustki, i nienawiści do świata. W między czasie z nim znów przeijały się narkotyki alkohol i sex z przypadkowymi partnerami. Po jakisc czasie nie wytrzymałam. a to ze względu że na prawdę zaczeło mi na nim zależeć, a nie chciałam pokazać prawdziwej siebie, na tym etapie zawsze kończyły się moje związki, kiedy była impreza i zabawa, ok chętnie ale kiedy zaczynało zależeć, byłam za słaba, odrzucałam ich choć tak bardzo chcieli być przy mnie. To nie byłam ja. Presja była ogromna. Po pół roku szaleństwa wróciłam do domu, gdzie sytuacja mało uległa zmianie, w dalszym ciągu rodzicę nie potrafili się dogadać, za czym biegły problemy z dziećmi, zawsze czuliśmy się winni, do tego nie kochani:( Były wakacje, w domu ciągle nie mogłam znaleść swojego miejsca, wpadałam w coraz większe doły, bo dorastałam .. a w głowie miałam swoje przygodny z życia, i nie potrafiłam nic zmienić, ciągle czułam się źle.Nigdy nie czułam się kochana bo nigdy nie byłam sobą. I się zaczeło, moje problemy z odżywianiem co dla BPD jest charakterystyczne, zaczełam niejeść, uważałam że zrzucenie paru kilo sprawi że będe pewniejsza siebie, że zmieni się moje i otoczenia nastawienie, anoreksja, poczucie beznadziejności , na nic nie zasługuję, potem napady bulimiczne, miałam czym wypełnić tą pustkę, w pewnej fazie mojego życia poczucie przyjemności,choć na krótką chwile dawało mi jedzenie,schudłam fajnie, poczułam sie dobrze, ale to było złudne, i na dłuzszą mete nic nie dawało. W domu znów zaczełam się nudzić, nie czułam chemi pomiędzy niczym, czułam że cierpie i nikt nie jest w stanie mi pomóc, ze znajomymi nie chcialo mi sie spotykać, wszyscy pytali co się z nią stało, gdzie się podziałam, ja wolałam siedziec sama, czułam się i tak przegrana, nie chciałam się dobijać. Znów pomyślałam by coś zmienić, na związki z kimkolwiek nie miałam siły, z góry zakładałam porażkę. Znalazłam agencję towarzyską. Przerażające nie? spakowałam się i poprostu wyjechłam, ale żeby było jeszcze ciekawiej moje ryzyko się odezwało i kazało mi jechać na stopa, w nocy bez mówienia słowa komukolwiek pojechałam 330 km z nieznanym mężczyną. W Warszawie pracowałam jako pani do towarzystwa, nie mylić z prostytutką.... tam właśnie zaprowadziła mnie moja choroba, moje zaburzenia osobowości robią z każdym dniem to co chcą, jednego dnia myśle że chciałabym być normalną dziewczyną,którą nigdy nawet nie byłam , ale drugiego że wzywa mnie ryzyko ,cały świat należy do mnie, ciągłe wachania nastrojów, idealizacja i pogarda do ludzi, już nie wiem czy jestem dla kogoś dobra bo tak trzeba, bo go lubie, bo mi się podoba, bo może zostać moim facetem, bo chcę mieć przyjaciela, czy mam być dla niego w ogóle olewająca.....miotam się, gubie, zmieniam, nie wiem jak postąpić, nie wiem co jest słuszne, co nie. Łatwo się załamuję, wszystkim przejmuję,boję się ludzi, myśle że mnie oceniają, myśle że mnie obgadują, krytykują, myśle że wszyscy o mnie myślą, nie radzę sobie. Do tego żeby było śmiesznie po powrocie z warszawy, gdzie przebywałam miesiąc, podjełam 3 kierunki stódiów, w tym dwa dzienne i zaoczne, z żadnym sobie nie poradziłam i rezygnowałam po kilku tygodniach. Żal mi rodziców, żal mi że mnie nie leczyli, bo teraz na prawdę się przejmują, ale ja nie potrafię się zmienić, wiem że jestem chora, i że wymagam leczenia. Ze mam pewnie z 10 może i 20 różnych zaburzeń, że powinnam poddać się fachowej ocenie specjalistów. a mój wewnętrzny głos mówi , żyj na pograniczu życia i śmierci, i tak nic nie znaczysz, nie warto wydać na Ciebie pieniędzy na kliniki, i tak to nic nie da, jesteś przegrana, a to poniekąd słowa mojej mamy gdy wpadała w furie z jakiś błachych powodów,szkoda że tak mocno wryło mi sie to w psychikę, szkoda że rodzina była dla mnie zawsze najważniejsza, zawsze chciałam zrobić coś żeby było w niej dobrze, pogodzić wszysctkich,trzymać w kupie, ale gdzie ja do tego, jestem malutka jak płatek śniegu, co mi teraz pozostało? Wegetacja, póki znów jakiś szalony pomysł nie wpadnie mi do głowy.