No tracę już cierpliwość. Po raz kolejny walczyłam z ciastem drożdżowym i poleglam.
Znowu wyszedł mi zakalec. Smaczny, owszem, ale drożdżowe ma byc lekkie i puszyste, a nie mieć konsystencję pkluchy... Każde inne ciasto nie jest dla mnie problemem, a drożdżowe idealne wyszło mi tylko za pierwszym razem... Nie spocznę, póki nie będzie takie jak trzeba! Choćbym miała zjeść jeszcze 50 blach zakalca!
Było tak:
Ciasto miało ciepło, pozamykałam okna, tylko świerze składniki. Zaczyn wyrósł, dodałam mąkę, cukier, jajko, roztopione masło (raczej chłodne niż ciepłe), wyrobiłam. Zostawiłam do wyrośnięcia. Wyłożyłam do tortownicy (porcja ciasta dwuosobowa), ułożyłam śliwki, posypałam kruszonką. Zostawiłam jeszcze na chwilę do ponownego wyrośnięcia. Wstawiłam do piekarnika, wcześniej już nagrzanego, nie otwierałam w czasie pieczenia. Przez szybkę widziałam, że pięknie wyrosło, lekko ponad foremkę.
Po upieczeniu wyłączyłam piekarnik, uchyliłam drzwiczki do połowy i pozwoliłam mu stygnąć w piekarniku przez noc. Poszłam spać.
Dzisiaj wstaję rano, ciasto opadło o połowę, a w środku zakalec! Co poszło nie tak?
Teorie mam dwie: 1. może za krótko wyrabiałam? Ile wyrabiacie ciasto drożdżowe, jaką powinno mieć konsystencję? 2. Moze za krótko wyrastało? Jak bardzo ma zwiększyć swoją objętość?
Pomóżcie, bo zwariować można...