Dodaj do ulubionych

Gorsze matki

17.03.02, 03:01
Zamiast miłości dały swoim dzieciom cierpienie i śmierć. Teraz same cierpią na
dnie więziennej hierarchii. Nigdy nie zmyją z siebie piętna dzieciobójstwa. Nie
pozwolą im na to współwięźniarki, odsiadujące wyroki za pospolite przestępstwa.

Wceli zakładu karnego w Lublińcu Irena Piątek wpatruje się w stary,
rozregulowany telewizor. Wiadomość z Siemianowic: matka zakatowała na śmierć
dwuletniego synka. Mały Sebastian zaczął płakać 4 marca nad ranem. Matka wpadła
w szał. Cisnęła dwulatkiem o ziemię. - Kiedy policja zatrzymała wyrodną matkę,
ta miała we krwi prawie promil alkoholu - kończy telewizyjny reporter. Irena
Piątek kamienieje. Wielkie, niebieskie oczy zachodzą łzami. - Jak bym mogła, na
pewno bym ją ostrzegła - cedzi przez zęby. Zabiła swoje dziecko i wie, co czeka
dzieciobójczynie za kratami. Kobiecie z Siemianowic współwięźniarki też nie
pozwolą zapomnieć o zbrodni.
W polskich więzieniach i aresztach śledczych przebywają dziś cztery
dzieciobójczynie i 131 kobiet maltretujących swoje dzieci.
Ostatnie dni i miesiące pełne były brutalnych relacji sądowych, chwytających za
serce całą Polskę, o sprawie Michasia utopionego na zlecenie matki Barbary
Sural czy syna wspomnianej już morderczyni z Siemianowic.
Nagle trafiają na pierwsze strony gazet i równie szybko znikają. "Newsweek"
postanowił sprawdzić, co po wyroku dzieje się z kobietami naznaczonymi piętnem
dzieciobójstwa, jak wygląda ich życie w więzieniach. Długo musieliśmy namawiać
je na rozmowę. Pierwsza odważyła się mówić właśnie Irena Piątek.
Ma 37 lat, z których 16 spędziła pod kluczem. Pierwszy raz do zakładu karnego
trafiła, gdy miała 14 lat. Każdy rok spędzony w celi to wytatuowana na palcach
kropka. Dwie kreski przedzielone kropką nad lewym okiem to tzw. przerwy w
życiorysie, czyli symbole odsiadki. Na rękach sznyty i ślady przypaleń po
papierosach. Swoje dziecko zabiła w przerwach między odsiadkami, w zimną,
listopadową noc 1992 roku. Po jednej z częstych libacji konkubent i ojciec
dziecka pobił, a potem wyrzucił ciężarną Irenę z mieszkania w Zabrzu. Tułała
się po melinach, piła. - Myślałam, że sobie nie poradzę - wspomina. Nawet kiedy
rodziła, nocą, na ziemi w zabrzańskim parku, była pijana. Synka pomogła jej
zabić koleżanka, odbierająca poród. Też była pijana. To ona wrzuciła noworodka
do śmietnika. Zwłoki odnaleziono dopiero po tygodniu. W piątek trafiła do
aresztu, gdzie usłyszała krzyki: ty kurwo, dzieciobójczyni. Współwięźniarki nie
podawały jej ręki, nie odpowiadały na pytania. Irena chciała śmierci. Nałykała
się tabletek, ale ją odratowano.
Podobny los czeka Barbarę Sural, matkę 4-letniego Michasia. Dwa tygodnie temu
sąd skazał ją na 25 lat więzienia. Teraz spotka ją kara dodatkowa, nie
przewidziana przez sąd i kodeks karny. Będzie bita, obrażana i okradana.
Kobiety, z którymi rozmawialiśmy, zwykle popełniały zbrodnie w całkowitym
zamroczeniu alkoholowym albo pod presją partnerów. Wszystkie miały poważne
problemy z równowagą psychiczną. Dziś więcej rozumieją, uczą się wrażliwości,
ale tylko po to, żeby jeszcze bardziej odczuwać więzienne szykany.
Najgorzej jest na początku, kiedy trafiają do aresztów śledczych. Towarzyszki z
celi nie chcą z nimi jeść przy jednym stole. Kradną im rarytasy wyznaczające
miejsce w więziennej hierarchii - kawę i papierosy. Niewiele pomagają skargi.
Strażnicy, wychowawcy i psychologowie są bezradni. Z biegiem lat agresja
słabnie, ale żadna dzieciobójczyni nigdy nie będzie się cieszyć pełnymi prawami
w więziennej społeczności.


Obserwuj wątek
    • gelatik Re: Gorsze matki 17.03.02, 03:02
      Absolwentka fryzjerskiej zawodówki Aleksandra Banasiak ma 23 lata. Nigdy
      wcześniej nie była karana. Pochodzi ze zwykłej rodziny. Ojciec jest mechanikiem
      samochodowym, matka - gospodynią domową. Regularnie odwiedzają córkę w
      więzieniu. Aleksandra ma twarz nastolatki i cerę z trądzikiem. Rude włosy,
      szczupła figura i duże, niebieskie oczy, w trakcie rozmowy uporczywie patrzy w
      białe adidasy. Mówi łamiącym się głosem, czasami zawiesza zdanie w połowie.
      Odsiaduje 15-letni wyrok za zabójstwo. Na pytanie o szczegóły ucina: - Nie chcę
      o tym opowiadać!
      Wszystko wyjaśniają sądowe akta. 25 marca 1998 roku w Stargardzie Szczecińskim
      przechodzień znalazł pod płotem zwłoki noworodka. Po porodzie ktoś udusił
      dziecko pępowiną, zawinął w folię, okleił taśmą i wyrzucił. Policja nie
      znalazła sprawcy i umorzyła sprawę. Rok później Aleksandra była sama w
      mieszkaniu babci. Około północy urodziła dziecko, owinęła je w skrawek
      materiału, wsadziła do plecaka i wyrzuciła do podwórkowego śmietnika. Zwłoki
      znów odnaleziono przypadkowo. Tym razem już jej się nie upiekło. Policja szybko
      ją zatrzymała - przyznała się do obu zabójstw.
      Teraz Aleksandra siedzi w więzieniu w Grudziądzu. - Nigdy nie zapomnę
      pierwszego dnia w celi. To było 15 czerwca 2000 roku. Sama się od razu
      przyznałam, za co mnie zamknęli. Kobiety obsiadły mnie dookoła i zaczęły
      wulgarnie wyzywać. Byłam w takim szoku, że tylko im przytakiwałam. Tak jest do
      dziś - opowiada.
      - Będziemy ją tępić do samego końca, tak długo, jak zostanie w więzieniu,
      dzieciobójczyniom nic innego się nie należy - mówi ostro czterdziestoletnia
      złodziejka, odsiadująca wyrok w sąsiedniej celi.
      Kilka razy splądrowano szafkę należącą do Banasiak. Straciła kosmetyki i część
      ubrań, ale za kratami nawet drobna kradzież wiele znaczy. Więźniowie zwykle
      wzajemnie się nie okradają. Robią to tylko tym, którymi szczególnie gardzą. -
      Wiem, kto mnie okradł, czasem nawet widzę, jak używają moich rzeczy. Ale co mam
      zrobić? Przecież ja tu nie mam żadnych praw - mówi Banasiak. Wie, że nawet
      najmniejszy opór spotęguje agresję innych kobiet.
      Kryminolog prof. Brunon Hołyst twierdzi, że więzienna subkultura rządzi się
      prostymi prawami. - Status więźnia jest tym wyższy, im lepszym przestępcą był
      na wolności - twierdzi. - Dobry włamywacz czy fałszerz zawsze zdobędzie posłuch
      za kratkami. Natomiast wyrządzenie krzywdy dziecku, a więc osobie bezbronnej,
      jest traktowane jako oznaka słabości. Więźniowie takie przestępstwa traktują
      jako ohydne, a ich sprawcy są bezlitośnie piętnowani.
      - Wśród skazanych kobiet dzieci są na piedestale, bo to właśnie ich brakuje
      kobietom najbardziej - przypomina dr Zbigniew Lasocik z Instytutu Profilaktyki
      Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. - Kto krzywdzi dziecko,
      spotyka się z dyskryminacją.

      Absolwentka fryzjerskiej zawodówki Aleksandra Banasiak ma 23 lata. Nigdy
      wcześniej nie była karana. Pochodzi ze zwykłej rodziny. Ojciec jest mechanikiem
      samochodowym, matka - gospodynią domową. Regularnie odwiedzają córkę w
      więzieniu. Aleksandra ma twarz nastolatki i cerę z trądzikiem. Rude włosy,
      szczupła figura i duże, niebieskie oczy, w trakcie rozmowy uporczywie patrzy w
      białe adidasy. Mówi łamiącym się głosem, czasami zawiesza zdanie w połowie.
      Odsiaduje 15-letni wyrok za zabójstwo. Na pytanie o szczegóły ucina: - Nie chcę
      o tym opowiadać!
      Wszystko wyjaśniają sądowe akta. 25 marca 1998 roku w Stargardzie Szczecińskim
      przechodzień znalazł pod płotem zwłoki noworodka. Po porodzie ktoś udusił
      dziecko pępowiną, zawinął w folię, okleił taśmą i wyrzucił. Policja nie
      znalazła sprawcy i umorzyła sprawę. Rok później Aleksandra była sama w
      mieszkaniu babci. Około północy urodziła dziecko, owinęła je w skrawek
      materiału, wsadziła do plecaka i wyrzuciła do podwórkowego śmietnika. Zwłoki
      znów odnaleziono przypadkowo. Tym razem już jej się nie upiekło. Policja szybko
      ją zatrzymała - przyznała się do obu zabójstw.
      Teraz Aleksandra siedzi w więzieniu w Grudziądzu. - Nigdy nie zapomnę
      pierwszego dnia w celi. To było 15 czerwca 2000 roku. Sama się od razu
      przyznałam, za co mnie zamknęli. Kobiety obsiadły mnie dookoła i zaczęły
      wulgarnie wyzywać. Byłam w takim szoku, że tylko im przytakiwałam. Tak jest do
      dziś - opowiada.
      - Będziemy ją tępić do samego końca, tak długo, jak zostanie w więzieniu,
      dzieciobójczyniom nic innego się nie należy - mówi ostro czterdziestoletnia
      złodziejka, odsiadująca wyrok w sąsiedniej celi.
      Kilka razy splądrowano szafkę należącą do Banasiak. Straciła kosmetyki i część
      ubrań, ale za kratami nawet drobna kradzież wiele znaczy. Więźniowie zwykle
      wzajemnie się nie okradają. Robią to tylko tym, którymi szczególnie gardzą. -
      Wiem, kto mnie okradł, czasem nawet widzę, jak używają moich rzeczy. Ale co mam
      zrobić? Przecież ja tu nie mam żadnych praw - mówi Banasiak. Wie, że nawet
      najmniejszy opór spotęguje agresję innych kobiet.
      Kryminolog prof. Brunon Hołyst twierdzi, że więzienna subkultura rządzi się
      prostymi prawami. - Status więźnia jest tym wyższy, im lepszym przestępcą był
      na wolności - twierdzi. - Dobry włamywacz czy fałszerz zawsze zdobędzie posłuch
      za kratkami. Natomiast wyrządzenie krzywdy dziecku, a więc osobie bezbronnej,
      jest traktowane jako oznaka słabości. Więźniowie takie przestępstwa traktują
      jako ohydne, a ich sprawcy są bezlitośnie piętnowani.
      - Wśród skazanych kobiet dzieci są na piedestale, bo to właśnie ich brakuje
      kobietom najbardziej - przypomina dr Zbigniew Lasocik z Instytutu Profilaktyki
      Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. - Kto krzywdzi dziecko,
      spotyka się z dyskryminacją.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka