prinzessin_salome
20.06.12, 14:34
Mój związek z "moim" bpd zamknięty. Był długi- 12 lat- z tego 10 bardzo trudnych. Od kilku uczyłam się intensywnie "z czym się to je". Zdobywałam wiedzę i w dobrej wierze walczyłam o moją miłość... Potem ona zamieniła się niepostrzeżenie w "chorą więź"... Bo ta piękna "Miłość" została ze mnie już dawno wypędzona, wykrzyczana, a na końcu- wybita. Ale zostało to wściekłe, podstępne uczucie chorej więzi, którą trudno przeciąć. Teraz zasypia...
Cieszę się nowymi opcjami- bałam się czy sobie poradzę- ale sama siebie zadziwiam;). Zauważam, jak miło się żyje bez napięcia, sekowania, permanentnego upokarzania i strachu...
Martwi mnie troszkę, że "mój" bord powtórzy swój schemat toczka w toczkę. Z kim innym- bo tak robi, a kolejne "ofiary" czują się wyjątkowe i wyniesione na wysoki piedestał (tak jak wszystkie poprzednie- o czym przecież kolejne nie wiedzą;)... Horror zacznie się po roku, półtorej... Mogłabym nawet zostać wieszczką- bo i kolejne dzieje są dla mnie jasne. Ale cóż- pogodziłam się z myślą, że nie uratuję innych, których dolą będzie teraz wejść w to piekło. Oni muszą sami- tak jak i ja musiałam. Tak czasem już w życiu jest...
Godzę się z tym, co za mną. Poczucie więzi powoli zanika. "Mój" bord zajmuje się teraz czym innym i kim innym- i nie szuka kontaktu ze mną. Nie ma fali dobrych słów i ciepła (czyli jego kłamstw). Bardzo się tym cieszę. Pomaga mi to odżyć i pomyśleć, że może kiedyś spotkam kogoś niezaburzonego...? Albo po prostu kogoś, kto zrozumie przez co przeszłam- może także z powodu podobnych do moich doświadczeń. Kto wie...
Po co piszę ten post? Bo czytam tu Wasze wspaniałe posty i widzę, że warto podzielić się tym, czego ja doznaję- z dużym "partnersko-bordowym" stażem ("mój" bord był zdiagnozowanym przypadkiem)- może pomoże innym- tak, jak mnie pomaga to, co czytam w Waszych wątkach i postach.
Nie chciałam tej wiedzy. Nie chciałam tego doznania. I nie chcę tego, co teraz- w każdym zabiegającym o mnie mężczyźnie doszukuję się cech BPD... Wiem- chore- nieuniknione- nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Na razie nie mam na to pomysłu.
Nadzieja w tym, że "mój" bord- już trochę skompensowany nowościami w swoim życiu da mi wreszcie spokój, chore więzi (bo już dawno nie "miłość") zanikną w pamięci- jak i skutki mojej niszczącej relacji.
Po 12 latach zakończenie każdego związku bywa trudne. Ale zakończenie toksycznego koszmaru z chorą więzią w tle- gorsze... Patologia jest silniejsza od miłości i często się z nią myli. Potworne- ale czuję to całą sobą...
A ja dziś poczułam, że moja wolność już dotyka mojej skóry... Cudownie!
Z wielkim szacunkiem dla Was wszystkich tutaj
...