niby_nie_sama
29.03.08, 21:49
Zacznę od końca.
Dzisiaj.Mój od kilkunastu lat mąż dał mi jasno do zrozumienia, że nie ma
ochoty towarzyszyć mi na chrzcinach mojego siostrzeńca (ja mam być chrzestną).
Dokładnie brzmiało to tak: ale ja nie muszę tam jechać?? Oficjalny powód:
szwagra nie lubi.
Parę dni temu- Niedziela Wielkanocna. Wybieram się z córką na grób mojej Mamy-
jemu się nie chce (15 minut autobusem, cmentarz przy przystanku, ale nie w tym
przecież rzecz). Zostaje w domu i leży przed tv.
Troszkę dawniej- wesele mojej jedynej siostry, dla której przez jakiś czas
stanowiliśmy rodzinę zastępczą. Pojechałam sama z córką. On absolutnie nie
mógł załatwić wolnego (dla jasności dodam że nie jest: managerem, dyrektorem,
przedstawicielem handlowym w branży przeżywającej akurat szczyt sezonu. Jest
raczej szeregowym pracownikiem wielkiej państwowej firmy). Po czasie dodał, że
nie miał kasy i nie miał się w co ubrać. Fakt, że sytuacja była jak na złość
wtedy nie najlepsza,ja pożyczyłam kieckę od koleżanki, tylko córce kupiłam
nową na wyprzedaży, ostatnie pieniądze wydałam na fryzjera, a prezent dałam
siostrze kilka miesięcy później. Co nie zmienia faktu, że było mi przykro z
powodu braku osoby towarzyszącej i kłamliwych tłumaczeń, czemu przybyłam sama.
Inna sprawa, że bawiłam się świetnie- nie musiałam patrzeć, czy nie pije zbyt
dużo i czy nie narobi siary.
Od dawna:
wspólny czas wolny spędzamy w domu, każde we własnym kącie, zajęte swoją
pasją. Nie rozmawiamy ze sobą, raczej wymieniamy komunikaty. Dawno już
chciałam rozwodu, ale mąż uważa że dla dobra dziecka powinniśmy być razem.
"Dziecko" ma lat 14.Inna sprawa, że żadne z nas nie ma dokąd się wyprowadzić,
więc w chwilach zwątpienia kapituluję, bo stwierdzam:po co mi rozwód, skoro i
tak będę mieszkać pod jednym dachem z facetem, który chce tylko utrzymywania
pozorów. No bo przecież w jego rodzinie nigdy nie było rozwodów. Skandal byłby.
To tak w bardzo dużym uogólnieniu.
Uuuuuch, kurwa, jak mi źle...