Kochani, chyba winna Wam jestem moja relację ze świąteczno-
noworocznego pobytu na Krecie. Kazdy z moich pobytów TAM jest trochę
inny. Ten byl bardzo osobisty, więc niełatwo mi było zebrac się raz
do wspomnień, dwa - do swego rodzaju zwierzeń. Ale ze zobowiązań się
wywiązuję lipon

Histeria związana z lotem, dwoma startami i dwoma lądowaniami dzieki
jednej z przemiłych koleżanek z forum mineła niemal niezauważalnie,
jeśli nie liczyc małego wina bladym świtem w samolocie Norwegian
Godzinne opoznienie samolotu w Atenach uchroniło mnie przez staniem
w ogromniastej kolejce do oddania bagażu w Olimpicu. Na haslo: moj
samolot z Warszawy miał opoznienie, przemiły Grek wziął ode mnie
dokumenty, pytając jedynie czy miejsce przy oknie mi pasuje (a jak!)
i zycząc Chronia polla! wręczył bilet do Heraklionu. Pół godziny
oczekiwania w saloniku w towarzystwie dwóch popów i rozgadanej
(telefonicznie) Greczynki oraz muzyki V.P (wiecie kogo, nie bedę juz
pisac

w słuchawkach. A więc lecę, siódmy raz w ciągu ostaniego
półtora roku

Lecę nad Morzem Egejskim, całkiem nisko bo to w
końcu lot wewnętrzny. Mijam kolejne wyspy, jak płowe skóry
zwierąt... naglę widzę coś, co znam, ze zdjęć, z wyobraźni, z
opowieści, z moich projekcji... wyraźny półksiężyc, wyspę w tym
kształcie, zniszczoną wybuchem, który nadał jej ten niepowtarzalny i
niemozliwy do pomylenia z czymś innym kształt. Thira, Santorini,
Tera.. Widzę ją po raz pierwszy w życiu więc wybaczcie euforię. Jest
jak na dłoni, jakby dla mnie, w końcu tylko ja w tym samolocie
wpatruję się tak usilnie w otchłań pode mną

Pewnie dla wszystkich
innych to całkiem normalne... Tuż przed lądowaniem jeszcze jedna
niespodzianka: lądujemy od strony zachodniej, a więc przelot nad
Heraklionem, nad twierdzą, portem, osiedlami mieszkalnymi tak nisko,
że jestem w stanie rozpoznać nie tylko kolor suszącej się na
balkonach bielizny, ale nawet jej fason

)) Wreszcie jesteśmy na
stałym lądzie. Moje magiczne przywitanie z Kretą (jest tak tajne, że
nawet moje dzieciaki nie wiedzą na czym polega

)), bagaż i juz
jestem TAM...

Pierwszy wieczór w miejscu, które mój przyjaciel-przewodnik nazywa
Doksa, ale chyba którego na mapach nie znajdziecie. Na starej drodze
Rethymnon-Heraklion, gdzieś w połowie drogi między Arolithos a
Marathos jest tawerna, stara, rodzinna, niezwykle urokliwa i
położona w cudonym miejscu. Widok z niej na Heraklion to iście
epikurejskie doznanie: jak już kiedyś pisałam: Heraklion u stóp.
Przeżyjcie to kiedyś koniecznie...
Ten długi wstęp niech Was nie przeraża,może dalej nie będzie tak
drobiazgowo

Spędziłam cudowne 10 dni w gronie rodziny, która
przyjęła mnie jak dobry omen na nowy rok.Niezliczone wizyty u
krewnych bliższych i dalszych, w Heraklionie, Tilissos i Zaros, nie
do policzenia filiżanki kawy i szklaneczki wina, setki chronia polla
i kali chronia, dziesiątki imion i historii kto jest czyim bratem,
mężem, chrzestnym lub kubaros

Moja pamięć i refleks wystawione
były na ciężką próbę

I choć było to niełatwe, było też urocze,
magiczne, sprawiające, że czułam się chwilami nawet lepiej niż w
domu...
Moje odkrycia "podróżnika"? Kritsa, z cudownym klimatem, przepiekną
świątynią Panagia Kera z XIII i XIV wiecznymi freskami, które robią
niesłychane wrażenie, gdy tym postaciom świętych spojrzeć prosto w
oczy... Sitia, równie piękna, spokojna jak poprzednim razem; Kato
Zakros (w jakims przewodniku napisali że droga z Sitii jest
monotonna i nieciekawa - nic podobnego! owszem nie ma zapierających
dech widoków ze skał na morze, jedynie tuz przed samym zjazdem do
Kato Zakros panorama jest absolutnie niezwykła, ale dzikość tej
części Krety, surowość krajobrazu, pustka na drodze, brak ludzkich
osiedli zawsze rozpalają moją wyobraźnię). Kilka mijanych po drodze
miasteczek: Paliokastro, Langada, Kelaria, w końcu Zakros są warte
zatrzymania i takiego zwykłego "po-bycia". Samo Kato Zakros jest o
tej porze roku kompletnie uśpionym, przytulonym do plaży i
okolicznych gór miasteczuńkiem (wybaczcie neologizm, ale wioska mi
nie pasuje

Wszystko zamknięte, nawet ruiny pałacu minojskiego
więc z wielkim entuzjazmem podążyłam do słynnego Wąwozu Umarłych. A
swoją drogą położenie minojskiego pałacu bardzo mnie zaskoczyło.
Jest kompletnie inne niz górujące nad równiną Knossos czy Festos,
czy rozłożona szeroko nad morzem na równinie Malia. Kato Zakros jest
jakby odcięte od świata: z jednej strony niemal oparte o góry, z
drugiej w pewnej odległości od morza. Jak oni kontaktowali się z
reszta wyspy? A może w ogóle nie potrzebowali? Byli placówka
skierowaną tylko na wschód... ku Anattolii???
Wawóz Umarłych zadziwił mnie ilością roślin, wybujałością zieleni,
no i te skały. No dobra przyznam się: oczami widziałam zwykłe skały,
jaskinie, wydrążone naturalnie jamy i szczeliny, a przez idioten-
kamere pewne kształty, ale to może tylko moja wyobraźnia. Wrzucę
fotki na forum, sami ocenicie...
Po lekturze "Wyspy" chcialam koniecznie zajrzeć w drodze powrotnej
do Plaki i spojrzeć na Spinalongę, ale i ciemno i poźno, wieć
bajecznie oświetlone Agios Nicolaos tym razem wystarczyło...
Do Stavros zajrzałam z czystej babskiej ciekawości: co tak urzeka
wielu z Was, że tam się zatrzymujecie i przyznaję: nie tylko góra
Zorby! Cicho, spokojnie i... wietrznie ale wierzę, że w sezonie
magnesem jest nie tylko bar prowadzony przez byłego heavy-metalowca
chyba w Kounoupidiana? Bo to urokliwe miejsce....

Paleohora - grzech byłoby tam nie zostać na noc, więc zostałam. To
miasteczko żyje i bez turystów, śmiem twierdzic że nawet lepiej i
bardziej grecko. Przyjeżdzają tu sami Kreteńczycy i Grecy z
kontynentu spędzić święta i nowy rok, o ile nie spedzają go
rodzinnie

Tu moje odkrycie kulinarne: malotira z miodem i
graviera. Wszystkiego próbpwałam wcześniej osobno. W tym zestawie -
mistrzostwo świata! No i wino i raki, żeby nie było, że byłam chora
albo co...

Sougia - jesli kiedys z życiu znudzi mi sie Heraklion i Zaros, to
przyjade tu na całe 3 tygodnie i wynudzę się do granic mozliwości.
Cudne, cudne, cudne miejsce i plaża i niezwykle zadbane miasteczko.
Nawet padający deszcz nie psuje atmosfery. Ten deszcz jest
zbawienny: jeszcze nigdy nie widziałam Krety tak zielonej! Dobrze że
pada, bedzie piękniej i bezpieczniej latem...
Elafonisi - zamglone, zalane deszczem, jakże inne od tej niemal
karaibskiej laguny latem, ale piasek wciąż różowy; w oddali burza i
grzmoty na morzu...; monastyr Chrysokalitissa - dla mnie objawienie,
nie tylko malowniczych widoków i ptaków szamoczących się ZA
prześlicznym ikonostasem... (tylko nie doliczyłam sie tych 99
stopni, no coz... nie jestem tak OK jak mi sie wydaje

; wąwóz
Topolia - piekny i straszny w deszczu... Ostatni dzień roku wyraźnie
nadrabiał jeśli chodzi o opady. Nie wiem, jak udała się miejska
zabawa na placu Elefteria w Heraklionie, z przemówieniem burmistrza
i sztucznymi ogniami, bo ja objadałam się w tym czasie domowymi
przysmakami (dla mnie specjalnie wegeteriańskimi: co za ból mieć
takiego gościa w święta, przecież tylko koza, koza i koza jest warta
zainteresowania

, byłam świadkiem rozbijania granatu (owocu, nie
broni!) o podłogę na szczęście, wnosiłam ikony jako pierwsza osoba
wchodząca do mieszkania i... pisałam również do Was noworoczne sms-
y

))) A potem bawiłam się w... Knossos. Taka mała imprezka na
jakieś tysiąc osób, z muzyką laiko na żywo, buzuki, obsypywaniem
kwiatami, indywidualnymi tancami panów - ten temat muszę jeszcze
przestudiować...:-=) o co w tym chodzi (oni tańczą do muzyki, którą
słyszą w swoich głowach!??)...