Dodaj do ulubionych

HOSPICJUM domowe i stacjonarne

09.08.06, 16:36
Proszę wpisujcie tutaj swoje doświadczenia z Hospicjami.
Jeśli wasze doświadczenia są pozytywne wpisujcie w temacie "polecam
hospicjum...(nazwa i adres)", jeśli doświadczenia są drastyczne i bolesne lub
nie przychylne wpisujcie w temacie: odradzam hospicjum ...(nazwa i adres).

Może w ten spsosób stworzymy listę dobrych i kiepskich oddziałów hospicjów
stacjonarnych i domowych.
Oczywiście nie chcę stworzyć nagonki, chcę po prostu ostrzec tych którzy są
przed wyborem tego by wiedzieć kogo, czy czego unikać.
Ważne jest również to, że "Jak świat stary" oczekiwania każdego są inne, ale
wiem jedno:

CHORZY I ICH RODZINY kierując się pod opiekę hospicyjną potrzebują -
ZAINTERESOWANIA, OPIEKI, EMPATII I CHOĆ ODROBINY ZROZUMIENIA od lekarzy,
pielęgniarek - przecież dla nich świat się kończy lub kurczy.
Jesli tego nie ma, a czujecie się traktowani jak "ciało" - to trzeba o tym
krzyczeć. GŁOŚNO.

Zacznę od siebie.
Obserwuj wątek
    • reloud2 odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 09.08.06, 17:00
      Witam,
      na Forum Gazety jestem od 2 czy 3 miesięcy. Głównie rozmawiałam tutaj na
      forum "Nowotwory- damy radę! ". Dzieliłam się tutaj swoimi obawami przy
      chorobie nowotworowej mojej mamy.
      Moja mama była pod opieką hospicjum domowego EMPATIA w Otwocku.
      Był taki czas kiedy piałam z zachwytu nad tą opieką hospicyjną.
      Do pewnego momentu.
      Jakiego ? do 24.07.2006r to był kolejny dzień znacznego pogorszenia zdrowia
      mojej mamy. Pożegnała się z cała rodziną, sporządziła ustny testament i zaczęła
      odchodzić. Całymi nocami byłam przy niej razem z moją siostrą, również na
      zmianę z cioteczną ( mamy córką chrzesną). Mama bardzo cierpiała.

      Problem rozpoczął się kiedy mama przestała móc swobodnie połykać pokarmy i
      płyny. Wtedy na naszą prośbę łaskawie Pani Jagoda (pielęgniarka) zdecydowała
      się na podanie morfiny przez wstrzyknięcia przez "motylek". Zaznaczyła jednak,
      że dawka tej czystej morfiny jest mniejsza niż syntetycznej, ale równie
      skuteczna.

      Najbardziej przykre było to kiedy podczas planowanej wizyty obydwu Pań z
      hospicjum czyli Pani Magdalena S.(opiekujący się lekarz z hospicjum) i Pani
      Jagoda S. (pielęgniarka) na moje i siostry prośby o zwiększenie podawanej
      morfiny , obie Panie potraktowąłay nas jak histeryczki które chcą "uśpić"
      matkę !!!!!!!!!!!!!!!!!!
      Rozmowa była upakarzająca, a obie Panie z ironicznym usmieszkiem powtarzały, że
      żałują że nie uprzedziły nas o objawach towarzyszących śmierci !!!!!!!!!!

      Poza tym w tym dniu, podczas wizyty i 10 minutowej obserwacji mojej mamy przez
      lekarza (bez osłuchania płuc i serca, ponieważ Pani doktor stwierdziła, że nie
      będzie badać chorej tylko dla samego badania!!!!!!) szanowne Panie z hospicjum
      stwierdziły, że chora jest spokojna, a na jej twarzy nie widać bólu.

      Zajerzyłam się strasznie. Przecież to Ja jestem z mamą 24h, Ja ją znam 36 lat.
      One "wpadają" na 10 minut i na podstawie obserwacji wydają WYROK. !!!!

      Po niemiłej wymianie zdań, w której usiłowałam wyjaśnić Paniom, że to my wiemy
      kiedy mama jest spokojna a kiedy nie, i że nasza prośba o zwiekszenie morfiny
      tak by mama nie czuła bólu jest po to b y jej ulżyć, a nie po to by ją
      uśmiercić !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Panie standardowo nas zlekceważyły,
      sugerując że ONE NIE WEZMĄ NA SIEBIE TEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI.

      Jednym słowem GRochem o ścianę !!!!

      Z mamą zaczęło być coraz gorzej, była coraz bardziej odrealniona, mówiła
      trochę nieskładnie. To niestety nie efekt morfiny, a rozsiewu do mózgu.
      Najgorsze jednak były noce. Na 24 godziny - mama przesypiała ok 10 h. Co w
      przypadku tak cięzkiego stanu było niebezpieczne.

      Kolejna wizyta Pani Jagody , następnego dnia odbyła się na moją interwencję
      telefoniczną, prawie zmuszjąc ją do tego, to kolejne upokorzenie nas jako
      rodziny.
      Dostałyśmy propozycję: ostatnią szansę oddania mamy do hospicjum
      stacjonarnego !!!!
      Rozpętała się burza. Pani Jagoda przychodząc raz na trzy dni była w
      stanie "lepiej" ocenić samopoczucie mojej mamy, niż Ja przebywajaca z nia 24 h
      na dobę, tym bardziej będąc z nią 36 lat !!!!!!!! Poczułam się potraktowana
      przez osoby mające nas wspierać jak niepotrzebny balast, a moja mama jak
      przedmiot - umierające ciało.
      Dodatkowym policzkiem było to, że Pani Jagoda stwierdziła, że Ja utrudniam im
      prowadzenie mamy !!!!!!!! Przecież do 24.07 - ślepo wykonywałam polecenia Pań z
      hospicujm, przejęłyśmy z siostrą obowiazek zmian opatrunków, zastrzyków,
      kroplówek. Panie przyjeżdzały tylko na kontrolę... wprowadzjąc leki bez
      kontroli, badania i przemyślenia. za przykład podam o pomyłkę , podając mamie
      lek na grzybicę w jamie ustej, który wywołał uszkodzenie
      wątroby !!!!!!!!!!!!!!!!!
      Na zwróconą przez Nas uwagę, Pani stwiedziła, że mamie nic już nie
      zaszkodzi !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
      !!!!!!!!!!!!!!!!
      Poza tym na nasze krzyki rozpczy, stwierdziła, że nie znamy się, że nie
      bedziemy się wtrącać...itd.

      wieczorem tego samego dnia 25.07. - Pani Jagoda zadzwoniła, że wyjeżdza, a w
      zastepstwie przyjdzi Pani Małosia.
      I chwała jej za to.
      To
      jedyna kobieta w tym hospicyjnym obłędzie, która normalnie z nami (ze mną i
      siostrą) porozmawiała, która przyznała nam rację, że ból trzeba niwelować, a
      nie pozwalać by pochłaniał chorego. Dowiedziałyśmy się, że to co dzieje się z
      mamą to agonia.
      Porozmawiała z nami jak z ludzmi cierpiacymi odejście kogos bliskiego. I
      zasugerowała, że Pani Jagoda nie wyjechała... że uciekła przed nami.

      Tego samego dnia nastapiło nasilenie gorączki. Z siostrą starłyśmy się ją
      zbijać. Niestety gorączka się utrzymywała przez kolejny dzień. Nasze prośby o
      pomoc były bagatelizowane stwierdzeniem, że tak musi być (!!!!!!!!!!!!!!!!!).
      27.07 w nocy o 3.00 wzywaliśmy pogotowie, mama zaczęła strasznie charczeć.
      Kiedy przyjechało pogotwoei okazało się, że mama ma zaawansowane trwające od
      kliku dni ZAPALENIE PŁUC. Nie chciano mamy zabrać do szpitala. Lekarz
      stwierdził, że "nie jestem pewnien, czy chora przezyje przewóz". Na miejscu w
      domu podratowano mamę, tak że mogła swobodniej oddychać.

      O 7.00 rano temperatura wzrosła do 39,5 st.celcjusza. Wezwałam kolejny raz
      pogotowie, jednocześnie prosząc o kontakt z lekarzem z hospicjum. Pogotwie
      przyjechało natychmiast, orzeczono jak poprzednim razem. Zalecono
      NATYCHMIASTOWE podanie antybiotyku. W tym czasie zadzowniła księżna lekarz z
      hospicjum Pani Magdalena S., która na moją prośbę o PILNY przyjazd bo z mamą
      jest tragicznie, stwierdziła, że Ona może byc miedzy 10 a 11.00 !!!!!!!!!!!!!!!
      a więc za 3 - 4 godziny, a wcześniej to może być co najwyżej 10 minut, bo ONA
      musi pozałatwiac swoje sprawy w szpitalu.
      Kiedy powtórzyłam to lekarzowi z pogotowia, nie zastanawiał się. Zabrali mamę
      do szpitala.
      Podali mamie antybiotyk.
      Ok godz. 9.00 moja mama zmarła. Byłam przy niej na OIOM-ie, trzymałam ją za
      rękę. Tylko tyle mogłam zrobić.

      Nie potrafię tego zapomnieć. Nie potrafię tego zrozumieć. Nie potrafię.
      Nie wie co robić. Z jednej strony mam ochotę oskarżyć Je o zaniedbanie, z
      drugiej pytanie - co mi to da, nie zwróci mi to mamy...

      A może to wszystko moja wina ? może to Ja wpędziłam mamę w szybszą śmierć
      wzywając pogotowie, nie czekając na lekarza i nie patrząc jak sie dusi...
      Nie potrafię...

      Nie polecam opieki hospicyjnej Pani Jagody i Pani Magdaleny z Hospicjum
      Domowego "Empatia" w Otwocku.

      musiałam to napisać. Bo to cały mój ból, tęskonota i żal. Samotność, bezśliność
      i strach.
      Urszula.
      • jedruch Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 09.08.06, 19:53
        Rana dość świeża, ale sporo z tego co napisałaś wynikało rzeczywiście z Waszego
        nieprzygotowania na śmierć Mamy. Więcej napiszę na priv.
        • liina Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 09.08.06, 21:06
          Jedruch ma sporo racji w tym, ze nie byliscie przygotowani na smierc. Nie da sie
          przygotowac tak naprawde na smierc blskiej ososby, zawsze to boli i bolec
          bedzie, ja nadal sie mecze, ale w czasie kiedy mama chorowala, wlasciwie od
          samego poczatku choroby i jeszcze wczesniej, dokladnie wiedzialam jakie objawy
          co moga oznaczac.
          Wstrzasnelo mna to, ze jedna z pielegniarek powiedziala, ze twojej mamie juz i
          tak nic nie zaszkodzi, to bylo straszne stwierdzenie i za to nalezy sie nagana,
          ale tak naprawde , teraz po smierci mojej mamy, wiem, ze lekarze w pewnym
          momencie juz zrobic nic nie mogli.
          Kiedy moja mama dostala wody w plucach , wiedzialam, ze nie jest juz dobrze,
          dusila sie, po wielu tez szarpaninach w szpitalu aby ta wode spuscili,
          zabralismy ja do domu i juz nie meczylismy jej niczym. Wiedzialam, ze
          najbardziej potrzebuje spokoju i nas, a ból, goraczka, ciezkie oddychanie itd.,
          to objawy standardowe w takim stanie. Ja to wiedzialam z ksiazek i dzieki wiedzy
          teoretycznej wiedzialam, ze nie nalezy juz mamy ciagac po szpitalach , ze to ja
          tylko wymeczy, ale czlowiek zawsze chce jak najlepiej, chce pomoc, wierzy, ze
          moze sie uda.
          Pielegniarki z hospicjum tez sa luzmi, tez maja nerwy i tez na pewno smierc tych
          ludzi przezywaja, maja swoje granice wytrzymalosci. Dzien w dzien maja stycznosc
          ze smiercia, tylko takimi ludzmi sie zajmuja i wiedza, ze kazdego pacjenta
          hospicjum czeka wczesniej czy pozniej to samo prawdopodobnie, znaja te wszytkie
          objawy, bo widza je dzien w dzien u nastu ludzi i wiedza jak ci ludzie koncza.
          Byc moze ich szorstkie zachowanie wynika tez ze zmeczenia, braku wytrzymalosci
          psychcznej, bo przeciez nikt nie jest głazem i tez odczuwa smutek i
          przygnebienie pracujac ciagle z umierajacymi.
          Piszesz tutaj o zapaleniu pluc, podejrzewam, ze pewnie w plucach byla woda po
          prostu, goraczka zapewne od rozpadu komorek nowotworowych. Organizm sie budzi,
          ale za pozno.
          Ale zgadzam sie z Toba, ze traktuje sie pacjentow chorych na raka przedmiotowo.
          Moja mama raz dostala mocnych boli brzucha, fakt, ze miala juz przerzyty na
          jelita, ale bylo to ponad rok przed smiercia.Wezwaismy lekarza, ktory orzekl, ze
          mama jest w stanie agonalnym i nalezy ja oddac do hospicjum, podali dolargan
          chyba wtedy.
          Bol minal i praktycznie przez rok juz nie wracal, a moja mama byla czynna w
          pelni zawodowo jeszcze caly rok, gotowala, jezdzila samochodem itd.Mozliwe, ze
          byl jakis silny skurcz po prostu, moze to nawet byl kamien na nerce, bo mama
          moja miala sklonnosci do kamieni nerkowych, a juz rok przed smiercia lekarz
          sugerowal oddanie jej do hospicjum, nie zadajc sobie w ogole trudu w
          odnalezieniu przyczyny bolu.Zapytal tylko : " na co pani choruje"? Jak uslyszal,
          ze na raka, to nawet jej nie obejrzal.Kazal tylko dolargan podac i do hospicjum
          oddac.Tak to u nas wygada, chory na raka jest przegrany na wstepie, bo przeciez
          i tak umrze.
          Trzymaj sie jakos, ja wciaz cierpie tak samo, bezustannie.
          • reloud2 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 10.08.06, 09:08
            Liina,
            Trudno jest powiedzieć, że było się przygotowanym na śmierć.Prawda ?

            Być może mój mail jest podszyty emocjami, ale te emocje nie wynikają TYLKo z
            tych opisanych dni. Emocje narastały przez cały okres opieki w hospicjum
            domowym.
            Ja nie twierdzę, że te kobiety nie znają się na tym co robią. Ja twierdzę, że
            są JUŻ zmęczone TYM co robią. Pacjent dla nich jest KOLEJNYM przypadkiem,
            kolejną śmiercią. I TO jest przerażające !

            Jaka tak naprawdę jest idea hospicjów ? POMAGAĆ CHORYM I WSPIERAĆ ICH RODZINY,
            czy może sie mylę ?

            Pomoc ze stron tego hospicjum owszem była... ale cały czas miałyśmy odczucie,
            że jesteśmy zbędnym bagażem. Długi czas odrzucałam tą myśl, twierdząc że Pani
            Jadzia jest przemęczona. Ale obserwacja jej sposbu prowadzenia rozmów,
            podejścia do nas, coraz bardziej mnie utwierdzała w tym, że ta kobieta WYPALIŁA
            się w tym zawodzie. Że każda rozmowa jest powieleniem poprzedniej, że jej
            wiedza i doświadczenie nie pozwala na przyjęcie sygnałów od rodziny.
            \A to chyba nie dobrze. Nie dobrze dla pacjenta.

            Tak naprawdę to od pierwszych dni, kiedy hospicjum domowe objęło moją mamę
            opieką byłam uświadamiana o tym co może się stać. O tym jak to wygląda i na co
            powinnam być przygotowana... pisałam nawet w którymś poście o czerwonym
            ręczniku. Wszystko fajnie... tylko dlaczego nie było tego wsparcia kiedy mama
            faktycznie odchodziła ? Dlaczego, Panie zamiast przekazać nam spokojnie, że to
            czas odejścia, że może być różnie, skierowały naszą rozpacz na tory
            odpowiedzialności za mamy śmierć, stwierdzając "tak po prostu jest" ?
            Czy takie stwierdzenie byłoby dla WAS/CIebie wystarczające ?
            Dlaczego lekarz, który podczas wizyt powinien zbadać pacjenta - właśnie po to
            by zdiagnozować problemy z płucami - nie osłuchuje mamay ? Jedyne co, to mierzy
            tętno ??? Nie zwracałam na to długi czas, bo wydawało mi się, że tak ma być -
            ale uważam, że tak nie powinno być, skoro lekarz z pogotowia, osłuchuje - mimo,
            że wg.lekarza z hospicjum nie można tego zrobić BO NIE MA GDZIE !!!!!

            I jeszcze jedna rzecz - kilka razy Pani Jagoda przychodziła do nas prawie
            padnięta - bo spędziła pół nocy u umierającego pacjenta.
            To ja się pytam, DLACZEGO nie chciała NAM pomóc ? dlaczego nie była również
            przy nas ? Mama była kimś gorszym ? Innym rodzajem pacjeta ?
            To boli.

            Mogłabym napisać jeszcze wiele niedobrego napisać o tych Paniach. I nie tylko
            Ja, również pielęgniarka którą wynajęliśmy do pomocy przy ćwiczeniach z mamą, a
            więc osoba z tematu, ale jakby postronna. Ale po co ? I tak moja czara goryczy
            się przelewa ? Co mi to da ?
            Serce jakie włożyłyśmy z siostrą w pomoc tym Paniom zostało skopane, a moja
            mama jeszcze jak była świadoma sama stwierdziła, że "One przychodzą do mnie
            tylko po to by wypełnić statystykę odwiedzin..."
            Przykre, prawda ?

            Pozdrawiam
            Ula
        • reloud2 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 10.08.06, 09:21
          Witaj,
          napisałam już w odpowiedzi do linii, że trudno jest się przygotowac na śmierć.
          Poza tym to nie Ja pracuję w hospicjum, nie Ja zdecydowałam się na pomoc osobom
          chorym i umierającym, nie Ja ... a takie było założenie tych Pań. One tylko
          miały przychodzić wystawiać recepty. Reszta miała nalezęc do Nas.

          Najbardziej jednak zaskakujące było to, że Pani Małgosia - podesłana w
          zastępstwie Pani Jagody z tego samego hospicjum - uważała zgoła odmiennie.
          Wyjasniła nam to, że mama odchodzi, że może to potrwać kilka - kilkanaście
          godzin, ze może być różnie (choć w jej scenariuszu rownież nie było płuc). Ale
          robiła to w taki spsób, że człowiek czuł wsparcie. ROZMAWIAŁA. Nie przekazywała
          tylko złych wieści, a ROZMAWIAŁA. Miało się wrażenie, że nasze histerie są dla
          niej zrozumiałe. Była spokojna, nie zaczepna. I właśnie tak w moim odczuciu
          powinno rozmawiać się z rodzinami, konkretnie i rzeczowo, spokojnie i z dużą
          porcją empatii. W końcu umiera człowiek.

          Szanuję pracę hospicjów i ludzi tam zatrudnionych, ale jednocześnie uważam, że
          będąc w TEJ konkretej "specjalizacji" nie można się zasiedzieć w stażu, bo to
          otępia spojrzenie na chorego.

          W tym wszystkim zapominamy o CZŁOWIEKU, ISTOCIE która pomimo choroby, chce
          zyć, która pomimo otępienia lakami czuje, która się boi - tak jak MY, tak jak
          ONE.

          Pozdrawiam
          Ulka
          • jedruch Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 10.08.06, 19:16
            Dużo padło gorzkich słów, w wielu miejscach słusznie, w innych mniej lub
            nisłusznie. Nie ma sensu odpowiadać na priv, może trochę informacji stąd przyda
            się innym.

            >>"Był taki czas kiedy piałam z zachwytu nad tą opieką hospicyjną. Do pewnego
            momentu."

            - Zwykle takim momentem jest gwałtowne pogarszanie się stanu zdrowia chorego.
            Kluczowy jest w tym momencie stopień przygotowania rodziny na umieranie bliskiej
            osoby. Wy ewidentnie nie byłyscie - i to wcale nie musiała być wina pielęgniarki
            czy lekarza prowadzącego. Niektóre rodziny - z własnego doświadczenia to mówię -
            tak po prostu mają. Nie wiem, czy to kwestia zżycia, czy czegoś innego... Co
            może zrobić bliski dla chorego - podać jeść, pić, pomóc w pielęgnacji. Kiedy
            chory przestaje jeść, rodziny tracą głowę, co jest absolutnie zrozumiałe.


            >> "24.07.2006r to był kolejny dzień znacznego pogorszenia zdrowia mojej mamy.
            Pożegnała się z cała rodziną, sporządziła ustny testament i zaczęła odchodzić.
            Całymi nocami byłam przy niej razem z moją siostrą, również na zmianę z
            cioteczną (mamy córką chrzesną)."

            - Czyli Mama umierała świadoma swojego stanu.


            >> Mama bardzo cierpiała. Problem rozpoczął się kiedy mama przestała móc
            swobodnie połykać pokarmy i płyny. Wtedy na naszą prośbę łaskawie Pani Jagoda
            (pielęgniarka) zdecydowała się na podanie morfiny przez wstrzyknięcia przez
            "motylek". Zaznaczyła jednak, że dawka tej czystej morfiny jest mniejsza niż
            syntetycznej, ale równie skuteczna."

            - Nie wiem dokładnie, na czym polegało cierpienie Mamy? Czy to był ból, problemy
            z łykaniem, duszność? W tej chwili to nieistotne. Podskórna dawka morfiny
            odpowiada 1/3 dawki doustnej (przy czym często wystarcza nawet 1/4) - tu
            pielęgniarka miała absolutną rację. A z tą 'łaskawością' to chyba przesadzasz...


            >> Najbardziej przykre było to kiedy podczas planowanej wizyty obydwu Pań z
            hospicjum czyli Pani Magdalena S.(opiekujący się lekarz z hospicjum) i Pani
            Jagoda S. (pielęgniarka) na moje i siostry prośby o zwiększenie podawanej
            morfiny , obie Panie potraktowąłay nas jak histeryczki które chcą "uśpić"
            matkę!!!!!!!!!!!!!!!!!! Rozmowa była upakarzająca, a obie Panie z ironicznym
            usmieszkiem powtarzały, że żałują że nie uprzedziły nas o objawach
            towarzyszących śmierci!!!!!!!!!!


            - Nie wierzę w te 'ironiczne uśmieszki' Może odebrałaś coś zbyt emocjonalnie.
            Ale, nic nie jest wykluczone, już się napatrzyłem na beznadziejne podejście
            moich kolegów do pacjentów. Dawka morfiny powinna uśmierzać ból - dobrze
            leczonego bólu chory nie odczuwa. MF można podawać albo częściej niż co 4
            godziny, albo stopniowo eskalować pojedynczą dawkę - oczywiście zgodnie z
            zaleceniem lekarza.


            >> Poza tym w tym dniu, podczas wizyty i 10 minutowej obserwacji mojej mamy
            przez lekarza (bez osłuchania płuc i serca, ponieważ Pani doktor stwierdziła, że
            nie będzie badać chorej tylko dla samego badania!!!!!!) szanowne Panie z
            hospicjum stwierdziły, że chora jest spokojna, a na jej twarzy nie widać bólu.


            - Ja też często odstępuję od badania, i wiem, że rodziny (nie chorzy) mają mi to
            za złe. Magia stetoskopu, tzw. 'medykalizacja', której w opiece paliatywnej się
            unika. W opiece hospicyjnej nadrzędnym celem jest JAKOŚĆ, a nie długość życia.
            Jeśli chory jest w ciężkim stanie w terminalnym okresie choroby nowotworowej, to
            wysłuchanie zapalenia płuc, czy arytmii (szczególnie jeśli Mama już nie mogła
            przyjmować doustnie leków) niczego w postępowaniu nie zmienia.
            Brak grymasu bólu, normalne napięcie mięśni, spokojne zachowanie świadczy o
            wystarczającej kontroli bólu. Lekarz powinien co najwyżej poinformować Was o
            sposobie dawkowania leku w razie nasilenia objawów.


            >> Zajerzyłam się strasznie. Przecież to Ja jestem z mamą 24h, Ja ją znam 36
            lat. One "wpadają" na 10 minut i na podstawie obserwacji wydają WYROK!!!!

            - Doświadczenie. Ile lat studiowałaś medycynę, z iloma chorymi na raka miałaś do
            czynienia, ilu z nich było w terminalnej fazie choroby? To oczywiście pytania
            retoryczne - chcę Ci tylko uświadomić, że akurat w tym zdaniu racji nie masz.


            >> Po niemiłej wymianie zdań, w której usiłowałam wyjaśnić Paniom, że to my
            wiemy kiedy mama jest spokojna a kiedy nie, i że nasza prośba o zwiekszenie
            morfiny tak by mama nie czuła bólu jest po to by jej ulżyć, a nie po to by ją
            uśmiercić!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Panie standardowo nas zlekceważyły,
            sugerując że ONE NIE WEZMĄ NA SIEBIE TEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI.
            Jednym słowem GRochem o ścianę !!!!


            - I chyba vice versa. Sorry za sarkazm, ale nie mogłem się powstrzymać. Jeśli
            lekarz z pielęgniarką na podstawie swojej krótkiej bo krótkiej obserwacji
            stwierdza, że dawka jest wystarczająca, to zapewne jest. Nierzadko zdarza się,
            że chorzy nie kontrolują wydawanych pojękiwań, które wynikają tylko z
            'wyrzucania' powietrza przez krtań - nie jest to oznaka bólu -> wtedy przydatne
            jest obserwowanie mimiki.


            >> Z mamą zaczęło być coraz gorzej, była coraz bardziej odrealniona, mówiła
            trochę nieskładnie. To niestety nie efekt morfiny, a rozsiewu do mózgu.
            Najgorsze jednak były noce. Na 24 godziny - mama przesypiała ok 10 h. Co w
            przypadku tak cięzkiego stanu było niebezpieczne.


            - Nie rozumiem co jest niebezpiecznego w przesypianiu 10/24 h? Za mało? Za dużo?


            >> Kolejna wizyta Pani Jagody , następnego dnia odbyła się na moją interwencję
            telefoniczną, prawie zmuszając ją do tego, to kolejne upokorzenie nas jako
            rodziny. Dostałyśmy propozycję: ostatnią szansę oddania mamy do hospicjum
            stacjonarnego!!!!


            - Moim zdaniem słuszna decyzja. Ja też bym to zaproponował. Dlaczego? Hospicjum
            domowe nie miało pod opieką w tym momencie tylko Twojej Mamy. NFZ zaleca 3x w
            tygodniu wizyty pielęgniarki, 1x lekarza. Absorbowanie ciągłe przez jednego
            pacjenta/lub rodzinę rozbija pracę zespołu, plan wizyt. Pewnie, że są sytuacje
            tego wymagające, ale w rzeczywistości stykamy się z wołaniem o 'pierdułę'. Co
            się działo? Jeśli nic strasznego, to znaczy, że sobie nie radzicie. Wtedy pomóc
            można w warunkach stacjonarnych.


            >> Rozpętała się burza. Pani Jagoda przychodząc raz na trzy dni była w
            stanie "lepiej" ocenić samopoczucie mojej mamy, niż Ja przebywajaca z nia 24 h
            na dobę, tym bardziej będąc z nią 36 lat!!!!!!!!


            - Ile dni w ciągu tych 36 lat Mama była umierająca?

            >> Poczułam się potraktowana przez osoby mające nas wspierać jak niepotrzebny
            balast, a moja mama jak przedmiot - umierające ciało. Dodatkowym policzkiem było
            to, że Pani Jagoda stwierdziła, że Ja utrudniam im prowadzenie mamy!!!!!!!!


            - Niestety, czasami tak bywa. Jedno jest pewne - to bardzo niefortunne, a wręcz
            beznadziejne stwierdzenie pielęgniarki. Powinna to ująć inaczej, ale sens
            rzeczywiście jest.


            >> Przecież do 24.07 - ślepo wykonywałam polecenia Pań z hospicujm, przejęłyśmy
            z siostrą obowiazek zmian opatrunków, zastrzyków, kroplówek. Panie przyjeżdzały
            tylko na kontrolę...


            - Taka jest zasada Hospicjum domowego - NIE wyręczanie rodzin w opiece, tylko
            edukowanie jak zmieniać opatrunki, podawać leki, ew. zmieniać zalecenia. To ma
            być uaktywnienie rodziny, żeby przez 'medykalizację' nie tworzyć barier pomiędzy
            chorym a bliskimi. Tu nie za bardzo widzę sensu kroplówek, ale to ewentualnie do
            wyjaśnienia w innym poście.


            >> wprowadzjąc leki bez kontroli, badania i przemyślenia. za przykład podam o
            pomyłkę , podając mamie lek na grzybicę w jamie ustej, który wywołał uszkodzenie
            wątroby !!!!!!!!!!!!!!!!!


            - Prawdopodobnie wyczytałaś to w ulotce leku. Bez jaj. Nystatynę (bo pewnie o
            nią chodzi) pędzluje się buźkę i małym dzieciom.

            >> Na zwróconą przez Nas uwagę, Pani stwiedziła, że mamie nic już nie
            zaszkodzi!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Poza tym na nasze krzyki rozpaczy,
            stwierdziła, że nie znamy się, że nie bedziemy się wtrącać...itd.

            - Ja chyba bym powiedział coś w tym samym sensie, może nie ta
            • reloud2 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 09:26
              Witaj,

              Masz rację. Jesteśmy / byłyśmy niedouczonymi histeryczkami , które za żadne
              skarby świata nie chciały podgodzić się ze stanem mamy.
              Jedynie Panie z hospicjum w sposób opanowany i racjonalny chciały pomóc mamie
              odejsc z tego świata. Masz rację.

              Robiły to genialnie. Nie zaszkodziły nikomu - bo komu miały zaszkodzić ?
              kobiecie która i tak nie miała szans na życie ?
              Obciążyły rodzinę...ale kogo to obchodzi ? NIKOGO. One wykonywały to co do nich
              należało, a czy robiły to dobrze i z zaangażowniem, czy odstawiały fuszerkę -
              TO NIE MA ZNACZENIA. PO PROSTU NIE MA. Przecież tylu pacjentów, tyle śmierci i
              tyle wyrazów twarzy, upoważnia je do tego by nie robic nic ponad. A i tak być
              postrzegane jako FACHOWCY, bo One mają DOŚWIADCZENIE - i to wystarcza, a że
              RUTYNA zabija - to jakie to ma znaczenie.

              W gwoli wyjaśnienia. Pani Jagoda nawet nie wysiliła się na zaangażowanie i
              wyedukowanie mnie/nas do zmiany opatrunków, a rana była rozległa i sącząca.
              Musiałam nauczyć się sama, rónież decydowania o zmianie specyfików do
              przemywania. Nauczenie się zakładania kroplówek również nie jest jej zasługą,
              musiałam zrobić to sama. Dzięki bogu miałam od kogo.
              Nie zdrętwiałam...wbrew temu co sugerujesz.
              A podawanie kroplówek było koniecznością - chyba jako lekarz powienieneś
              wiedzieć, że jeśli są problemy z przełykaniem pokarmów i płynów - może dojść do
              odwodnienia. Prawda ? Czy może znów coś źle wyczytałam w ulotce ?
              I jeszcze jedno - Panie zaleciły podawanie króplówek, tylko że w pierwszych
              przepisanych dawkach doprowadziły do nadmiernego nawodnienia mamy i puchnięcia,
              a po zmianie do niedowodnienia (jeśli istnieje w ogóle takie określenie) w
              każdym razie na stan mamy podawane było za mało płynów. Kółko się zamyka, ale
              Ja tam nic nie widziałam - przecież Ja nic nie wiem. One tak. I nie ważne jaka
              jest jakość ich wiedzy dla chorej - jej przeciez nic nie zaszkodzi.
              Jeśli zaś chodzi o grzybicę - to mylisz się. To nie była Nystatyna. To był
              Ketonazol, ale masz rację ... wątroba w końcu też przestała funkcjonować, a czy
              ważne kiedy ?

              Wiesz czemu pisaałam o przebywaniu z mamą 24h/24h i 36 latach ? ano właśnie ze
              względu na mimikę. Uważasz, że nagle przy pogorszeniu się mamy stanu dostałam
              amnezji i zapomniałam jak reagowała na ból kilka tygodni wcześniej ?
              Sugerujesz, że będąc z mamą nie obserwowałam jej ?
              Przytoczę jedną pokątną radę którą udzieliła mi Pani jagoda w konspiracyjnym
              szepcie na korytarzu:
              "Pani ULU Pani się tak nie wpatruje w mamę, bo to bedzie nie zdrowe dla Pani
              psychiki" - genialna rada.

              Poza tym kilka dni przed pogorszeniem się stanu mamy, rozmawiałyśmy
              konspiracyjnie w kuchi z Panią Jagodą - tzn. byłyśmy informowane po raz 555
              o "czerwonym ręczniku". W trakcie rozmowy poruszyłyśmy ewentualność i sens
              przeniesienia mamy do hospicjum domowego. Zapytałam się Pani Jagody czy w
              hospicjum stacjonarnym zrobią coś więcej dla mamy niż tutaj w domu ?
              ODPOWIEDZIAŁA mi, że NIE, NIC WIĘCEJ NIE ZROBIĄ. Może jedynie zwiększą dawkę
              MF - by była spokojniejsza, ale przecież to samo możemy zrobić w domu !!!!!!!!!!

              Napiszę jeszcze tylko jedno. Opinię o ich niekompetencji nie tylko Ja
              podzielam, również i osoba z "branży" zupełnie postronna. Która miała
              przyjemność/nieprzyjemność przez chwilę obcować z Paniami. Więc wybacz jeśli
              podsumuję twoją wypowiedz o tym co działo się u mnie w domu z moją mamą jako...
              tendencyjną.

              Pozdrawiam
              Urszula.
              • reloud2 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 09:31
                reloud2 POPRAWIA:

                Powinno być STACJONARNEGO - nie domowego. Błąd sorry:

                > Poza tym kilka dni przed pogorszeniem się stanu mamy, rozmawiałyśmy
                > konspiracyjnie w kuchi z Panią Jagodą - tzn. byłyśmy informowane po raz 555
                > o "czerwonym ręczniku". W trakcie rozmowy poruszyłyśmy ewentualność i sens
                > przeniesienia mamy do hospicjum domowego. Zapytałam się Pani Jagody czy w >
                hospicjum stacjonarnym zrobią coś więcej dla mamy niż tutaj w domu ?
                > ODPOWIEDZIAŁA mi, że NIE, NIC WIĘCEJ NIE ZROBIĄ. Może jedynie zwiększą dawkę
                > MF - by była spokojniejsza, ale przecież to samo możemy zrobić w
                domu !!!!!!!!!
                > !

                > Pozdrawiam
                > Urszula.
                • nina455 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 14:39
                  Bardzo współczuję . Cała dyskusja jest spowodowana bólem po stracie najbliższej
                  osoby.Nie o to tutaj chodzi. Każdy przeżywa inaczej i inaczej odbiera to co się
                  dzieje w zależności od rozwoju sytuacji.Tutaj szukamy uspokojenia ,rady ,
                  wsparcia.
                  Przypomnij swój post z dnia 21 lipca 2006r.Najważniejsze żr przez wszystkie
                  życia mamy lata kochałaś i byłaś kochana . Przyjdzie czas na dobre wspomnienia.
                  • reloud2 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 16:34
                    ależ oczywiście, że pamiętam ten post. I tak jak napisałam w tym pod którym
                    rozmawiamy - był czas kiedy piałam z zachwytu, kiedy ich pomoc nie wymagała od
                    nich więcej niż "standard". Ale kiedy stało się inaczej, kiedy POTRZEBOWAŁAM
                    wsparcia - TEGO NIE BYŁO.
                    Niech się nie wydaje, że coś musi trwać tygodniami by zmienić zachowanie, czy
                    swoje zdanie. W takich sytuacjach jak mojej mamy i w ogóle osób odchodzących,
                    wystarczy jedna godzina.
                    Tak było w moim przypadku. Rozmowa przeprowadzona z Paniami w dn.24.07 była dla
                    mnie jak kubeł zimej wody -DOSŁOWNIE. Poczułam jak naiwność ze mnie odpływa, a
                    MY pozostajemy SAME ze świadomością, że osoba którą kochamy UMIERA.

                    Przykro mi, że sugerujesz iż usiłuję zaburzyć spokój. Nie, nie chcę tego robić -
                    ale nie zamierzam też nabrać wody w usta i nie dzielić się doświadczeniami -
                    nawet tymi przykrymi.

                    Pozdrawiam

              • jedruch Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 18:05
                Z góry przepraszam że żyję i piszę na tym forum o sprawach, którymi się zajmuję
                i znam je od podszewki.

                Pozwól, że nie będę się odnosił do pierwszej części postu, tej o doświadczeniu,
                rutynie, itd. Jesteś w początkowym okresie żałoby, nie godzisz się z tym, że
                Mama umarła - jest to NORMALNE. Tak jak poszukiwanie winnych.

                Teraz merytorycznie. Jeżeli chodzi o kroplówki, to trafiłaś na właściwą osobę.
                Jestem wykładowcą na kursach opieki paliatywnej dla pielęgniarek i przypada mi
                chyba jeden z najbardziej kontrowersyjnych tematów, a mianowice problem
                odwodnienia. Wyślę Ci zaraz na priv moją prezentację, na podstawie której
                powinnaś zrozumiec, dlaczego podawania kroplówek w terminalnym okresie choroby
                nowotworowej nie powinno się w ogóle wdrażać. Odwodnienie tak naprawdę nie jest
                problemem, ale przewodnienie - co sama napisałaś - owszem.

                Ketokonazol... jak to miło napisać lekarzowi 'Mylisz się'...

                Co do tendencyjności mojej wypowiedzi to się mylisz. I jeśli tego potrzebujesz
                wybaczam to stwierdzenie. Przeczytaj ją jeszcze raz, a jeśli będzie trzeba
                jeszcze raz - ja nie piszę chyba w żadnym miejscu ze 100% pewnością, a ty
                stawiasz tezy według Ciebie nie do obalenia, bo Ty masz rację - czy to nie ty
                jesteś tendencyjna?

                Nie ma sensu ciągnąć tej dyskusji, bo nie po to jest ten wątek - założyłaś go w
                innym celu.
            • tolka3 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 10:52
              > - Zwykle takim momentem jest gwałtowne pogarszanie się stanu zdrowia chorego.
              > Kluczowy jest w tym momencie stopień przygotowania rodziny na umieranie
              bliskiej osoby. Wy ewidentnie nie byłyscie - i to wcale nie musiała być wina
              pielęgniark
              > i
              > czy lekarza prowadzącego. Niektóre rodziny - z własnego doświadczenia to
              mówię
              > -
              > tak po prostu mają. Nie wiem, czy to kwestia zżycia, czy czegoś innego... Co
              > może zrobić bliski dla chorego - podać jeść, pić, pomóc w pielęgnacji. Kiedy
              > chory przestaje jeść, rodziny tracą głowę, co jest absolutnie zrozumiałe.


              Trudno mi sobie wyobrazić, że można się przygotować na umieranie bliskiej,
              ukochanej osoby. My, rodziny chorych na nowotwór, niby przygotowujemy się do
              tego od momentu, gdy dowiemy się o chorobie. Niezależnie od stanu, ta myśl się
              pojawia, wyobraźnia pracuje. Ale zapewniam, że rzeczywistość przerasta nasze
              wyobrażenie. Dla nas to nie jest pacjent, to nie jest osoba, którą należy
              zaopiekować się, bo tego wymaga nasz zawód, to tak naprawdę część nas, to ktoś
              ukochany, którego już nigdy więcej nie zobaczymy, nie przytulimy, któremu nie
              możemy pomóc... Z czego to wynika, że nie jesteśmy gotowi? Zastanawiasz się czy
              to kwestia zżycia, czy czegoś innego. No a czego innego może to być kwestia???
              To kwestia żżycia, miłości, przywiązania. To matka, ojciec, syn, córka, czy
              babcia nasza... To, co my chcemy robić przy chorym, to nie tylko "podać jeść,
              pić, pomóc w pielęgnacji", my jesteśmy przekonani, że nasz odchodzący bliski
              wciąż czuje, wciąż nas słyszy, wciąż rozumie, co się wokół dzieje, do samego
              końca. Masz rację, tracimy głowę i w tym momencie oczekujemy, że ktoś nam
              pomoże, a w każdym razie, nie da nam do zrozumienia, że dla niego to tylko
              kolejny przypadek, kolejny umierający. Nie tylko podadzą leki, nie tylko
              zmienią opatrunek, ale okażą również nam życzliwość (lub znów ostatecznie nie
              okażą zniecierpliwienia, niezrozumienia), bo każda reakcja rodziny powinna być
              im znana, w każdym razie nie niespodziewana, na każdą powinni być gotowi i
              wesperzeć. Jedruch musisz uwierzyć, że rodziny chorych nie są tak do końca nic
              nie wiedzącymi istotami, nie mającymi zielonego pojęcia o lekach, o objawach
              chorego. Pewnie że do Was, lekarzy i pielęgniarek, nam daleko. Ale to wszystko
              to wiedza, którą można przyswoić, dostępna w książkach , w internecie, u
              lekarzy (rozmowy), interesujemy się tym, bo musimy, nie mamy wyjścia. NIemalże
              każdy lek jest przez nas w pewnym momencie analizowany, czytamy, myślimy, czy
              nie zaszkodzi. I to nie jest tak, że jesteśmy zupełnie zieloni...


              > - Czyli Mama umierała świadoma swojego stanu.
              >
              >
              > >> Mama bardzo cierpiała. Problem rozpoczął się kiedy mama przestała mó
              > c
              > swobodnie połykać pokarmy i płyny. Wtedy na naszą prośbę łaskawie Pani Jagoda
              > (pielęgniarka) zdecydowała się na podanie morfiny przez wstrzyknięcia przez
              > "motylek". Zaznaczyła jednak, że dawka tej czystej morfiny jest mniejsza niż
              > syntetycznej, ale równie skuteczna."
              >
              > - Nie wiem dokładnie, na czym polegało cierpienie Mamy? Czy to był ból,
              problem
              > y
              > z łykaniem, duszność? W tej chwili to nieistotne.

              No więc właśnie... Zobacz, mama relaud umierała świadoma (tak stwierdziłeś). I
              pytasz, na czym polegało jej cierpienie...
              • jedruch Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 18:26
                Trudno mi sobie wyobrazić, że można się przygotować na umieranie bliskiej,
                ukochanej osoby. My, rodziny chorych na nowotwór, niby przygotowujemy się do
                tego od momentu, gdy dowiemy się o chorobie. Niezależnie od stanu, ta myśl się
                pojawia, wyobraźnia pracuje. Ale zapewniam, że rzeczywistość przerasta nasze
                wyobrażenie. Dla nas to nie jest pacjent, to nie jest osoba, którą należy
                zaopiekować się, bo tego wymaga nasz zawód, to tak naprawdę część nas, to ktoś
                ukochany, którego już nigdy więcej nie zobaczymy, nie przytulimy, któremu nie
                możemy pomóc...


                - Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, parę lat pracy w hospicjum to sporo.
                Blisko dwa tysiące chorych, których prowadziłem, mnóstwo różnorakich problemów
                różnej rangi - i tych psychologicznych, i medycznych, i socjalnych, a wiele razy
                wszystkich naraz. To nie jest łatwa praca. ALE też mnóstwo rodzin spokojnych,
                pogodzonych, przygotowanych.


                Z czego to wynika, że nie jesteśmy gotowi? Zastanawiasz się czy
                to kwestia zżycia, czy czegoś innego. No a czego innego może to być kwestia???


                - Często <<<<------(od razu to zaznaczam, bo się będziecie czepiać - to NIE
                oznacza ZAWSZE)
                wynika to z niemożności naprawienia nikłych, słabych, złych, czy wręcz
                beznadziejnych relacji sprzed choroby. We współczesnym świecie relacje z innymi
                ludźmi, nawet z bliskimi, często ograniczają się do paru zdawkowych słów. Szybki
                styl życia, pośpiech, gonitwa za pieniądzem, powodują że brak jest czasu na
                budowanie więzi. A gdy zdajemy sobie sprawę, że coś się może skończyć, na gwałt
                chcemy naprawiać - stąd gonitwa za kolejną chemią, wzmacniającą kroplówką etc.
                To miałem na myśli pisząc 'czy to kwestia zżycia, czy czegoś innego'.


                To kwestia żżycia, miłości, przywiązania. To matka, ojciec, syn, córka, czy
                babcia nasza... To, co my chcemy robić przy chorym, to nie tylko "podać jeść,
                pić, pomóc w pielęgnacji", my jesteśmy przekonani, że nasz odchodzący bliski
                wciąż czuje, wciąż nas słyszy, wciąż rozumie, co się wokół dzieje, do samego
                końca. Masz rację, tracimy głowę i w tym momencie oczekujemy, że ktoś nam
                pomoże, a w każdym razie, nie da nam do zrozumienia, że dla niego to tylko
                kolejny przypadek, kolejny umierający. Nie tylko podadzą leki, nie tylko
                zmienią opatrunek, ale okażą również nam życzliwość (lub znów ostatecznie nie
                okażą zniecierpliwienia, niezrozumienia), bo każda reakcja rodziny powinna być
                im znana, w każdym razie nie niespodziewana, na każdą powinni być gotowi i
                wesperzeć.


                - Tak powinno być.

                Jedruch musisz uwierzyć, że rodziny chorych nie są tak do końca nic
                nie wiedzącymi istotami, nie mającymi zielonego pojęcia o lekach, o objawach
                chorego.


                - Ale ja o tym doskonale wiem. Nie 'wierzę' ale 'wiem'.

                Pewnie że do Was, lekarzy i pielęgniarek, nam daleko. Ale to wszystko
                to wiedza, którą można przyswoić, dostępna w książkach , w internecie, u
                lekarzy (rozmowy), interesujemy się tym, bo musimy, nie mamy wyjścia.


                - To wiedza, której przyswojenie kosztuje dobrych kilka, jeśli nie kilkanaście
                lat. Farmakologia to nie tylko ulotka leku, którą można przestudiować, to także
                fizjologia, anatomia, interna... Wszystko się ze sobą łączy. I to jest wiedza.
                A rzucanie oskarżenia o uszkodzenie wątroby - na podstawie czego? myślę, że go
                wcale nie było.


                Niemalże każdy lek jest przez nas w pewnym momencie analizowany, czytamy,
                myślimy, czy nie zaszkodzi. I to nie jest tak, że jesteśmy zupełnie zieloni...


                - Zupełnie nie... Ale - wybacz to stwierdzenie - nie znacie się na medycynie.


                No więc właśnie... Zobacz, mama relaud umierała świadoma (tak stwierdziłeś). I
                pytasz, na czym polegało jej cierpienie...

                - Czepliwość i - mógłbym dodać - manipulacja... Chwyciłaś moje dwie odpowiedzi
                na kolejne wątki i połączyłas w jedno.
                • jedruch Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 18:27
                  PS. Często mi się zdarza, że rodzina nie podaje leku, bo wyczytała coś w ulotce.
                  Telefon do mnie mają, ale nie dopytają - bo wiedzą oczywiście lepiej.
                  Nie zaprzeczycie, że to pewna niekonsekwencja.
                  • reloud2 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 18:47
                    no i widzisz. Oceniasz wedle własnych doświadczeń, tak jak i Ja.

                    Co do leków - jesli były zalecone podawałyśmy (!). Jeśli miałyśmy wątpliwości,
                    mówiłyśmy - tak jak w przypadku Ketonazolu (po podaniu , nastepnego dnia w
                    moczu pojawiła się krew),i innych - jaka była reakcja ? Na początku żadna. A
                    wiesz kiedy zareagowały ? Kiedy przytoczyłyśmy to co jest w ulotce, z
                    zapytaniem, czy aby na pewno. Poskutkowało - nastąpiło natychmiastowe
                    odstawienie leku. A czy trzeba było ryzykować ? Nie lepiej zalecić tylko
                    nestatynę ? Jesli nie popłęniły rutyny w takich przypadkach, to Ja przepraszam.
                    I tak wiem, że więcej w tym było EKSPERYMENTOWANIA niż pomocy.

                    Nie jestem specjalistą. Nie po to jest ten watek by kogoś SZKALOWAĆ. Chcę tylko
                    zwrócić uwagę tym którzy powierzają życie najbliższych w ręce specjalistów, aby
                    jednak nie poddawali się ślepo , a mimo wszystko przejęli choć odrobiny
                    kontroli. Bo gra idzie o życie. Nie przedmiot, nie ciało.
                    Walka się toczy o KOGOŚ NAJBLIŻSZEGO.

                    Poza tym, szanuję ich pracę. I chciałaM czuć się szanowana przez nich. Być może
                    tego nie rozumiesz... ktos pieknie podsumował Twoją odpowiedz na mój post -to
                    co Ja usiłuję napisać. ODCHODZIŁA MOJA MAMA. Mama, rozumiesz ? nie pacjent, nie
                    ktoś OBCY , a ktos najbliższy, z kim byłam zwiazana.

                    A zresztą, ta dyskusja mnie boli...
                    zdjęłam z oczu Klapk, i żałuję. Byłabym spokojniejsza. Pogodzona. a tak CALY
                    CZAS OBWINIAM SIBIE. ZA WSZYSTKO. ZA PANIE Z HOSPICJUM, ZA POGOTOWIE, ZA ŚMIERĆ.

                    I nie pisz mi, że szukam kogoś by oddać mu tą "małpę". Nie. Po prostu taka
                    jestem, za bardzo emocjonalna, kochająca, zrozpaczona. Będąc przy tym świadoma
                    bezsensu tego świata, tego czego nie można zrobić bo...

                    Pozdrawiam
                    • nina455 Re:do uczstników dyskusji o hospicjum "Empatia" 11.08.06, 19:30
                      Empatia
                      Z Wikipedii
                      Skocz do: nawigacji, szukaj
                      Ten artykuł dotyczy psychologii. Zobacz też: Stowarzyszenie Empatia.
                      Empatia - w psychologii termin oznaczający umiejętność wczuwania się w czyjeś
                      emocje.

                      Osoba nie posiadająca tej umiejętności jest "ślepa" emocjonalnie i nie potrafi
                      ocenić ani dostrzec stanów emocjonalnych innych osób.

                      Osoba posiadająca tę umiejętność potrafi na podstawie obserwacji zachowania,
                      mimiki twarzy, ruchów ciała i sposobu mówienia odgadnąć stan emocjonalny
                      obserwowanej osoby.

                      Empatia, obok asertywności jest jedną z dwóch podstawowych umiejętności
                      wchodzących w skład tzw. inteligencji emocjonalnej.

                      [edytuj]
                      Linki zewnętrzne
                      The Swedish Empathy Center (po angielsku)
                      Źródło: "pl.wikipedia.org/wiki/Empatia"
                      To na wyciszenie emocji -zanim coś ocenimy ,wyrazimy swoją opinię ,udzielimy
                      dobrej rady przypomnijmy sobie ww.definicję.Myślę także o sobie.
                      Pozdrawiam i życzę wszystkim dużo spokoju.
                    • jedruch Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 11.08.06, 21:31
                      Bez sensu siebie obwiniasz. Nie jesteś winna swoich emocji, nie jesteś winna
                      nieprzygotowania na śmierć Mamy, ALE to jedna z cech żałoby. Być może miałaś
                      inne oczekiwania od tego, co mogło zaproponować hospicjum domowe.

                      Myślę, że decyzja o wycofaniu ketokonazolu była niekonsekwencją zespołu
                      leczącego - bo krew w moczu raczej nie była wynikiem jego stosowania. Ja bym
                      jednak na grzybicę jamy ustnej zastosował Nystatynę. Myślę, że niesłusznie
                      posądzasz panie z hospicjum o eksperymentowanie, ale widzisz - tu gra nie szła o
                      życie, bo ono było nie do uratowania, ale o to, by była dobra jego jakość.

                      Przed chwilką wróciłem z wizyty, na której stwierdzałem zgon. Byłem w takiej
                      sytuacji juz setki razy, ale za każdym razem jest to sytuacja, w której nie chcę
                      się znajdować. Płacz bliskich, pytania, 'czy tak musiało być', 'czy zrobiłam/łem
                      wszystko co się dało', 'czy gdyby....'. NIE! W rozsianym raku tak naprawdę
                      odejście to kwestia czasu (zależy od lokalizacji). Dzisiaj było to samo. Zobacz,
                      wokół KOGO krążą pytania - niby wokół zmarłego, a jednak tak naprawdę wokół
                      tego, czy MY daliśmy z siebie wszystko, czy MY zrobiliśmy to, co powinniśmy.
                      Taka jest żałoba. Szukanie potwierdzenia, że byliśmy dla zmarłego właściwym
                      wsparciem. To naturalne.
                      Po tych wszystkich postach WIEM, że panie z hospicjum tego poczucia Ci nie dały.

                      Ja sam pamiętam taką sytuację w zeszłym roku, kiedy chory z rakiem płuca,
                      rozsiewem do wątroby został objety opieką hospicjum domowego. Żona i syn
                      KOMPLETNIE nieprzygotowani, nie chcieli nawet słyszeć o umieraniu. Traktowali
                      pielęgniarki jak śmiecie z hospicjum, które g**** na leczeniu się znają.
                      Pojechałem tam na którąś wizytę zamiast jednej z naszych lekarek (bo już nie
                      miała nerwów) i zacząłem delikatną rozmowę. Oczywiście usłyszałem że gadam
                      bzdury, ale żebym został jeszcze chwilę, bo zaraz przyjedzie doktor z Kliniki
                      Nefrologii, to się dowiem. Powiedział niemal to samo co ja. Tylko dosadniej.
                      Parę dni później, gdy stwierdzałem zgon, żona zmarłego płakała mi w ramię, bo po
                      prostu gnębiły ją wyrzuty, że cały czas robiła coś źle. Od roku regularnie
                      spotyka się z naszą panią psycholog, bo jest w patologicznej żałobie. Nie radzi
                      sobie z wyimaginowaną świadomością swojej odpowiedzialności za śmierć męża. Nic
                      by przecież nie zmieniła.
                      Okazało się jednak, że to jedna z naszych pielęgniarek powiedziała jej po
                      którejś nieprzyjemnej wizycie coś o odpowiedzialności za to, że nie daje mężowi
                      leków według zaleceń i w takim razie to stawia pod znakiem zapytania sens
                      naszych wizyt. I chyba to jest źródłem jej obecnych problemów.

                      W sumie najlepiej prowadzi się chorych hospicyjnych na wsiach, gdzie ludzie
                      widzieli umierających dziadków w tej samej izbie, w której leżały niemowlęta.
                      Krąg życia się zamyka. Ludzie sa prostsi, bardziej pokorni wobec nieuniknionego
                      - nie to, że nie ratują za wszelką cenę, ale godzą się z tym, co nieuchronne. W
                      miastach, dwupokoleniowych rodzinach widzących się rzadko w całości patologiczna
                      żałoba jest częstsza. Być może wyższe wykształcenie, świadomość możliwości
                      leczenia, ratowania za wszelką cenę powodują, że trudniej się ze śmiercią
                      bliskich godzić.
                      Ja byłem przy swojej ukochanej babci w momencie śmierci i pamiętam szkliste oczy
                      i ten spokój mojej Mamy, że teraz jest już dobrze. Spokój - bez gonitwy, bez
                      interwencji, chociaż można było pokusić się o dializę! Ale to by była
                      interwencja dająca szansę na kilkanaście godzin, za to bardzo inwazyjna.
                      Staram się tak ustawiać rodziny moich pacjentów, szczególnie przez nierzadko
                      długie rozmowy. Nie nastawiam na konkretny scenariusz, bo o scenariuszach
                      możnaby rozmawiać dniami, ale na nieuchronność postępu choroby. Nie jestem
                      prorokiem, nie umiem powiedzieć, ile komu zostało czasu - z grubsza mogę
                      określić czas w tygodniach (bardzo omylnie). Chodzi przede wszystkim o to, żeby
                      nie patrzeć na swoje potrzeby, ale potrzeby chorego.

                      Nie chcę oceniać pań z Empatii, ale nie sądzę, aby było aż tak tragicznie. Może
                      po prostu miałaś inne oczekiwania, a one przy pierwszej kwalifikacji nie
                      wytłumaczyły Ci, jakie są cele opieki i możliwości hospicjum domowego? Wszystko
                      na to wskazuje. OK, znowu się rozpisałem. Kończę już

                      Wszyscy jesteśmy subiektywni. Ja patrzę z perspektywy lekarza hospicjum, który
                      zna zasady opieki. Ty patrzysz z punktu widzenia osoby, której umiera ktoś
                      najbliższy. Jeśli nasze perspektywy są zbieżne, i nasze oczekiwania zaspokojone,
                      to oceniamy się nawzajem dobrze - ja oceniam Ciebie jako opiekuńczą córkę, ty
                      mnie jako świetnego fachowca. Ale do tego trzeba jednego - WYTŁUMACZENIA ZASAD
                      OPIEKI NA PIERWSZEJ WIZYCIE. Z moimi pacjentami i ich rodzinami ZWYKLE nie ma
                      'problemów' - bo rodzina zna nasze możliwości i na podstawie tego ma szansę
                      ukształtować własne realne oczekiwania.

                      To już naprawdę tyle.
                      Pozdrawiam, trzymaj się, przepraszam za to, co być może opacznie wcześniej
                      zrozumiałaś. Może źle coś ująłem. NIC nie jest Twoją winą. Rak jest ogromną
                      próbą naszego człowieczeństwa.

                      PS. MAm nadzieję, że ta prezentacja o odwodnieniu coś też wniosła - tam jest
                      sporo psychologii, filozofii i etyki (to też ktoś powinien był Ci powiedzieć).
                      • reloud2 Re: do Jedrucha 12.08.06, 19:57
                        Dziękuję za TE SŁOWA. NAPRAWDĘ.

                        Nawet nie umiem ubrać w słowa to co poczułam po przeczytaniu twojej odpowiedzi.
                        Mogę tylko po raz kolejny napisać DZIĘKUJĘ.

                        Ula
                • tolka3 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 12.08.06, 16:53
                  jedruch napisał:

                  >
                  > - To wiedza, której przyswojenie kosztuje dobrych kilka, jeśli nie kilkanaście
                  > lat. Farmakologia to nie tylko ulotka leku, którą można przestudiować, to
                  także
                  > fizjologia, anatomia, interna... Wszystko się ze sobą łączy. I to jest wiedza.

                  Ależ ja to oczywiście wiem, w tej dziedzinie moja wiedza jest właściwie zerowa
                  w porównaniu z Waszą.


                  > No więc właśnie... Zobacz, mama relaud umierała świadoma (tak stwierdziłeś). I
                  > pytasz, na czym polegało jej cierpienie...
                  >
                  > - Czepliwość i - mógłbym dodać - manipulacja... Chwyciłaś moje dwie odpowiedzi
                  > na kolejne wątki i połączyłas w jedno.

                  Może czepliwość ;), z pewnością nie manipulacja. O to jedno jedyne zdanie
                  (pytanie) mi chodziło... Jędruch ja naprawdę doceniam to, co robisz, z Twoich
                  postów wnioskuję, że robisz to nieźle. I w tym temacie to by było tyle, bo
                  chyba wraz z upływem czasu coraz więcej roznych mysli, za duzo i rzeczywiscie,
                  wciaz emocje... ale też coraz więcej rozumiem. My bysmy chcieli, by wszyscz
                  traktowali naszych cierpiacych bliskich w sposob, w jaki my ich traktujemy, nie
                  dopuszczajac do siebie mysli, ze oni sa dla nich obczmi ludzmi, czesto zupelnie
                  obojetnymi... Pozdrawiam Cie serdecznie.
            • baabcia Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 13.08.06, 01:04
              człowieku przeczytaj to co napisałeś i zastanów się po co to zrobiłeś. Myślę, że
              chodziło o pomoc w uśmierzaniu bólu i nikt nie oczekiwał leczenia. Nawet jesli
              nie dało się nic więcej zrobić to można było to tłumaczyć. Towarzyszenie w
              umieraniu jest najtrudniejszą rzcza jaka nas w życiu spotyka, a jesli umierający
              cierpi to jest to cos nie do zniesienia i zostawia ślady do końca życia. Wręcz
              zmiany psychiczne.
              Wydaje mi się, że nie antybiotyku i szpitala oczekuje rodzina, ale szansy na
              godne umieranie.
              • baabcia Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 13.08.06, 01:10
                mój komentarz jest do wypowiedzi jedruch 10.08.06, 19:16
        • wadera3 Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 27.08.06, 15:11
          podpisuję sie pod Jedruchem obydwoma rekami...
      • noddy Re: odradzam hosp. domowe "Empatia" w Otwocku 13.08.06, 23:31
        Trzymaj się Ulu.
        To straszne, ze tak mozna traktować ludzi ...
    • olgajan Re: HOSPICJUM domowe i stacjonarne 10.08.06, 08:15
      Moja mama była pod opieką domowego Hospicjum Św. Łazarza w Krakowie, opiekowała
      się mamą Pani dr Ewa Drozdowska oraz pielęgniarka pani Bronisława. Tyle pomocy,
      które otrzymała moja mama od nich nie da sie opisać, w kazdym momencie mogłam
      na nie liczyć, udostępniły mi również swoje prywatne telefony komórkowe, abym
      mogła je wezwać lub o coś zapytać. Dziekuję za tą pomoc , dziękuję tym Paniom
      moja mama mogła odejść w domu, wśród najblizszych, trzymałam ją za rękę,tak jak
      tego chciała.
      • liina Do autorki postu. 11.08.06, 20:59
        Hej,

        potrzebujesz czasu zeby ochłonac od tego wszytkiego. Ja do tej pory nie
        ochlonelam, dalej bardzo sie mecze, mam te obrazy wszytkie w glowie, to byl
        najgorszy horror jaki mozna ogladac w ogole, ale mimo to stwierdzam ,tak jak
        mowi Jedruch, ze w pewnym sensie bylam swiadoma tego w jakim stanie jest mama i
        np. nie mialam pretensji, ze ktos jej 2 dni przed smiercia nie osluchiwal, bo po
        co? To nic by nie dalo, a ona nie miala sily siedziec na lozku, po co bylo ja
        meczyc?
        Piszesz, ze mama miala zapalenie pluc. Moze i miala, kto wie, ale podejrzewam,
        ze miala po prostu wode w plucach i nic by na te pluca juz nie pomoglo, nie bylo
        sensu jej meczyc.


        27.07 w nocy o 3.00 wzywaliśmy pogotowie, mama zaczęła strasznie charczeć.
        Kiedy przyjechało pogotwoei okazało się, że mama ma zaawansowane trwające od
        kliku dni ZAPALENIE PŁUC. Nie chciano mamy zabrać do szpitala. Lekarz
        stwierdził, że "nie jestem pewnien, czy chora przezyje przewóz". Na miejscu w
        domu podratowano mamę, tak że mogła swobodniej oddychać.

        O 7.00 rano temperatura wzrosła do 39,5 st.celcjusza. Wezwałam kolejny raz
        pogotowie, jednocześnie prosząc o kontakt z lekarzem z hospicjum. Pogotwie
        przyjechało natychmiast, orzeczono jak poprzednim razem. Zalecono
        NATYCHMIASTOWE podanie antybiotyku. W tym czasie zadzowniła księżna lekarz z
        hospicjum Pani Magdalena S., która na moją prośbę o PILNY przyjazd bo z mamą
        jest tragicznie, stwierdziła, że Ona może byc miedzy 10 a 11.00 !!!!!!!!!!!!!!!
        a więc za 3 - 4 godziny, a wcześniej to może być co najwyżej 10 minut, bo ONA
        musi pozałatwiac swoje sprawy w szpitalu.
        Kiedy powtórzyłam to lekarzowi z pogotowia, nie zastanawiał się. Zabrali mamę
        do szpitala.
        Podali mamie antybiotyk.
        Ok godz. 9.00 moja mama zmarła. Byłam przy niej na OIOM-ie, trzymałam ją za
        rękę. Tylko tyle mogłam zrobić.

        Moja mama tez nie mogla oddychac, dusila sie, ale nie dlatego, ze miala
        zapalenie pluc, lecz dlatego, ze miala wode w plucach, co zapewne tez spotkalo
        twoja mame i zamiast walic antybiotyk, to bardziej by jej ulzyli gdyby ta wode
        spuscili z pluc,a podajac antybiotyk, tylko watrobe i nerki dokonczyli, a
        temperatura sie u chorych w stadium terminalnym pojawia, to dosyc normalne ,
        organizm sie zaczyna bronic, jak juz jest za pozno i kazdy przecietny lekarz
        powinien wiedziec, ze to objaw towarzyszacy takiemu stadium dosyc czesto, a
        raczej nie objaw zaplenia pluc i ze antybiotyk raczej nie pomoze tutaj.

        Mysle, ze jestescie histeryczkami nieco,nie bylyscie swiadome co pewne objawy
        oznaczaja , ale ludzie roznie reaguja. Ja nie histeryzowalam na zewnatrz, ale
        np. moja siostra wpadla w straszna histerie,plakala na glos, krzyczla, latala
        kolo lozka w ta i z powrotem, lapala sie za glowe itd. Ja wiedzialm bardzo
        dobrze co i jak, bo duzo czytalam wczesniej. Jak mama nie mogla oddychac,
        wiedzialam co to znaczy, poszlam do lekarza sama powiedzialam, zeby spuscil
        wode, choc nie chcieli spuscic jej. Gdybysmy sie o to nie wykłócili, to by sie
        udusila.Kiedy zaczela puchnac,to podawali jej fumrosemid tonami. Wiedzialam, ze
        nie pomoze.Kiedy byla blada jak sciana, a hemoglobina spadala, tez wiedzialm co
        to znaczy i ze transfuzja pomoze tylko do czasu.
        Bylam na to przygotowana od strony naukowej, kazdy objaw doskonale kojarzylam i
        wiedzialam co oznacza i z czym sie wiaze, moze dlatego wiedzialam, ze nie nalezy
        jej juz w pewnym momencie szarpac po szpitalach, po pogotowiach, tylko dac
        spokoj, potrzymac za reke, posiedziec przy niej, podac ta morfine i pomodlic sie.
        Faktem jest, ze pielegniarki z hospicjum widza smierc ciagle, ze z tym zyja, ze
        sa oswojone i moze juz tym przejedzone, ale mysle, ze nie do konca. Nikt nie
        jest kamieniem. One przerabiaja to wszytko tysiace razy i wiedza dobrze jaki
        objaw co oznacza, wiedza, ze nie da sie juz pomoc i nic zrobic.Moze jedne maja
        wiecej wrodzonej zdolnosci komunikacji z rodzina chorego,a inne mniej i jednym
        udaje sie te zle wiesci przekazac w sposób lagodny, a innym wychodzi to gorzej,
        choc wiem, ze bywaja tez lekarze i pielgniarki bezlitosni, moja mama chyba
        sobie przez to tez zycie skrocila, tyle sie nacierpiala z tytulu zlego
        traktowania czasem, ale tacy sa ludzie po prostu, sa zli i dobrzy i tak juz
        bedzie zawsze pewnie.
        Nam lekarz tylko powiedzial, zeby dac mamie spokoj,zeby sobie odeszla w spokoju
        i ciszy.
        Kazdy reaguje inaczej po prostu, ale wszyscy cierpimy tak samo i to cierpenie
        nie przechodzi.
        Trzymaj sie i staraj sie isc do przodu, bo nic innego nie pozostaje niestey,
        trzeba zyc dalej.
        • reloud2 Re: Do LIIN 12.08.06, 19:53
          nie biegałam, nie krzyczałam. Chciałam TYLKO pomóc mamie. Nie udało mi się,
          może faktycznie gdybym przestudiowała podręcznik medycyny - wiedziałabym więcej
          i byłabym pewniejsza swoich decyzji. A tak...

          No cóż nie każdy jest silny psychicznie i emocjonalnie...

          Pozdrawiam.
          • baabcia Re: Do LIIN 13.08.06, 01:21
            ja uważam, że robiłas co mogłas i najlepiej jak mogłaś. Bardzo szkoda, że nie
            było osoby, która pomogłaby mamie nie cierpieć a Wam rozumiec co się dzieje i
            jak możecie pomagać. Nie żądałąś od nikogo, żeby mamę uleczył, ale chciałaś,
            żeby pomógł godnie odejść. Walczyłaś o spokojną śmierć i szkoda, że nie
            znalazłąś wyrozumiałego fachowca i poprostu mądrego człowieka w tak trudnej chwili.
            Odsuń od siebie złe myślenie, wycisz się i staraj się przypomnieć dobre
            wspomnienia o mamie. Nawet nie wiesz jakie to dla Ciebie ważne, a i mama na
            pewno by tego chciała.
            • reloud2 Re: Do baabcia 13.08.06, 01:28
              napisałas dokładnie to co chciałam wyrazić w swoim poscie. MOJA MAMA była w
              bardzo cięzkim stanie i razem z siostrą chciałysmy by odeszła spokojnie, bez
              bólu, bez tragedi... a niestety...

              dziekuję Ci za te słowa.

              Wiem też że Jedruch nie miał nic złego na myśli polemizując - starał się
              pokazać racje drugiej strony. Tylko pytanie - czy ta racja jest do końca taka
              jakbyśmy jej oczekiwali ?

              Dziekuję i pozdrawiam
              ula
    • kb67 Polecam hospicjum domowe i stacjonarne w Kwidzynie 05.09.06, 11:56
      Witam! Przeczytałam post o hospicjum w Otwocku i przyznam, że szeroko
      otwierałam oczy ze zdziwienia. Ja mam zupełnie odmienne doświadczenia. Mam ojca
      chorego na raka trzustki. Obecnie jest pod opieką hospicjum domowego, ale leżał
      też juz na oddziale stacjonarnym. Muszę przyznać, że takiej opieki począwszy od
      lekarza na salowej skończywszy nigdzie w szpitalach nie spotkałam (a ze względu
      na chorobę taty "zwiedziłam" już różne szpitale). Personal cały czas uczulał
      nas na to jak ważne jest podawanie środków przeciwbólowych, bo rzeczą
      najważniejszą jest by chory niepotrzebnie nie cierpiał. Muszę przyznać, że to
      raczej z naszej strony był czasami lęk przed silniejszymi środkami
      przeciwbólowymi, a zwłaszcza morfinie. Byłam i jestem pod wrażeniem podejścia
      do każdego pacjenta. W tym hospicjum pacjent traktowany jest jak człowiek. Tata
      oprócz choroby nowotworowej ma jeszcze zaostrzone zapalenie stawów. Kiedy
      ostatnio przebywał w szpitalu, bo w hospicjum nie mogli go leczyć na rzs, to od
      pielegniarek nie raz usłyszał, że ma się nad sobą nie użalać (kiedy nie mógł
      się ruszyć z bólu).... Lekarze z hospicjum przy każdej wizycie bardzo dokładnie
      badali tatę. Mając takie zaplecze obie z mama czujemy się spokojnie, bo wiemy,
      że zawsze możemy liczyć na pomoc.
      Przykro mi, ze panią z Otwocka spotkało takie okrutne doświadczenie. Wszędzie
      są tylko ludzie.... tylko, że osoby obojętne na ludzkie cierpienie powinny
      szukać pracy gdzie indziej.....
      Pozdrawiam
      k.
      • kol32 Re: Polecam hospicjum domowe na Pl. Konfederacji 16.11.06, 08:46
        Wszystkim, których ta okrutna choroba zmusi do szukania tej formy pomocy
        polecam hospicjum domowe na Pl. Konfederacji w Warszawie (Bielany). Mój Tata
        był pod jego opieką przez trzy ostatnie miesiące swojego życia. Lekarz, który
        się Tatą opiekował to naprawdę wspaniały człowiek: kompetentny, poswięcający
        dużo czasu choremu, szczegółowo odpowiadający na wszelkie pytania rodziny. Sam
        dzwonił, by spytać w jakiej formie jest Tata. Wspierał nas też psychicznie.
        Opieka pielęgniarska również była OK, a personel w biurze bardzo miły, ciepły i
        szczerze chcący pomóc. Najbardziej wzruszyło mnie to, że o swoich podopiecznych
        nie zapominają nawet po ich odejściu. Wczoraj otrzymałam telefon z hospicjum z
        informacją o mszy zaduszkowej za dusze zmarłych podopiecznych.

        Nie mogę tylko oprzeć się jednej refleksji. Gdyby system wykrywania nowotworów
        w naszym kraju działał tak sprawnie jak opieka paliatywna, wielu naszych
        bliskich wciąż cieszyłoby się życiem. No ale to już zupełnie inny, wielokrotnie
        przerabiany temat...

        Pozdrawiam Was ciepło.

        Kasia
      • pistacchio Bielsko Biala 21.11.06, 16:34
        hospicjum sw. Kamila,
        przede wszystkim niezwykla pani doktor Byrczek,takze dr Gazurek
        pelne poswiecenia, odpowiadaly na kazde pytanie, nieraz wizyty byly o polnocy bo
        mialy tyle pacjentow, skromne, serdeczne, wspolczujace,
        • natka766 chore dziecko 22.11.06, 00:25
          Wszyscy jesteście po doświadczeniach z hospicjum domowym.
          Proszę o wskazówki, czego można spodziewać się po tego typu opiece, co należy
          do ich obowiązków, a co będzie należało do naszych obowiązków jako rodziny.
          Siostry syn ma 14 lat, od 5 lat ma raka w mózgu i w kręgosłupie. Leczyliśmy go
          w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, później już u nas w Zielonej Górze.
          Właśnie zakończyliśmy leczenie. Dostaliśmy skierowanie do hospicjum domowego,
          jestem po wstępnych rozmowach z Panią Dyrektor. Dowiedziałam się, że raczej nie
          ma w naszym mieście specjalisty od chorób nowotworowych u dzieci, więc Piotruś
          będzie pod opieką lekarza, który zajmuje się osobami dorosłymi. Nie wiem, czy
          jest jakaś zasadnicza różnica, tym bardziej, że nie jest on malutkim dzieckiem,
          w sensie niemowlak, czy kilkulatek.
          Proszę o informacje, o co powinnam sama pytać, na co się nie godzić, jak
          słuchać porad, i jeśli ktoś ma "złoty środek" - to jak przeżyć, żeby nie
          zwariować...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka