Dodaj do ulubionych

Siedzę i łzy mi same lecą... (długie)

29.03.08, 21:49
Zacznę od końca.
Dzisiaj.Mój od kilkunastu lat mąż dał mi jasno do zrozumienia, że nie ma
ochoty towarzyszyć mi na chrzcinach mojego siostrzeńca (ja mam być chrzestną).
Dokładnie brzmiało to tak: ale ja nie muszę tam jechać?? Oficjalny powód:
szwagra nie lubi.
Parę dni temu- Niedziela Wielkanocna. Wybieram się z córką na grób mojej Mamy-
jemu się nie chce (15 minut autobusem, cmentarz przy przystanku, ale nie w tym
przecież rzecz). Zostaje w domu i leży przed tv.
Troszkę dawniej- wesele mojej jedynej siostry, dla której przez jakiś czas
stanowiliśmy rodzinę zastępczą. Pojechałam sama z córką. On absolutnie nie
mógł załatwić wolnego (dla jasności dodam że nie jest: managerem, dyrektorem,
przedstawicielem handlowym w branży przeżywającej akurat szczyt sezonu. Jest
raczej szeregowym pracownikiem wielkiej państwowej firmy). Po czasie dodał, że
nie miał kasy i nie miał się w co ubrać. Fakt, że sytuacja była jak na złość
wtedy nie najlepsza,ja pożyczyłam kieckę od koleżanki, tylko córce kupiłam
nową na wyprzedaży, ostatnie pieniądze wydałam na fryzjera, a prezent dałam
siostrze kilka miesięcy później. Co nie zmienia faktu, że było mi przykro z
powodu braku osoby towarzyszącej i kłamliwych tłumaczeń, czemu przybyłam sama.
Inna sprawa, że bawiłam się świetnie- nie musiałam patrzeć, czy nie pije zbyt
dużo i czy nie narobi siary.
Od dawna:
wspólny czas wolny spędzamy w domu, każde we własnym kącie, zajęte swoją
pasją. Nie rozmawiamy ze sobą, raczej wymieniamy komunikaty. Dawno już
chciałam rozwodu, ale mąż uważa że dla dobra dziecka powinniśmy być razem.
"Dziecko" ma lat 14.Inna sprawa, że żadne z nas nie ma dokąd się wyprowadzić,
więc w chwilach zwątpienia kapituluję, bo stwierdzam:po co mi rozwód, skoro i
tak będę mieszkać pod jednym dachem z facetem, który chce tylko utrzymywania
pozorów. No bo przecież w jego rodzinie nigdy nie było rozwodów. Skandal byłby.
To tak w bardzo dużym uogólnieniu.
Uuuuuch, kurwa, jak mi źle...
Obserwuj wątek
    • azaheca Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 01:32
      Szary facet....nie znam,unikałam jak ognia,kolorowych wybierałam,też źle tylko
      inaczej było.Nie potrafię poradzić,ale może dziewczyny jak zwykle coś poradzą?
      Pozdrawiam:-)
      • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 01:54
        ja mam rade, zacznij sie rozgladac, jak dostaniesz kopa
        (pozytywnego) z zewnatrz, zaraz cala sprawa zacznie wygladac
        inaczej; i lej na to "co inni powiedza"
    • almondgirl Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 11:15
      a propos rozwodu i mieszkania w jednym mieszkaniu - moi rodzice mają
      taka znajoma, którą podziwiam własnie za to, że rozwiodła się z
      takim mezem-nudziarzem, któremu nic sie nie chciało. Podziwiam tym
      bardziej, że akcja działa się w małym miasteczku, gdzie rozwod to
      wstyd i powód do plotek, a ta kobitka ma około 50-tki i też nie
      miala pieniędzy na to, żeby sobie nowe życie ułożyć gdzieś indziej.
      Dość szybko znalazła jednak innego faceta i jakoś jej się wszystko
      poukładało. Skandalu chyba wielkiego nie bylo, zresztą kto by się
      tym przejmował - ludzie pogadaja i przestaną. Może rzeczywiście
      potrzebujesz jakiegoś pozytywnego kopa?
    • to-wlasnie-ja Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 11:28
      Witaj. Tak na szybko -skoro Twoj maz chcialby jedynie pozornego malzenstwa , to towarzyszenie Ci na waznych rodzinnych uroczystosciach jak najbardziej do tych pozorow nalezy i moze nalezalo by mu to uswiadomic .
      Mysle jednak, ze Twoj maz wybral sobie bardzo wygodna pozycje w Waszym malzenstwie. Robi to na co ma ochote a Ty - wybacz - postepujesz co najmniej nierozsadnie zgadzajac sie na to. Nic zreszta nie piszesz , jak to sie ma w druga strone- czy na spotkania w jego rodzinie on tez jedzie sam?
      Masz trzy wyjscia . Mozesz zawalczyc o to malzenstwo , porozmawiac z nim , zaproponowac terapie malzenska, sprobowac urozmaicic wspolny czas,zorganizowac jakis wypad , kino, grilla ze znajomymi, znalezc wspolna pasje itp.
      Mozesz mimo wszystko pomyslec o rozwodzie, jesli nie widzisz zupelnie mozliwosci dalszego wspolnego zycia . I wowczas nie ogladac sie na jego rodzine i tzw. skandal , bo to Twoje zycie a nie jego rodziny . Jednak latwo nie bedzie, to fakt.
      Mozesz w koncu zostawic wszystko tak jak jest i zyc tak jak do tej pory od czasu do czasu przy wiekszym dolku odwiedzajac nasze forum ;) i tak wlasnie zapewne zrobisz.
      Ja wybralabym bramke nr.1 Mysle, ze warto popracowac nad tym, aby wasze zycie zaczelo inaczej wygladac a nie bylo tylko ciagiem nudnych , takich samych dni. Dlaczego Ty? Bo w odroznieniu od meza to Tobie takie zycie nie wystarcza , on nic nie zrobi sam od siebie, na razie jest mu bardzo wygodnie. Zastanow sie. Za kilka lat dziecko wyjdzie z domu i co wam pozostanie? Puste mieszkanie i cisza przerywana tylko dzwiekiem z tv. Nie szkoda zycia na cos takiego?
      Pozdrawiam :)
      • czerwonaoliwka Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 11:55
        Ja bym na twoim miejscu spróbowała coś zmienić w małżeństwie.
        Uważam, że to ty powinnaś zrobić pierwszy krok, bo facet nie wymyśli
        nic sensownego, nie wpadnie na to, że można żyć lepiej.
        Ja też w pewnym momencie byłam tak zmęczona, miałam wszystkiego
        dość, cały czas siedziałam w domu z dziećmi każdy dzień wyglądał tak
        samo, w końcu powiedziałam dość, uzgodniłam z mężem, że wyjeżdżam na
        dwa tygodnie na odpoczynek całkiem sama. Zostawiłam mu dzieci i
        wyjechałam nie powiem żebym się dobrze bawiła sama, bo bardzo
        tęskniłam za dziećmi, ale wróciłam do domu jak nowonarodzona z nowym
        pokładem cierpliwości do maluchów i nową większą miłością do męża.
        Może i ty powinnaś tak odpocząć od codziennych obowiązków i od
        męża. A może byście gdzieś razem wyjechali. A może coś musicie w
        sypialni zmienić, wygonić nudę? Ja kupiłam na allegro grę erotyczną
        i z mężem, co jakiś czas robimy sobie taki miły wieczór z dobrą
        kolacją ze świecami i gramy…
        Obmyśl plan i działaj, ratuj swoje małżeństwo. Może się uda.
        Trzymam kciuki!!!
        A jeżeli się nie uda to nie patrz na nikogo rób tak żebyś ty była
        szczęśliwa, bo szkoda życia.
        • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 15:34
          stawiam dolary przeciwko orzechom, ze autorka juz probowala "cos
          zrobic" i pewnie nie raz....
          coz, sa faceci, ktorym notorycznie nic sie nie chce, chca zlec na
          wersalce i poogladac tv.... i zeby miec "swiety spokoj"
          wlasnie, co ty z niego masz? bo nie sadze, zeby byl do tego jakims
          extra kochankiem?....
          wlasciwie to nie sadze, zeby byl jakimkolwiek.....
          • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 18:44
            Cholera, no trafiłaś w sedno. Zamiast dolarów mogłaś stawiać i diamenty...
            Nie chce mi się już walczyć i kompletnie mi nie zależy. Po ponad 16 latach
            małżeństwa zastanawiam się (ale nie od wczoraj) jak mogłam w ogóle wyjść za
            takiego faceta.
            Seks między nami nie istnieje od niemal roku. Wcześniej przez jakieś dwa-trzy
            lata (już nawet nie pamiętam dokładnie) zdarzało się coś sporadycznie. Nuda i
            rozczarowanie, bo mój mąż grę wstępną uważa za -cytuję: moje fanaberie. Minuta
            jakichś głasków i do rzeczy... Nie mamy osobnych sypialni ani nawet łóżek, mamy
            osobne kołdry od dawna.
            On budzi we mnie fizyczną niechęć, nie chodzi o to że jest niedomyty- tego mu
            nie mogę zarzucić, ale generalnie nie dba o siebie- goli się raz na parę dni, a
            wieczorem przed położeniem się lubi sobie zajarać w toalecie (ja nie palę i nie
            znoszę smrodu papierosów) więc oddech ma nieciekawy nawet po umyciu zębów, poza
            tym lubi sobie pojeść surowej cebuli- bo lubi. Widzę go jak leży przed tv w
            dziurawych skarpetkach i w ogóle mu to nie przeszkadza "bo przecież jest w
            domu". (Skarpetek nigdy mu nie cerowałam i nie ceruję, uważam że jak kogoś stać
            na paczkę fajek, to i na nowe skarpety za kilka zł też). Paznokcie u nóg obcina
            jak mu przypomnę.
            Matko,jak to piszę, to jestem osłupiała- opis jakiegoś flejtucha po prostu! Ale
            w tym co piszę nie ma grama fantazji... Nie umiem się zdobyć na seks po takich
            widokach.
            Wspólne wyjazdy, grille ze znajomymi, kino... nie działa, już chyba za bardzo
            jestem zmęczona i nie ma chyba nic, co mogłoby mnie przywrócić do życia... Ja po
            wczorajszym wieczorze jestem wypluta i pozbawiona energii życiowej, a on- jak
            gdyby nigdy nic się nie stało, wszystko rozchodzi się po kościach i cześć.
            Drażni mnie, jak wypije parę piw i język mu się plącze... miałam ojczyma
            alkoholika i na całe życie mam dość bełkocących facetów.
            Na wszystkich weselach i większych imprezach bywaliśmy razem albo wcale, ale od
            dawna już takich imprez w jego rodzinie nie było. Z nas dwojga to ja jestem
            osobą, której nie zależy na pozorach i na tym "co ludzie powiedzą", zresztą było
            wiele kłótni o to właśnie, że ja jestem "inna niż wszyscy" (czytaj: inna niż
            wszyscy jego znajomi) i że u nas nigdy nie jest tak samo jak u innych (czytaj:
            że nie jestem głupią gęsią gotującą obiady z trzech dań z deserem i ciasto co
            niedziela). Przeklina moją "pieprzoną niezależność" i jednocześnie w życiu się
            do tego nie przyzna...
            Nie jest do szpiku złym człowiekiem, najlepsze jest to, że moje koleżanki
            uważają go za faceta do rany przyłóż, ale to ja z nim mieszkam i żyję... nie
            wiem jak długo jeszcze wytrzymam.
            • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 18:55
              Chyba nie napisałam najważniejszego- ja go już po prostu nie kocham. Zbyt wiele
              padło z jego ust złych, gorzkich słów, zbyt wiele razy zlekceważył to na czym mi
              zależało, zbyt wiele razy płakałam po kilka godzin nie mogąc się uspokoić. Nie
              umiem już odbudować w sobie tego, co było kiedyś (wyszłam za mąż mając 19 lat
              choć nie byłam w ciąży). W tej chwili nie mamy już ze sobą nic wspólnego- oprócz
              córki i mieszkania... Lubimy wspólne wypady rowerowe, ale to chyba za mało, żeby
              być dobrym małżeństwem. On twierdzi, że nadal mnie kocha. Ale i powiedział też
              parę razy, że żałuje że się ze mną ożenił, bo gdybym nie była jego żoną to nawet
              by mnie nie lubił (i bądź tu dla takiego namiętną kochanką,ech...).
              • to-wlasnie-ja Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 19:11
                To nad czym sie kobieto zastanawiasz ? Czy warto marnowac kolejne lata w pozornym malzenstwie ?
                Zrob sobie bilans zyskow i strat. Jezeli, jak piszesz , to malzenstwo zupelnie przeslalo istniec , to ja na Twoim miejscu nie przejmowalabym sie opinia rodziny i znajomych meza. To Twoje zycie i nikt z nich go za Ciebie nie przezyje. Jego rodzine , jego samego byc moze zadowala taka bylejakosc , Ciebie nie, wiec walcz o siebie. Masz do tego prawo. Dobrze sie zastanow , rozwaz wszystkie za i przeciw . Kobiety sa bardzo silne, dasz rade.
                • bogna71 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 19:28
                  Jesteś młodą kobietą, nie zmarnuj sobie reszty życia.
                  Nie wyobrażam sobie takiego życia, z takim "partnerem"....

                  Ja wiem, że łatwo coś takiego napisać, siedząc sobie w przytulnym
                  domku i słysząc jak mąż i dzieciak zaśmiewają się przy graniu w
                  piłkę i mając w perspektywie wieczorne sam-na-sam z Chłopem, bo już
                  się wcześniej, chichrając, na to umówiliśmy;) , ale wyobraź sobie
                  siebie za 10-20 lat. Zgorzkniała, ze świadomością, ze życie
                  przeleciało Ci między palcami....
                  Zrobisz, co będziesz uważała za słuszne, ale to, że tu wszystko
                  opisałaś, o czymś świadczy. I to Twoje stwierdzenie, że go po prostu
                  nie kochasz...
                  Nie zmarnuj sobie życia, tylko z tego powodu, że łatwiej jest w tym
                  dalej tkwić niż się ruszyć i coś zmienić.
                  Twojemu mężowi jest wygodnie - ma dom, ma posiłki, czyste ciuchy i
                  poczucie, że już sobie Ciebie zaklepał i tak będzie całe życie...
                  Ale pomyśl, czy Ty naprawdę uważasz, że dasz radę w tym tkwić
                  następne 16 i więcej lat?
                  Trzymam za Ciebie kciuki, bądź szczęśliwa.
                  • verte34 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 21:10
                    Decyzja wydaje się łatwa, skoro wszystko się wypaliło... a Młoda jak
                    by się na to zapatrywała?
              • joanna784 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 21:43
                po tym co napisałaś mam wrażenie że doskonale wiesz czego chcesz od
                życia, tylko tego ostatniego kroku nie robisz. nie wiem czemu. nie
                namawiam do niczego, ale skoro sama przed soba przyznajesz że go nie
                kochasz, że nie zgadzasz się na takie życie przez nastepne X lat to
                może warto zaryzykować i wreszcie pomyśleć o sobie.
                • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 22:11
                  Bogna, czytając Twój post znów się popłakałam... Nie z zazdrości, że ktoś ma
                  taki fajny, miły dom i perspektywy na wieczór... Naprawdę wyobraziłam sobie
                  siebie za te 20 lat...
                  Ja marzę o tym, żeby rozstać się z mężem, wiem że byłabym szczęśliwsza bez
                  niego, ale powody dla których tego do tej pory nie zrobiłam są bardzo
                  przyziemne- podstawowy problem jest taki, jak już pisałam wcześniej- ani on się
                  nie wyniesie z naszego mieszkania-to już zapowiedział że nie ma zamiaru mi
                  niczego ułatwiać (więc i na rozwód z klasą nie mam co liczyć), ani ja się nie
                  wyniosę. Córka ma gimnazjum na tym samym osiedlu,a rozstanie rodziców to za duża
                  trauma, żeby dorzucać do niej jeszcze stres związany ze zmianą szkoły.
                  Rozmawiałam z nią kiedyś o tym i wiem, że nie zgodzi się na to. Mam czekać aż
                  córka dorośnie?? Nasze mieszkanie jest niewiele warte, z jego sprzedaży nie
                  uzyskalibyśmy środków na dwa inne, choćy kawalerki. O kredycie żadne z nas nie
                  może nawet marzyć. Bzdurą byłoby myśleć w ten sposób że a nuż ktoś się mną
                  zainteresuje i jakoś sobie ułożę życie. Nie po to chciałabym wydostać się ze
                  zrujnowanego małżeństwa, żeby zaraz szukać kolejnego. Zresztą mam na razie dość
                  i jestem na etapie "wszyscy faceci są tacy sami".
                  Nie mam niestety rodziny na której pomoc mogłabym liczyć, nie widzę po prostu
                  żadnego wyjścia z tej chorej sytuacji. Czuję się jak w klatce.
                  • joanna784 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 30.03.08, 23:00
                    a może coś do wynajęcia blisko szkoły córki? nie wiem czy warto
                    marnować swoje najlepsze lata tylko z powodu mieszkania...
                    • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 31.03.08, 00:00
                      Myślałam o takim rozwiązaniu, ale nie stać mnie na to. Wynajem mieszkania
                      pochłonąłby 3/4 mojej pensji, a mąż zarabia mniej ode mnie, więc nie mam co
                      liczyć na wielkie alimenty. Nie chciałabym sprawić wrażenia osoby, która sama
                      sobie mnoży i wymyśla problemy nie do pokonania- ja naprawdę nie mam pojęcia jak
                      sobie z tym poradzić. Mając dziecko nie mogę sobie pozwolić na rozwiązania
                      tymczasowe typu "kątem u koleżanki", z nadzieją że jakoś to będzie. Muszę mieć
                      plan awaryjny opracowany zanim cokolwiek ruszę i to mnie właśnie frustruje że
                      czas leci a ja dalej tkwię w tym marazmie i już samą siebie zaczynam posądzać o
                      nieudacznictwo...
                      • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 31.03.08, 01:51
                        kurcze, latwo radzic z boku, ale wiem, jak paralizujacy jest strach
                        przed nowym i nieznanym....
                        dlatego moze czasami zamykam oczy i skacze glowa w dol ;)))
                        wyobraz sobie, ze wyjezdzajac z mojego miasta baaardzo daleko,
                        bladym switem, jadac w taksowce zazdroscilam szwaczkom ktore szly do
                        pracy, na akord, za grosze, ze sa tutaj, w tej swojej malej
                        stabilizacji, gownianej ale znanej, a ja znow gdzies lece z dala od
                        wszystkich mi bliskich osob....
                        ale wiedzialam, ze musze radykalnie, bo zdziadzieje;

                        co w twojej sytuacji..... nie wierze, ze to pisze, ale moze na
                        poczatek zaloguj sie na jakichs czatach, nie pisze randkowych, tak w
                        ogole, oderwij sie od tej rzeczywistosci ktora cie przytlacza, choc
                        na chwile, nabierz nowej perspektywy, naladuj baterie;
                        nie poplyn tylko w tym za bardzo, ot, taka odskocznia....

                        corka.... hmmm.... ze niby sie nie zgodzi... mowila ci to, czy tylko
                        przypuszczasz? a nawet jesli, to z jakiej racji, dziecko, nawet
                        najukochansze ma ci dyktowac warunki?
                        czy ty na jej uzytek rowniez fabrykujesz wizje milej rodzinki? z
                        niewielkimi problemami "do przegadania"?
                        przeczytaj Alchemika
                        wiem, ze to troche zenujaca lektura, ale warto, zwlaszcza teraz
                      • wojtek56 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 31.03.08, 02:20
                        Tak sobie głośno myślę...
                        - Czy masz szansę na zmianę pracy na lepiej płatną? Co musiałabyś zrobić, żeby
                        zarobić więcej? Czy masz szansę na zmianę pracy na taką, żeby zyskać
                        wiarygodność kredytową? Porozmawiaj o tym z kimś, kto zna Ciebie dostatecznie
                        dobrze i trzeźwo oceni Twoje szanse.
                        - Czy brałaś pod uwagę wyjazd? Na przykład zmianę pracy pod warunkiem, że
                        dostaniesz jakieś lokum, choćby tymczasowe, dla siebie i dla córki. Czy
                        przeforsowałabyś sprzedaż mieszkania, aby mieć na samodzielny start?
                        - Czy na pewno chcesz się poświęcić w imię "dobra córki"? Czy zdajesz sobie
                        sprawę, że córka dokładnie skopiuje Twoje życie i tkwiąc w marazmie skazujesz ją
                        na to samo w jej małżeństwie? Czy wiesz, że "nowe" i "nieznane" wcale nie musi
                        być gorsze ani mniej wygodne?
                        - Czy byłaś już kiedyś w takiej sytuacji, gdy Twoja determinacja i zaradność
                        pozwoliły Ci wyjść z kłopotów? Czy na pewno nie masz w sobie dość sił, aby
                        odrzucić negatywne myśli o sobie samej?
                        - Czy wiesz, że Twoja aktywność ZAWSZE przyniesie dobre skutki? Nie jesteś w
                        stanie ich teraz przewidzieć, bo zaczniesz KREOWAĆ rzeczywistość! Myśl
                        pozytywnie i rób wszystko, co chociaż potencjalnie może Ci pomóc. To sie na
                        pewno opłaci. Może Twój mąż się ocknie? Może Ty uwierzysz w siebie? Może
                        dostaniesz skądś propozycję, o której nawet Ci się nie śniło? Naprawdę nie
                        wiesz, co Ciebie czeka, ale wyjdź temu naprzeciw.

                        I rozmawiaj z córką, ile się da. Dzieci są dużo mądrzejsze, niż się nam wydaje.
                        Trzeba im pozwolić mówić i słuchać, co mają do powiedzenia.

                        Iwono, nie bój się. Jak polityk chce zrobić coś dobrego, to najpierw robi z
                        siebie pajaca, bo musi zdobyć popularność. Ty też nie cofaj sie przed niczym,
                        jeżeli tylko masz na celu dobro swoje i swojego dziecka. Świat ma Ciebie w
                        dupie? Odpłać sie tym samym i walcz o swoje.
                        • boo-boo Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 31.03.08, 11:34
                          Ja właściwie nie mam nic do dodania-moi poprzednicy wszystko już powiedzieli.
                          Powodzenia jedynie i kciuki trzymam.
                          • bogna71 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 31.03.08, 11:44
                            Przeczytaj post Wojtka kilka razy. Uwierz, że stać Cię na zmianę.
                            U mnie też nie jest tak, że sobie z dzióbków non-stop jemy, czasem
                            ja się wścieknę o jakieś gówno, czasem mój Chłop ma muchy w nosie,
                            ale generalnie dogadujemy się fajnie, a dla niego jest to drugi
                            związek - z pierwszego wyszedł poobijany psychicznie, bez grosza, z
                            psem przywiązanym przez byłą do klamki jego tymczasowego miejsca
                            zamieszkania......
                            Można, naprawdę można zmienić swoje życie, nawet jeżeli miałoby to
                            się wiązać z wywaleniem go wcześniej do góry nogami.

                            Życzę Ci wszystkiego najlepszego:)
                        • joannah31 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 31.03.08, 20:30
                          Wojtek, jeżeli jeszcze do tego umiesz gotować i skręcać meble,
                          proszę, wprowadź się do mnie. Nigdy nie przeczytałam mądrzejszej
                          rady od chłopa, chociaż akurat w tej chwili nie do mnie.
                          ps. A może ty jesteś Wojtasia. oszuście?

                          A tych kochana, bierz nogi za pas, bo szkoda upływającego czasu na
                          niereformowalnych, leniwych facetów w gaciach.
                          • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 31.03.08, 22:59
                            Dziękuję Wam wszystkim z całego serca za zainteresowanie, za to że przejęliście
                            się moim problemem, na który dziś patrzę już trochę inaczej, z większym
                            optymizmem. Walnęłam sobie dziś na odtrucie podwójną dawkę fitnessu i nie
                            poznawałam siebie w lustrze- energia ze mnie tryskała, dziś czuję że mam siłę
                            żeby pokonać to wszystko, a jak siły zabraknie to trudno, będę jej szukać w
                            moich pasjach i rozmowach z córką. Jeszcze rano zastanawiałam się skąd wezmę
                            pieniądze (jak dla mnie niemałe) na wpis tymczasowy do sądu. A tu jak z nieba
                            przy wypłacie (wszak dziś ostatni) szef doznał jakiegoś olśnienia i "za dobrą
                            pracę" dorzucił kilka stów premii, które jeszcze dziś odłożyłam na konto
                            oszczędnościowe i połowę opłaty sądowej mam już z głowy. Jakoś dam radę! Muszę!
                            Spróbuję jeszcze dziś skonstruować sensowny pozew a potem "niech się dzieje wola
                            nieba". ;) Mimo, że jak na moje miasto w swoim zawodzie zarabiam nieźle i na
                            podwyżkę raczej nie mam co liczyć, muszę jakoś dać radę. Kredytu nikt mi nie
                            da- mąż wpędził nas parę lat temu w pułapkę kredytową, ale to dłuższa historia,
                            wyszliśmy z niej bez niczyjej pomocy dzięki temu, że pracowałam całymi dniami,
                            czasem wybierałam między kolacją dla córki lub dla siebie, ale w końcu
                            wydostałam nas z bagna kredytów, do dziś mam lęk przed słowem "kredyt" i jakoś
                            nie umiem mężowi tej całej sprawy wybaczyć. Chyba wolałabym żeby mnie zdradził.
                            Za swoją harówkę otrzymuję dziś podziękowanie w postaci wyrzutów, że nigdy mnie
                            nie było w domu, że on całymi dniami zajmował się domem (więc czemu nie pracował
                            tak ostro jak ja? Z przyjemnością posiedziałabym więcej w domu).
                            Kochani, dzięki za wsparcie i wiarę we mnie. Potrzebuję tego jak nie wiem co.
                            Zwłaszcza męski punkt widzenia jest mile widziany, Wojtku :), mimo, że moja
                            relacja nie jest zapewne superobiektywna, bo pisana pod wpływem negatywnych emocji.

                            • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 01.04.08, 02:25
                              i tak trzymac, widzisz, jak ktos puka, to mu otworza, ja to wiem, i
                              to, ze jak czegos bardzo chcesz, to...
                              zreszta nie baz kozery mamy "gdzie diabel nie moze, tam babe posle"
                              sama sobie niezle radzilas/radzisz, bu jak znam zycie to glownie ty
                              ciagniesz ten malzensi wozek, mam racje? wiec czemu mialo by byc
                              teraz inaczej i gorzej jak juz nazwiesz sytuacje po imieniu?
                              tylko pamietaj, konsekwencja, nie gdybac, nie lamac sie, nie
                              litowac, nie "coludziepowiedza", i jakby ktos cos pytal to nie
                              malowac landszafcikow, tylko rzeczowo; nie mowie, ze pomyje,
                              tresciwie bez wchodzenia w szczegoly niepotrzebne,
                              fitnes to nieglupia rzecz, a i rozgladaj sie dokola, jest pelno
                              fajnych ludzi po ziemi chodzacych, naprawde;
                              jak juz wokol jakas posucha, to wspomaganie netowe wskazane, madry
                              czlowiek wynajdzie tu mnostwo wartosciowych historii :) i ludzi
                              tez :)
                              moc usmiechow :))))))))
                            • joanna784 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 01.04.08, 08:42
                              :) widzisz, taka podwyżka niespodziewana.a jeszcze kilka dni temu
                              pisałaś że nie ma szans na więcej kasy. aż strach pomyślec co zdaży
                              się jutro :) głowa do góry ;)
                              • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 01.04.08, 10:32
                                Joasiu, to nie podwyżka niestety, tylko jednorazowa premia, ale nie zmienia to faktu, ze mi to pomogło,rozwiazalo pierwszy problem i wzmocniło moja determinacje. Dzis jade do usc po odpis aktu małżeństwa potrzebny do zlozenia pozwu.Po poludniu mam zaplanowana rozmowe z mezem, prosiłam go zeby przemyślal cala sytuacje i powiedzial jakie widzi rozwiazanie problemu mieszkaniowego.
                                • bogna71 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 01.04.08, 11:37
                                  Kciuki trzymam, żeby wszystko ułożyło się po Twojej myśli. I wpadaj
                                  tu czasem, żeby zdać nam relację;), albo po prostu, żeby sobie coś
                                  tam w głowie poukładać.
                                  Pozdrawiam serdecznie:)
                                  Tylko jak już podjęłaś jakąś decyzję i poczyniłaś pierwsze kroki, to
                                  nie daj się dziś przegadać/zagadać mężowi i znowu wskoczyć w stare
                                  koleiny.
                                  Napisz, jak Ci poszło.
    • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 01.04.08, 20:38
      Dziewczyny i Ty, Wojtku! :)
      Jestem już po rozmowie z mężem. Zanim zaczęłam, czułam sie potwornie
      zdenerwowana, żołądek mi się buntował ale wzięłam się w garść i spokojnie (!)
      wyłożyłam mu w czym rzecz. Że składam pozew o rozwód bez orzekania o winie, przy
      czym dokładnie naświetliłam mu różnicę między takim rozwodem a rozwodem z
      orzekaniem o winie. Że dla nas wszystkich będzie lepiej jeśli zgodzi sie na moją
      propozycję, bo jeśli będzie utrudniał, wyciągał brudy czy też twierdził przed
      sądem że mnie kocha, zmieni się i wszystko będzie cudownie- to i tak nie pomoże,
      bo rozwód i tak dostanę (choć nie jestem tego taka pewna), tylko nas oboje
      będzie to kosztowało dużo więcej czasu, nerwów i pieniędzy. Mówiłam stanowczym
      tonem, sprawiałam chyba wrażenie osoby zasadniczej i doskonale zorientowanej w
      temacie (a co, dokształciłam się wczoraj na forum "Rozwód...i co dalej?":)).
      Sama byłam zdziwiona swoim opanowaniem po wcześniejszych nerwach. Pomyślałam, że
      zachowuję się jak za przeproszeniem wyrachowana suka bez emocji... Mąż najpierw
      wydawał się ogromnie zaskoczony, ręce zaczęły mu się trząść, nawet ocierał łzy i
      wydobył skądś zabunkrowane piwo. Potem zrobił mi wykład, jakie to dla mnie
      proste i łatwe rozwiązanie, bo w mojej rodzinie sami rozwodnicy itp. Długo się
      wywnętrzał, potem stwierdził, że faktycznie skłamałby gdyby powiedział że jest
      szczęśliwy i że ja jestem dla niego dobrą żoną, więc może i mam rację, zgodził
      się na wszystko i teraz ma wspaniały humor, jest dla mnie bardzo uprzejmy, przy
      czym od razu powiedziałam mu, żeby sobie nie wyobrażał że tym razem wszystko się
      rozejdzie po kościach i znów dam się przekabacić. Dawaliśmy już sobie niejedną
      szansę i nic to nie dało. Tak więc- dziś wzięłam z USC odpis aktu małżeństwa i
      jestem w trakcie pisania pozwu.
      Czuję się tak doenergetyzowana jak mało kiedy. :)
      • bogna71 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 01.04.08, 21:02
        No chciałoby się powiedzieć: "brawo", no ale na pewno, mimo
        wszystko, nie jest to dla Ciebie ani łatwe, ani przyjemne....
        Wydaje mi się, że jesteś na dobrej drodze - idź nią dalej, wierzę,
        że zaprowadzi Cię do lepszego życia:)))
      • wojtek56 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 01.04.08, 21:35
        Faceci mają wredną naturę (coś o tym wiem). Nic nie wkurza teraz Twojego męża
        bardziej, niż Twoja determinacja, konsekwencja i pewność siebie! Zrobi wszystko,
        aby te podwaliny Twojego dobrego samopoczucia zniszczyć. Wespnie sie na szczyty
        przebiegłości, inteligencji i bez wahania wykorzysta każdą Twoją chwilę
        słabości, żeby tylko udowodnić, kto tu rządzi! Będzie to robił z niskich, nie do
        końca uświadomionych sobie pobudek.
        A Tobie musi wystarczyć sił. Nie trwoń ich na byle kłótnię, na byle szczegół.
        Pamiętaj o celu nadrzędnym i nie daj się zwieść z tej drogi. Tak, to jest
        zdecydowanie czas, gdy masz się zachowywać jak "zimna, wyrachowana suka"! Tylko
        zdaj sobie sprawę, że facet, będąc na Twoim miejscu, nazwałby to "konsekwentnym,
        skutecznym działaniem, pozbawionym niepotrzebnych emocji" i wszyscy by go za to
        jeszcze podziwiali i szanowali!
        A ja Ciebie podziwiam i szanuję. I proszę: zostaw "swołeczeństwu" oceny. Ty rób
        swoje.

        • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 02.04.08, 03:10
          podziwiam, dopinguje, teraz konsekwencja i doprowadzic do konca,
          uczucie na pewno bedzie satysfakcjonujace,
          toz to poczatek noej drogi i obiecujacych zmian :)
          wierze w to
      • almondgirl Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 02.04.08, 16:52
        dzielna z Ciebie kobitka! powodzenia!

        cóż więcej mogę napisać - wszyscy inni już mądre rzeczy napisali:)
    • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 04.04.08, 22:14
      Pozew już prawie gotowy, w tzw. międzyczasie okazało się, że źle zrozumiałam
      porady na jednej ze stron i kasy mam tylko połowę. A mój mąż od naszej rozmowy
      zachowuje się bez zarzutu, wręcz powiedziałabym ,że mi nadskakuje (co też mnie
      trochę drażni, jakieś to takie...kelnerskie, nie ubliżając kelnerom). O co
      chodzi? Chce, żebym zwątpiła w swoją decyzję, żebym zobaczyła jeszcze raz,że nie
      jest taki zły? Wiem, że od rozmowy minęły zaledwie trzy dni i na pewno jeszcze
      pokaże, co potrafi ale ja zaczęłam się zastanawiać nad separacją. Czy jeśli choć
      przez moment ogarniają mnie wątpliwości, czy dobrze robię, oznacza to, że robię
      źle?
      • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 05.04.08, 00:59
        watpliwosc ma sie zawsze, nawet jak juz niby sie jest pewnym na
        stowke, to bardzo ludzkie, niestety lub stety.... tylko idioci nie
        miewaja watpliwosci, jesli chodzi o tak zmieniajace zycie decyzje;
        watpliwosc moze byc jednakoz zupelnie bezpodstawna, jak sama wiesz...

        a maz to moze myslal, ze to taki zart, zobacz na date
        przeprowadzenia rozmowy, wbilas sie idealnie w prima aprilis...
        ;))))
        teraz "idz w zaparte", ze tak powiem, tyle pracy odwalilas, slowo
        klucz - konsekwencja, i czeste wizyty na forum, tym drugim :) ale tu
        tez....
        potrzebne ci wsparcie, to na pewno
        trzymam kciuki
        • wojtek56 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 05.04.08, 01:06
          Twój mąż musi Ci przede wszystkim udowodnić, że nie umiesz podjąć właściwej
          decyzji (jak by ona nie była!). I - jak widać - łatwo mu się to udaje. (Sam też
          tak robię, jak moja żona ma jakiś pomysł, który mi się nie podoba.)
          Wróć do źródeł swojej decyzji. Czy na pewno chcesz rozwodu? Czy jeszcze czegoś
          oczekujesz od tego związku?
          O wszystkim musisz zadecydować sama.
          • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 06.04.08, 02:20
            a nie da sie tych oplat jakos zredukowac? znaczy ze wzgledu na
            sytuacje finansowa, moze moga czesciowo umorzyc?
            podowiaduj sie, gdzie i do kogo uderzyc
            • yvona73pol Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 05.05.08, 02:05
              sama-niesama, jak tam? nic nie odzywasz sie...
              zreszta nikt sie nie odzywa, pewne pocieszenie, to znak, ze nie ma
              tu netowych nalogowcow :DDD

              no, moze poza mna :DDDD
              • niby_nie_sama Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 10.01.09, 00:05
                Nie odzywałam się ze wstydu i złości na samą siebie.
                Po raz kolejny w swoim życiu nie zrobiłam nic. Ze strachu, że nie dam sobie
                rady. Taka byłam "doenergetyzowana", pewna siebie, starczyło mi tej energii na
                parę w gwizdek. A dzień dzisiejszy niczym się nie różni od tego sprzed roku...
                Nienawidzę siebie za to, że godzę się na to wszystko...

                • legwan4 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 10.01.09, 15:03
                  Czyli,jest Ci dobrze....bo kiedy człowiekowi jest źle,to robi wszystko,by zmienić sytuacje...I nie mów,że nie masz wyjścia,kasy,mieszkania....bo ludzie robią ekstremalne rzeczy...A Twój czas i życie płynie...oby córka nie powtórzyła,Twojego życia.....
                  • to-wlasnie-ja Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 10.01.09, 19:00
                    Zgadzam sie z Toba, Legwanku:)
                    • bogna71 Re: Siedzę i łzy mi same lecą... (długie) 13.01.09, 12:06
                      Kurde, no...........
                      Przypomniałam sobie cały ten wątek, myślałam, że się uda...
                      Szkoda, Babo, no szkoda Twojego życia normalnie......

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka