Dodaj do ulubionych

walka z rakiem...

02.09.17, 13:23
Za bardzo nie rozumiem tego określenia, w końcu chory dostaje leki i chodzi na zabiegi. Ale im sławniejsza osoba tym bardziej ta "walka jest większa". Przecież to lekarze walczą z z tą straszną chorobą o zdrowie pacjenta.
Obserwuj wątek
    • bei Re: walka z rakiem... 27.11.17, 17:23
      Walka to dzielne znoszenie terapii.
      Mój brat poddawał się, chciał odstąpić od leczenia. Walcz!!! prosiła rodzina, znajomi.
      Nie miał już siły chodzić, nie mógł się pionizować. Cierpiał strasznie, mimo to, przyjmował kolejne wlewy.
      Gdyby odpuścił leczenie, nie miałby możliwości przekonać się czy w niego terapia zadziała.
      Leczenie nowotworu nie przebiega jak każda inna terapia przy innej chorobie.
      Z medykami jest różnie....pierwsi, z którymi zetknął się brat w drugim rzucie choroby nie walczyli o zdrowie pacjenta. Rozłożyli ręce, nie mieli pomysłu, ani chęci by poszukać pomysłu na leczenie.
      Niedawno na tym forum pisała pacjentka, ze ośrodek leczenia nowotworów w jej mieście tez nie chciał jej leczyć, wydał wyrok i tyle. Pojechała do innego, przeszła terapie i teraz czas jej mija na szczęśliwym doświadczaniu życia. To Ona walczyła z bólem, pokonywała setki kilometrów by przyjmować truciznę- walczyła o siebie.
        • quba Re: walka z rakiem... 15.04.19, 23:00
          No to przepraszam. Teraz przeczytałam ten Twój komentarz. Ale co? Ty nie robilaś nic? Twój organizm znosił to jak katar albo swędzenie np. oka? Nie wierzę Ci. Po prostu nie! A że nie rozmumiesz, co to znaczy walka z chorobą, to juz trudno.
            • quba Re: walka z rakiem... 04.10.19, 23:49
              Gguzik prawda. rodzina wyłącznie jest PRZY chorym, bądź Z chorym, ale walkę musi stoczyć on SAM, przejść od początku do końca wszystkie badania, zabiegi, ból, chemię, albowiem nikt nie jest w stanie tego zrobić za niego, mąż może nawet trzymać mnie za rękę, kiedy podają mi wlew, ale ja sama muszę przetrwać wszelkie dolegliwości związane z tym, z rzyganiem włącznie. On wprawdzie mówi, że mogę przy nim wymiotować, bo go to nie ruszy, ale sama siedzę na bombie zegarowej, która tyka. Minęło siedem lat od mojej pierwszej operacji, ale wznowy, przerzuty, kolejne tomografie średnio co 2 miesiące ja znoszę i to ja nie śpię po nocach, czekając, czy mi się uda wyjść z tego całkiem do końca, ale tego nigdy nie jest się pewnym.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka