redlight6
20.01.10, 17:20
zaczęło się przed świętami, pokłóciliśmy się o głupotę. i ja winna i on winny.
Ja zbyt dumna, on zbyt dumny. Nie odzywaliśmy się do siebie. po kilku dniach
ja wyciągnęłam rękę, on uświadomił mi jak wiele złego zrobiłam, pojechałam do
niego do innego miasta, porozmawiać. żadnego skutku. w wigilię zadzwonił,
prosiłam go żebyśmy spróbowali. Spróbowaliśmy, raz jeszcze. Okazało się ze
sylwestra mamy spędzić oddzielnie, bo on chce go spędzić z kolegami.
postawiłam ultimatum. wysłał mi smsa: to koniec. jesteś jak dziecko któremu
odbiera się zabawkę i które myśli że płaczem wszystko osiągnie. nie rozumiesz
co to jest przyjaźń, itd itd. koniec, nie odzywałam się. minął sylwester,
przyszedł czas na powrót na uczelnie. a że studiujemy na jednym kierunku, ba
jesteśmy razem w grupie, bylo ciezko. Jedna impreza, rozmowa, słysze "nie
dogadamy się", po kilku dniach druga rozmowa "pomysle. kocham Cie. ale nie
wiem. za duzo zostało powiedziane". trzecia rozmowa, wspominanie, zgadzaliśmy
się w omawianiu wszystkich sytuacji konfliktowych. Słyszę "za bardzo mnie
zraniłaś, nie jestem w stanie, muszę pomyśleć o sobie, nie doceniałaś mnie". W
porządku. Powoli zaczęłam się z tym oswajać, na tyle na ile można było.
Pomijając fakt, że pisze do mnie smsy, że to przez niego nie dostałam się na
wymarzone studia, że tak wiele przez niego straciłam, wysyła mi ściągi na
zaliczenia. Ja nie chce tego. Chce żeby zerwał ze mną kontakt, od nowego
semestru chce się przenieść do innej grupy. A dziś.. dowiedziałam się ze
flirtuje z inna... zabolało, oj jak zabolało. Trzeba zapomnieć... jest ciężko,
będzie ciężko...
Musiałam się wygadać.
Dziękuję.