wojtek_w1
03.08.09, 19:34
nawet bardzo kiepsko.. jestem "nosicielem" BPD. K.... mam to!!!!
Czytam o tym i czytam o sobie.. zaczynam rozumiec chore motywy swoich dzialań.. jest kiepsko..
moja historia.. zaczelo sie chyba dawno temu.. robilem rzeczy, których tak na prawde nie rozumialem. zawsze sie balem, w jakis sposób, ze bede sam, ze nigdy nikogo nie znajde, szukalem "bliskości", na siłe.. potem cierpiałem ze nic z tego nie wychodziło.. bo jak miało wychodzic jak sam konsekwentnie to niszczylem..
uswiadomilem sobie niedawno. bylem w 4 letnim związku z dziewczyną, którą kochałem ponad wszystko. Kochałem.. nie wydaje mi sie.. na tyle potrafie rozpoznac swoje uczucia zeby wiedziec, ze to była miłość a nie chore emocje. Ale wybuchałem. Mówiła ze "gryze", trzaskanie drzwiami, odwracanie sie na drugi bok bez powodu, milczenie, kłótnie sam nie pamietam o co.. bylo tego sporo. Zaraz potem zmieniałem sie o 180 stopni.. przepraszałem.. Nieraz mi mówiła, ze nie moze tak byc miedzy nami, bo kiedys nie wytrzyma..
Mielismy wrócic z emigracji, rozpoczać nowy etap tu..w Polsce. Ja wróciłem 3 miesiące wczesniej, spakowałem sie w dwa tyg i po prostu wróciłem mówiąc, że spróbuję cos dla nas przygotowac. Mówiłem, ze wracam dla nas, ale czy tak bylo na prawde? Wróciem bez sensu, bez pomysłu na to wszystko, wierząc ze na pewno nam sie uda bo przeciez nam musi sie udac bo my to my i koniec. Polska to szok. Były problemy, ze znalezieniem pracy, doły depresje, oskarzylem ją, że po co tak długo siedzielismy za granicą, teraz jest za pozno na wszystko. W koncu znalazlem prace, ale kłotnie byly dalej.. nie bylo w tym kompromisu, dojrzałości.. działałem na podstawie "bo mi sie to nalezy, bo tak a byc". Wszystko się przeciagneło.. w koncu ona powiedziała "ze zmęczyłem ją psychicznie", ze ma dosc, ze potrzebuje silnego mocnego faceta, a nie kogos, kogo trzeba prowadzic za rączkę.. ze czuje jak odbieram jej godność..
odeszła.. została za granicą. byle dalej ode mnie..
płakałem.. wiłem się po podłodze ze zniekształconym wyrazem twarzy.. wyłem.. to był koszmar..
poczułem się chory, sam, nie dam rady.. poczułem się słaby.. przeraża mnie teraźniejszość, przyszłości boję się tak bardzo, ze az mnie paralizuje.. pojawiła się silna depresja, pojawiły się myśli samobójcze.. czasami tak realne, że nie byłem w stanie kontaktować się z ludzmi dookoła..
co czuje.. ciagły lęk, pustkę, nogi jak z waty..cały czas..boję się przyszłości, nie potrafię nic zaplanować.. boję się ludzi, boję się rozmawiać z nimi. Czuję sie gorszy od innych, zawsze się tak czułem. Zawsze miałem te swoje kompleksy, ona potrafiła wydobyc ze mnie swiatło, na chwilę, bo ja i tak je gasiłem. Czasem myslalem o sobie jak o emocjonalnym wampirze, przeciez ja to lubię.. jak jest "trudno", jak cierpię i ona tez, tylko po to zeby potem powrócic do normalnosci..
teraz cierpie na prawde.. nie pamietam kiedy ostatni raz się usmiechnąłem, ból staje sie nie do wytrzymania. wszyscy mówią "weź sie w garsc!", jakbym potrafił, to dawno temu bym to zrobił.. wszyscy mówią, znajdz w sobie siłę.. jej nie ma..nie potrafie jej odnalezc..
boje sie tak bardzo..siebie, innych.. przestaje normalnie funkcjonowac. Myslę, gdzie moge uciec, jak zyc aby wywinąć się od zycia. Do tego jest tak ciezko.. jestem sam w durnym miescie, nie mam znajomych, nie mam nic.. wszystko zmierza do jakiegos punktu "zero" w którym skonczy sie praca, mieszkanie, zycie..
zastanawiam się, kiedy bedzie ten dzien, ze juz się nie podniosę z łożka, nie pojde do pracy.. rano jest na prawde kiepsko. budze sie przestraszony, patrze w lustro, nienawidze siebie.. nic mi sie we mnie nie podoba..
zastanawiam sie, kiedy bedzie ten dzien, ze postanowie to skonczyc. to trudne odebrac sobie zycie, mysle o tym, ale nie wierze, ze dam rade. pale papierosy, jeden za drugim z myslą, ze moze dostane raka i szybko umre.. autodestrukcja..
nie umiem sobie pomóc.. co tydzien wracam do domu do rodziców, jak małe dziecko..tam przez chwilę czuję sie bezpiecznie, ale oni widzą,martwią się, sami niewiedzą jak mi pomóc. przeczytałem o BPD, napomknałem mamie, rozpłakała się, wiec przestalem o tym mówic.. nie chce ich bardziej niz teraz krzywdzic.
wszyscy zawsze mówili, ty sobie swietnie poradzisz. zawsze mialem dobre oceny w szkole, studia zdane z wyróżnieniem. ale zle tym wszystkim pokierowałem, zupełna nieumiejetnosc wyboru.. dorosłego wyboru i zadecydowania, kim chce w zyciu byc i co osiągnąć..
mam 28 lat, czuje sie nikim, czuje ze stracilem jedyne, co w zyciu bylo dla mnie wazne.. milosc drugiej osoby. czuje sie przegrany..i tak cholernie sie boje..
znajomi.. heh, mówią ze jestem "delikatny", no na pewno.. ale nie wiedzą jak bardzo, bo ukrywałem to. teraz, w obliczu kleski zyciowej nie potrafie sie maskowac.. wszystko ze mnie "wypływa"..dlatego unikam ich, oni wszyscy sobie radzą, są lepsi ode mnie..
moja nauczycielka w podstawówce powiedziala kiedys moim rodzicom, ze jestem typem człowieka, który zawsze chce byc na piedestale, a jak z niego spadnie, to się rozsypie..
rozsypałem się..
pewnie dobrze wiecie, jak to jest. kiedy wszystko cie przeraza, a w zyciu trzeba byc silnym. facet musi byc silny.. ma przetrwac i zapewnic przetrwanie sobie i tej drugiej osobie. jestem sam i nawet sam sobie nie potrafie zapewnic przetrwania:(
bylem u psychiatry, bałem się o siebie, ze w koncu to zrobię.. zabiję się. potraktował mnie "na szybko", powiedział, zebym znalazł sobie duzo zajęć a na noc łykał pramolan.
zastanawiam się, jak sobie pomóc.. zastanawiam sie na jakim poziomie jest moja emocjonalnosc. 10-latek?
ufff.. czy z tym da rade sie zmierzyć? jak????