Dodaj do ulubionych

Wspaniala__Oriana_Fallaci__o__Islamie___!_(((__!

22.10.04, 07:31
Wspaniala__Oriana_Fallaci__o__Islamie___!_(((__!

TEKST FALLACI
Autor: alicjab@NOSPAM.gazeta.pl
Data: 15-10-2001 11:26

Poniewaz wiele osob prosi mnie o przeslanie artykulu, a
mam spore problemy ze skrzynka pocztowa (cos sie
zawiesza), to postanowilam wrzucic tekst tutaj z prosba
do redaktorow portalu Gazety, zeby zbyt szybko go nie
usuneli... :)

[pagina] ORIANA FALLACI - LIST Z NOWEGO JORKU

FERRUCCIO DE BORTOLI; ORIANA FALLACI; MIŁADA JĘDRYSIK

WŚCIEKŁOŚĆ I DUMA

To jest wojna, obudźcie się! Czy nie widzicie, że tacy
ludzie jak Osama ben Laden chcą nas zniszczyć? Że czują
się uprawnieni
do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci, tylko dlatego
że pijecie wino lub piwo, chodzicie do teatru lub kina,
nosicie
minispódniczki albo krótkie skarpetki, kochacie się
kiedy chcecie, gdzie chcecie i z kim chcecie? Nawet to
was nie obchodzi,
idioci?

Po latach milczenia słynna włoska pisarka Oriana
Fallaci ogłosiła w ĄCorriere della SeraE pełną furii
filipikę, w której atakuje
islam i nawołuje do obrony zachodniej cywilizacji

Od redakcji ĄCorriere della Sera

Tym nadzwyczajnym szkicem Oriana Fallaci przerywa
dziesięcioletnie milczenie. Bardzo długie. Nasza
najsłynniejsza pisarka
(ona sama określa się jako pisarz i w ogóle nie
wypowiada już słowa ĄdziennikarzE) spędza sporą część
roku na Manhattanie.
Nie odbiera telefonu, rzadko otwiera drzwi, wychodzi
jeszcze rzadziej. Nie udziela wywiadów. Choć wszyscy
próbowali,
nikomu się nie udało. Żyje w izolacji od świata. Ale
historia i los chciały, żeby centrum współczesnej
apokalipsy jak dantejska
czeluść rozwarło się nieopodal jej pięknej literackiej
pustelni. Fala uderzeniowa tamtego poranka 11 września
zniszczyła
również klasztorny i hermetyczny spokój Oriany.

Otwiera drzwi - ta niezwykła czynność ją samą zdaje się
dziwić... Jej wzrok jest równocześnie łagodny i dziki.
Wśród stosów
papierzysk, w pozornym chaosie, Oriana od lat z
wojowniczym zapałem pracuje nad dziełem bardzo ważnym i
wyczekiwanym
przez świat.

Poprosiłem ją, żeby opisała to, co widziała, czego
doświadczyła, co poczuła w tamten wtorek i później - i
Oriana zebrała na
kilku kartkach swoje uczucia i myśli. ĄNa każdym
doświadczeniu zostawiam strzępy duszyE - napisała kilka
lat temu. To w
dalszym ciągu jest prawda, najprawdziwsza. Myśli mocne.
Przejmujące. Jest nad czym się zatrzymać, zastanowić. O
Ameryce, o
Włoszech, o świecie islamu. O Ojczyźnie (zaskakujące
jest to, co mówi o Ojczyźnie). Inwektywy i tezy, które
biją równocześnie
z mózgu i serca, a raczej z mózgu przez serce. ĄKtoś
musiał to powiedzieć. Powiedziałam. Teraz zostawcie
mnie w spokoju.
Drzwi są znowu zamknięte. I nie chcę już ich otwieraćE
- wybucha. Jej szpony. Te same co zawsze. Wywoła
dyskusję. I to jaką.

FERRUCCIO DE BORTOLI, REDAKTOR NACZELNY

Chcesz, żebym się wreszcie odezwała. Prosisz, żebym tym
razem przerwała milczenie, które wybrałam, które od lat
sobie
narzucam, żeby nie wmieszać swojego głosu w orkiestrę
cykad. I zrobię to. Ponieważ dowiedziałam się, że
również we
Włoszech są tacy, którzy się cieszą - tak samo jak
wczoraj wieczorem w Gazie przed kamerami cieszyli się
Palestyńczycy.
ĄZwycięstwo! Zwycięstwo!E. Mężczyźni, kobiety, dzieci.
O ile kogoś, kto zachowuje się w taki sposób, w ogóle
można nazwać
mężczyzną, kobietą czy dzieckiem. Dowiedziałam się, że
niektóre luksusowe cykady, politycy lub tak zwani
politycy,
intelektualiści lub tak zwani intelektualiści, a także
inne indywidua, które nie zasługują na miano obywateli,
zachowują się
zasadniczo tak samo. Mówią: ĄDobrze tak Amerykanom.
Dobrze im takE. I jestem bardzo, bardzo, bardzo
wściekła. Wściekła
wściekłością zimną, przejrzystą, racjonalną.
Wściekłością, która eliminuje wszelki dystans, wszelką
wyrozumiałość, która mi
każe udzielić im odpowiedzi, a przede wszystkim ich
opluć. Pluję na nich. Równie wściekła co ja
afroamerykańska poetka Maya
Angelou wczoraj ryknęła: ĄBe angry. Itís good to be
angry, itís healthyE (Bądźcie wściekli. Wściekłość
dobrze robi. To
zdrowe). Czy mnie zrobi dobrze, tego nie wiem. Ale
wiem, że nie zrobi dobrze im, czyli tym, którzy
podziwiają Osamę ben
Ladena, tym, którzy wyrażają mu zrozumienie, sympatię
lub solidarność. Swoim życzeniem odpaliłeś ładunek,
który już od
dawna miał ochotę wybuchnąć. Zobaczysz.

Chcesz również, żebym opowiedziała, jak przeżyłam tę
Apokalipsę. Krótko mówiąc, żebym dała świadectwo. Od
niego więc
zacznę. Byłam w domu - mój dom mieści się w centrum
Manhattanu - i punktualnie o 9 odczułam grożące
niebezpieczeństwo,
które być może nie groziło mi osobiście, ale które na
pewno mnie dotyczyło. Odczucie, którego doświadcza się
na wojnie, a
raczej w bitwie, kiedy wszystkimi porami skóry czujesz
nadlatującą kulę lub pocisk i nastawiasz uszu, i
krzyczysz do stojącego
obok ciebie człowieka: ĄDown! Get down!E (Na ziemię!).
Otrząsnęłam się z niego. Nie mieszkam przecież w
Wietnamie, nie
byłam przecież w tej chwili na żadnej z tych
pieprzonych wojen, które - począwszy od II wojny
światowej - posiekały mi życie!
Byłam w Nowym Jorku, do diabła, był cudowny wrześniowy
poranek roku 2001. Lecz to wrażenie - niewytłumaczalnie
- wciąż
trzymało mnie w swoich szponach. I wówczas zrobiłam
coś, czego rano nigdy nie robię. Włączyłam telewizor.
Fonia nie
działała, ale wizja, owszem. I na każdym kanale, a jest
ich tu prawie sto, widać było jedną z wież World Trade
Center płonącą
jak gigantyczna zapałka. Krótkie spięcie? Jakaś
zbłąkana awionetka? Czy może przemyślany zamach
terrorystyczny? Jak
sparaliżowana wpatrywałam się w wieżę bez przerwy, a
kiedy się tak wpatrywałam, kiedy powtarzałam sobie te
trzy pytania, na
monitorze pojawił się samolot. Biały, duży. Samolot
pasażerski. Leciał bardzo nisko. Lecąc tak nisko,
kierował się w stronę
drugiej wieży jak bombowiec, który zawisa nad celem,
który zrzuca na niego bombę. Aż zrozumiałam.
Zrozumiałam również
dlatego, że w tej samej chwili wróciła fonia i
usłyszałam chór dzikich wrzasków. Wciąż tych samych,
dzikich. ĄGod! Oh, God!
Oh, God, God, God! Gooooooood!E (Boże! O Boże! O Boże!
Boże, Boże, Boooożeeee!). I samolot wśliznął się w
drugą wieżę,
jak nóż się wślizguje w kostkę masła.

Była już 9.15. Nie pytaj, co czułam podczas tych
piętnastu minut. Nie wiem, nie pamiętam. Byłam jak
sopel lodu. Również mój
mózg był soplem. Nie pamiętam nawet, co działo się na
pierwszej, a co na drugiej wieży. Ludzie, którzy nie
chcieli spłonąć
żywcem, rzucali się z okien osiemdziesiątego czy
dziewięćdziesiątego piętra. Rozbijali szyby w oknach,
przechodzili przez nie,
rzucali się w dół, jak z samolotu rzucają się
spadochroniarze, i spadali powoli. Trzepocząc nogami i
rękami, pływając w
powietrzu. Tak, wydawało się, że pływają w powietrzu. I
że nie dotrą do celu. Lecz na poziomie trzydziestego
piętra
przyspieszali. Zaczynali rozpaczliwie gestykulować, jak
gdyby żałowali wszystkiego, jak gdyby krzyczeli: ĄHelp!
Help!E (Na
pomoc!). I być może tak krzyczeli naprawdę. Wreszcie
spadali jak kamień i paf! Wiesz, myślałam, że na
wojnach widziałam już
wszystko. Czułam się zaszczepiona na wojny, i w gruncie
rzeczy to prawda. Nic mnie już nie zaskakuje. Choć
czasami się
wściekam, a nawet oburzam. Ale na wojnach zawsze
widziałam ludzi, których mordowano. Nigdy nie widziałam
ludzi, którzy
umierają, zabijając samych siebie, czyli rzucając się
bez spadochronu z okien osiemdziesiątego,
dziewięćdziesiątego albo setnego
piętra. Ponadto na wojnach zawsze








Obserwuj wątek
    • puls cd__Wspaniala__Oriana_Fallaci__o__Islamie___!_( 22.10.04, 07:33
      -
      Ale na wojnach zawsze
      widziałam ludzi, których mordowano. Nigdy nie
      widziałam ludzi, którzy
      umierają, zabijając samych siebie, czyli rzucając
      się bez spadochronu z okien osiemdziesiątego,
      dziewięćdziesiątego albo setnego
      piętra. Ponadto na wojnach zawsze widziałam
      rzeczy, które wybuchają. Które wybuchają na
      wszystkie strony. I zawsze
      słyszałam wielki huk. A te dwie wieże nie
      wybuchły. Pierwsza złożyła się, pochłonęła samą
      siebie. Druga stopiła się, rozpuściła.
      Pod wpływem temperatury rozpuściła się dokładnie
      tak jak kostka masła na rozgrzanej patelni. I
      wszystko to, przynajmniej tak
      mi się wydawało, wydarzyło się w grobowej ciszy.
      Czy to możliwe? Czy ta cisza była naprawdę, czy
      tylko we mnie?

      Muszę ci również wyznać, że na wojnach zawsze
      widziałam niewielu zabitych. Co bitwa, to dwieście
      czy trzysta zwłok.
      Najwyżej czterysta. Jak w Wietnamie, w Dak To. A
      kiedy walka się skończyła, Amerykanie zaczęli ich
      zbierać, liczyć - nie
      wierzyłam własnym oczom. Podczas rzezi w Meksyku -
      tej samej, w której ja również zostałam
      postrzelona - zebrano co
      najmniej osiemset trupów. I kiedy, biorąc mnie za
      zmarłą, wrzucili mnie do kostnicy, wydawało mi
      się, że wokół mnie jest całe
      morze zwłok. Cóż, w obu wieżach pracowało prawie
      pięćdziesiąt tysięcy osób. I bardzo niewiele z
      nich zdążyło się ewakuować.
      Windy przestały działać, to oczywiste, a wędrówka
      na dół z górnych pięter musiałaby trwać całą
      wieczność. O ile płomienie w
      ogóle by pozwoliły ją podjąć. Nigdy nie poznamy
      liczby ofiar. (Czterdzieści, czterdzieści pięć
      tysięcy...?). Amerykanie nigdy
      tego nie powiedzą. Żeby nie podkreślać rozmiarów
      tej Apokalipsy. Żeby nie dawać satysfakcji Osamie
      ben Ladenowi i nie
      zachęcać do następnych zamachów. A poza tym te
      dwie czeluście, które pochłonęły dziesiątki
      tysięcy istnień, są zbyt głębokie.
      Robotnicy wykopują co najwyżej kawałki
      poodrywanych części ciała. Tu nos, tam palec. Albo
      masę, która wygląda jak
      zmielona kawa, a w rzeczywistości jest materią
      organiczną. Pozostałość po ciałach, które w
      mgnieniu oka rozsypują się w pył.
      Wczoraj burmistrz Giuliani wysłał kolejne dziesięć
      tysięcy worków, lecz okazały się bezużyteczne.

      Co czuję w stosunku do tych kamikadze, którzy
      zginęli razem z nimi? Żadnego szacunku. Żadnej
      litości. Tak, nawet litości. Ja,
      która w każdym przypadku zawsze jej ulegam.
      Kamikadze, czyli faceci, którzy popełniają
      samobójstwo po to, żeby zabić
      innych ludzi, zawsze wydawali mi się antypatyczni
      - dotyczy to również japońskich kamikadze z czasów
      II wojny światowej.
      Nigdy nie uważałam ich za kogoś w rodzaju Pietra
      Mikki, który zagrodził nieprzyjacielskim oddziałom
      drogę do Turynu,
      podpalając proch i wylatując w powietrze razem z
      murami obronnymi [w 1706 r., podczas oblężenia
      przez wojska francuskie -
      przyp. tłum.]. Nigdy nie uważałam ich za
      żołnierzy. A tym bardziej za męczenników czy
      bohaterów, jak w 1972 roku,
      wrzeszcząc i plując, określił ich pan Arafat
      (podczas wywiadu, który przeprowadziłam z nim w
      Ammanie - w miejscu, gdzie
      jego sierżanci szkolili również terrorystów z
      grupy Baader Meinhof). Uważam ich za
      zarozumialców, i tyle. Zarozumialców,
      którzy zamiast szukać sławy w kinematografii, w
      polityce lub sporcie, szukają jej w śmierci
      własnej i innych. W śmierci, która
      zamiast statuetki Oscara, funkcji ministra czy
      mistrzostwa kraju przyniesie im (jak wierzą)
      podziw. A w przypadku tych,
      którzy modlą się do Allaha - miejsce w Raju, o
      którym mówi Koran: w Raju, gdzie bohaterowie
      pieprzą hurysy. Założę się, że
      ta zarozumiałość dotyczy również ich wyglądu. Mam
      przed oczami fotografię dwóch kamikadze, o których
      piszę w
      ĄInszallahuE: powieści, która rozpoczyna się od
      zniszczenia bazy amerykańskiej (ponad czterysta
      ofiar) i bazy francuskiej
      (ponad trzysta pięćdziesiąt) w Bejrucie. To
      zdjęcie kazali sobie zrobić, zanim poszli na
      śmierć, i zanim poszli na śmierć, poszli
      też do fryzjera. Cóż za wspaniała fryzura. Jakie
      wypomadowane wąsy, przylizane bródki, jakie
      zalotne baczki...

      Ach! Jak by się skręcał pan Arafat, gdyby mnie
      teraz słyszał. Wiesz, pomiędzy nim a mną nie
      układa się najlepiej. Nigdy mi nie
      wybaczył ani przepastnej różnicy poglądów, która
      wyszła na jaw podczas tamtego spotkania, ani
      opinii, jaką o nim wyraziłam
      w mojej książce ĄWywiad z historiąE. Co do mnie,
      nie wybaczyłam mu nigdy niczego. Między innymi
      tego, że jednemu z
      dziennikarzy włoskich, który nieopatrznie
      przedstawił się mu jako Ąmój przyjacielE,
      przystawiono do serca rewolwer. Więc
      się już nie spotykamy. A szkoda. Bo gdybym znów
      się z nim zobaczyła, a raczej gdybym udzieliła mu
      audiencji,
      wykrzyczałabym mu w pysk, kim są męczennicy i
      bohaterowie. Wrzeszczałabym: ĄWielmożny Panie
      Arafat, męczennikami są
      pasażerowie czterech uprowadzonych samolotów
      zamienionych w żywe bomby. Wśród nich czteroletnia
      dziewczynka
      unicestwiona w drugiej wieży. Wielmożny Panie
      Arafat, męczennikami są urzędnicy, którzy
      pracowali w obu wieżach i w
      Pentagonie. Wielmożny Panie Arafat, męczennikami
      są strażacy, którzy zginęli, próbując ich
      uratować. I wie Pan, kto jeszcze
      zalicza się do tego grona? Pasażerowie samolotu,
      który miał runąć na Biały Dom, a który rozbił się
      w lesie w Pensylwanii,
      ponieważ oni podjęli walkę! Dla nich - owszem -
      przydałby się Raj, Wielmożny Panie Arafat. Kłopot
      w tym, że teraz to Pan
      robi za głowę państwa ad perpetuum. Robi Pan za
      monarchę. Składa Pan wizytę Papieżowi, twierdzi
      Pan, że nie lubi
      terroryzmu, przesyła Pan Bushowi wyrazy
      współczucia. I w swojej kameleonowej umiejętności
      zaprzeczania samemu sobie
      byłby Pan zdolny powiedzieć mi, że mam racjęE.
      Lecz zmieńmy temat. Ja, jak wiadomo, jestem bardzo
      chora, i na samą myśl o
      spotkaniu z różnymi Arafatami dostaję gorączki.

      Wolę mówić o nietykalności, jaką wiele osób
      przypisywało Ameryce. Nietykalność? Jaka
      nietykalność?!? Im bardziej
      społeczeństwo jest demokratyczne i otwarte, tym
      bardziej jest narażone na terroryzm. Im bardziej
      jakiś kraj jest wolny, im
      dalszy od reżimu policyjnego, tym większe ponosi
      ryzyko i tym częściej doświadcza porwań i rzezi,
      które przez wiele lat miały
      miejsce we Włoszech, w Niemczech i innych
      regionach Europy. I które teraz, w wyolbrzymionym
      rozmiarze, mają miejsce w
      Ameryce. Nie bez powodu kraje niedemokratyczne,
      zarządzane przez reżimy policyjne, zawsze gościły
      i finansowały
      terrorystów i teraz pomagają im, jak mogą. Na
      przykład Związek Radziecki, kraje jego obozu i
      Chiny Ludowe. Libia
      Kadafiego, Irak, Iran, Syria, Arafatowski Liban,
      sam Egipt, sama Arabia Saudyjska, której poddanym
      jest Osama ben Laden,
      sam Pakistan, oczywiście Afganistan i wszystkie
      muzułmańskie regiony Afryki. Na lotniskach i w
      samolotach tych krajów
      zawsze czułam się bezpieczna. Spokojna jak śpiący
      noworodek. Bałam się jedynie aresztowania,
      ponieważ źle pisałam o
      terrorystach. A na lotniskach i w samolotach
      europejskich zawsze byłam podenerwowana. Na
      lotniskach i w samolotach
      amerykańskich wręcz zdenerwowana. A w Nowym Jorku
      nerwowa po dwakroć. (W Waszyngtonie nie. Muszę to
      przyznać.
      Tego, że samolot może spaść na Pentagon, naprawdę
      się nie spodziewałam). Krótko mówiąc, moim zdaniem
      to nigdy nie był
      problem ĄczyE, lecz ĄkiedyE. Jak myślisz, dlaczego
      we wtorek rano moja podświadomość odnotowała ten
      niepokój, tę
      groźbę? Jak myślisz, dlaczego wbrew moim zwyczajom
      włączyłam telewizor? Jak myślisz, dlaczego wśród
      pytań, jakie sobie
      stawiałam, kiedy płonęła pierwsza wieża i nie było
      fonii, pojawiło się pytanie o zamach? A dlaczego
      na widok drugiego
      samolotu od razu wszystko stało się dla mnie
      jasne? Dlatego, że Ameryka jest najpotężniejszym
      kraje








    • puls Cd 22.10.04, 07:35
      A dlaczego
      na widok drugiego
      samolotu od razu wszystko stało się dla mnie
      jasne? Dlatego, że Ameryka jest najpotężniejszym
      krajem na świecie,
      najbogatszym, najsilniejszym, najbardziej
      nowoczesnym, prawie wszyscy wpadli w te sidła.
      Czasami wpadali w nie również
      sami Amerykanie. Lecz kruchość Ameryki rodzi się
      właśnie z jej siły, z jej bogactwa, z jej potęgi,
      z jej nowoczesności. Jak w
      starej historii o psie, który pożera własny ogon.

      Rodzi się również z wieloetnicznej istoty Ameryki,
      z jej liberalizmu, z szacunku dla obywateli i
      gości. Przykład: prawie
      dwadzieścia cztery miliony Amerykanów to Arabowie
      - muzułmanie. I kiedy jakiś Mustafa czy Mohammed
      przybywa tu,
      dajmy na to, z Afganistanu w odwiedziny do wujka,
      nikt mu nie zabroni podjąć nauki w szkole pilotażu
      i nauczyć się obsługi
      boeinga 757. Nikt mu nie broni zapisać się na
      uniwersytet (mam nadzieję, że to się zmieni) i
      studiować chemię oraz biologię -
      dyscypliny niezbędne do wywołania wojny
      bakteriologicznej. Nikt. Nawet jeśli rząd się
      obawia, że ten syn Allaha uprowadzi
      boeinga 757 albo wrzuci fiolkę z bakteriami do
      zbiornika wody i wywoła epidemię. (Mówię ĄjeśliE,
      ponieważ tym razem rząd
      nic nie wiedział, a wpadka CIA i FBI razem
      wziętych przekracza wszelkie dopuszczalne granice.
      Gdybym była prezydentem
      Stanów Zjednoczonych, wykopałabym ich wszystkich
      za kretynizm). Ale wróćmy do początkowego wątku.
      Jakie są symbole
      siły, bogactwa, potęgi i nowoczesności Ameryki?
      Nie jazz, nie rock and roll, guma do żucia,
      hamburger, Broadway czy
      Hollywood, lecz jej wieżowce. Jej Pentagon. Jej
      nauka. Jej technologia. Te wspaniałe wieżowce,
      takie wysokie, takie piękne, że
      kiedy unosisz wzrok, jesteś skłonny zapomnieć o
      piramidach i o boskich przybytkach naszej
      przeszłości. Te gigantyczne,
      przesadnie wielkie samoloty, których używają tak
      samo, jak kiedyś używali żaglowców i ciężarówek,
      ponieważ teraz już w
      żadnej dziedzinie życia nie mogą się obyć bez
      samolotów. W żadnej. Poczta, świeże ryby, my sami.
      (A nie zapominaj, że to oni
      wynaleźli wojnę lotniczą. A przynajmniej rozwinęli
      do histerycznych rozmiarów). Ten przerażający
      Pentagon, ta forteca, która
      budzi strach już na pierwszy rzut oka. Ta
      wszechobecna i wszechmocna nauka. Ta niewiarygodna
      technologia, która w ciągu
      niewielu lat przewróciła zasady naszego
      codziennego funkcjonowania, nasze tysiącletnie
      sposoby komunikowania, jedzenia,
      życia. I gdzie ich ugodził szacowny Osama ben
      Laden? W wieżowce, w Pentagon. Jak? Samolotami,
      zdobyczami naukowymi,
      technologią. By the way: czy wiesz, co mnie
      najbardziej zdumiewa w tym ponurym
      ultramiliarderze, w tym niezrealizowanym
      playboyu, który zamiast zalecać się do
      jasnowłosych księżniczek i szaleć w nocnych
      klubach (jak to robił w Bejrucie, kiedy miał
      dwadzieścia lat), zabawia się, mordując w imię
      Mahometa i Allaha? Fakt, że jego bezkresny majątek
      pochodzi również z
      dochodów korporacji wyspecjalizowanej w burzeniu i
      że on sam jest doświadczonym burzycielem. Demolka
      jest specjalnością
      amerykańską.

      Kiedy się spotkaliśmy, wydawałeś się niemal
      zdumiony heroiczną sprawnością i godną podziwu
      solidarnością, z jaką
      Amerykanie stawili czoło tej Apokalipsie. O, tak.
      Mimo wad, które są jej bez przerwy wytykane i
      które ja sama jej wyrzucam
      (pomimo że europejskie, a zwłaszcza włoskie, wady
      są jeszcze bardziej poważne), Ameryka jest krajem,
      który może nauczyć
      nas wielkich rzeczy. Ŕ propos tej heroicznej
      sprawności, pozwól mi wyśpiewać pean na cześć
      burmistrza Nowego Jorku. Tego
      Rudolpha Giulianiego, któremu my, Włosi,
      powinniśmy dziękować na klęczkach. Ponieważ nosi
      włoskie nazwisko, z
      pochodzenia jest Włochem i przed całym światem
      wystawia nam najlepsze świadectwo. To wielki,
      naprawdę bardzo wielki
      burmistrz ten Rudolph Giuliani. Mówi ci to osoba,
      która nigdy nie jest zadowolona z niczego i
      nikogo, poczynając od siebie
      samej. Jest godny innego wielkiego burmistrza o
      włoskim nazwisku - Fiorella La Guardia - i wielu
      naszych burmistrzów
      powinno się zgłosić do niego po lekcję. Stanąć
      przed nim z pochyloną głową, posypać ją sobie
      popiołem i spytać: ĄPanie
      Giuliani, jak to się robi?E. On nie zrzuca na
      nikogo swoich obowiązków. Nie traci czasu na
      pierdoły i na podział łupów. Nie
      dzieli własnej osoby na funkcję burmistrza,
      ministra i posła. (Czy ktoś mnie słucha w trzech
      miastach Stendhala, czyli w
      Neapolu, Florencji i Rzymie?). Pojawił się
      natychmiast i kiedy wbiegł do drugiego drapacza
      chmur, ryzykował, że wraz z
      innymi zamieni się w proch. Uratował się przez
      przypadek, o włos. I w ciągu czterech dni
      przywrócił miasto do życia. Miasto,
      które - pamiętaj! - ma dziewięć i pół miliona
      mieszkańców, prawie dwa miliony na samym
      Manhattanie. Jak tego dokonał, nie
      wiem. Biedak, jest chory jak ja. Rak ze swoimi
      nawrotami dorwał również jego. I tak jak ja udaje,
      że jest zdrowy - pracuje
      mimo wszystko. Ale ja pracuję przy stoliku, na
      siedząco, do diabła! A on... Wyglądał jak generał,
      który osobiście bierze udział
      w bitwie. Jak żołnierz, który rzuca się z bagnetem
      do ataku. ĄDo roboty, ludzie! Zakaszmy rękawy,
      szybko!E. Ale udało mu
      się, ponieważ ci ludzie byli, są tacy sami jak on.
      Ludzie, którzy nie znają znużenia, gnuśności,
      ludzie - jak by powiedział mój
      ojciec - z jajami. Co do niezwykłej jedności,
      niemal wojennej zwartości szeregów, którą
      Amerykanie demonstrują wobec
      tragedii i wobec wroga, to cóż - muszę przyznać,
      że zaskoczyła ona mnie samą. Owszem, wiedziałam,
      że dała o sobie znać w
      okresie Pearl Harbor, czyli wtedy, gdy naród
      skupił się wokół Roosevelta, a Roosevelt podjął
      walkę z hitlerowskimi Niemcami,
      z Włochami Mussoliniego i z Japonią cesarza
      Hirohito. Owszem, poczułam ją po zabójstwie
      Kennedyíego. Ale potem była
      wojna w Wietnamie, rozdzierające podziały wywołane
      wojną w Wietnamie i w pewnym sensie to
      przypomniało mi ich wojnę
      secesyjną sprzed półtora wieku. I tak, kiedy
      zobaczyłam, jak biali i czarni obejmują się i
      wspólnie płaczą (powtarzam: obejmują
      się), kiedy widziałam, jak demokraci i
      republikanie obejmują się i śpiewają ĄGod save
      AmericaE (Boże, ocal Amerykę), kiedy
      widziałam, jak zacierają wszystkie różnice,
      oniemiałam. To samo, kiedy usłyszałam, jak Bill
      Clinton (osoba, do której nigdy nie
      miałam słabości) deklaruje: ĄZacieśnijmy szeregi
      wokół Georgeía Busha, ufajcie naszemu
      prezydentowiE. To samo, kiedy te
      same słowa powtórzyła dobitnie jego żona Hillary,
      obecnie senator stanu Nowy Jork. To samo, kiedy
      powtórzył je Lieberman,
      były kandydat Demokratów na wiceprezydenta. (Tylko
      przegrany Al Gore trwał w sromotnym milczeniu). I
      to samo, kiedy
      Kongres jednomyślnie przegłosował wojnę, ukaranie
      winnych. Ach, gdyby tak Włochy zechciały wyciągnąć
      z tego naukę!
      Włochy są tak podzielone. Tak rozbite, tak zatrute
      swoimi plemiennymi małostkami! We Włoszech
      nienawidzą się nawet
      przedstawiciele tej samej partii. Nie umieją być
      razem nawet wtedy, gdy mają ten sam emblemat, ten
      sam symbol, do diabła!
      Zawistni, zgorzkniali, próżni, mali, myślą
      wyłącznie o swoich prywatnych interesach. O swoich
      marnych karierach, o swojej
      nędznej chwale, o swojej lokalnej wielkości. Dla
      osobistych interesów robią sobie nawzajem na
      złość, zdradzają się, oskarżają,
      kurwią... Jestem absolutnie przekonana, że gdyby
      Osama ben Laden wysadził w powietrze wieżę Giotta
      [należącą do katedry we
      Florencji - przyp. tłum.] albo wieżę w Pizie,
      opozycja oskarżyłaby o to rząd. A rząd oskarżyłby
      opozycję. Szefowie rządu i
      opozycji oskarżyliby własnych kolegów i
      towarzyszy. A teraz pozwól sobie wytłumaczyć, skąd
      bierze się ta jedność, która
      cechuje Amerykanów.

      Rodzi się z ich patri


      • puls Re: Cd 22.10.04, 07:36
        Rodzi się z ich patriotyzmu. Nie wiem, czy we
        Włoszech widzieliście i zrozumieliście to, co
        wydarzyło się w Nowym Jorku,
        kiedy Bush poszedł podziękować robotnikom (i
        robotnicom), którzy przeszukując zgliszcza obu
        wież, usiłują ocalić żywych
        ludzi, lecz wykopują jedynie nosy i palce. A
        jednak nie ustępują. Nie rezygnują. A kiedy
        spytasz ich, jak to robią, odpowiedzą:
        ĄI can allow myself to be exhausted not to be
        defeatedE (Mogę sobie pozwolić na zmęczenie, ale
        nie na porażkę). Wszyscy.
        Młodzi, nieletni, starzy, w średnim wieku. Biali,
        czarni, żółci, brązowi, fioletowi... Widzieliście
        czy nie? Kiedy Bush im
        dziękował, machali tylko amerykańskimi sztandarami
        i wznosili zaciśnięte pięści z groźnym pomrukiem:
        ĄJu-e-sej! Ju-e-sej!
        Ju-e-sej! USA! USA! USA!E. Gdyby chodziło o kraj
        totalitarny, pomyślałabym: ĄAle ich dobrze
        zorganizowali!E. Jednak nie
        w Ameryce. W Ameryce takich rzeczy się nie
        organizuje. Nie nakazuje się ich, nie zarządza.
        Zwłaszcza w metropolii tak
        bardzo pozbawionej złudzeń jak Nowy Jork, w której
        mieszkają tacy robotnicy jak nowojorscy. Robotnicy
        nowojorscy to
        wyjątkowe typy. Bardziej wolni od wiatru, nie do
        utrzymania. Nie słuchają nawet swoich związków
        zawodowych. Ale spróbuj
        tknąć ich flagę, Ojczyznę... W języku angielskim
        nie ma słowa ĄOjczyznaE. Żeby powiedzieć
        ĄOjczyznaE, trzeba złożyć dwa
        słowa, np. Father Land, Ziemia Ojców. Mother Land,
        Ziemia Macierzysta. Native Land, Ziemia Rodzinna.
        Albo powiedzieć po
        prostu My Country, Mój Kraj. Ale rzeczownik
        ĄpatriotismE istnieje. Przymiotnik ĄpatrioticE
        istnieje. I oprócz Francji chyba
        nie umiem wyobrazić sobie bardziej patriotycznego
        kraju niż Ameryka. Ach! Tak bardzo się wzruszyłam,
        widząc tych
        robotników, którzy zaciskając pięści i pomachując
        flagą, warczeli ĄJu-e-sej! Ju-e-sej! Ju-e-sej!E,
        choć nikt im tego nie kazał. I
        odczułam coś w rodzaju upokorzenia, ponieważ
        robotników włoskich, którzy powiewają własną
        trójkolorową flagą i
        pomrukują ĄItalia! Italia!E, jakoś nie umiem sobie
        wyobrazić. Na pochodach i wiecach widziałam, jak
        wymachują czerwonymi
        flagami. Rzeki, jeziora czerwonych sztandarów. Ale
        trójkolorowych sztandarów widziałam bardzo
        niewiele. Ani jednego. Źle
        kierowani lub tyranizowani przez arogancką lewicę
        oddaną Związkowi Radzieckiemu trójkolorowe flagi
        zawsze pozostawiali
        wrogom. A wrogowie nie robili z nich raczej
        dobrego użytku. Dzięki Bogu nie zrobili z nich
        również złego. A ci, którzy
        chodzą na mszę, to samo. A cham w zielonej koszuli
        i pod zielonym krawatem w ogóle nie wie, jakie są
        te trzy kolory: ĄJestem
        Lombardczykiem!E. On chciałby nas cofnąć do czasu
        wojen pomiędzy Florencją a Sieną. W rezultacie
        włoskie flagi widać dziś
        tylko na olimpiadzie, jeżeli przypadkiem uda się
        zdobyć jakiś medal. Co gorsza, widać je na
        stadionach podczas
        międzypaństwowych meczów piłkarskich. Jest to
        zresztą również jedyna okazja, żeby usłyszeć
        okrzyki: ĄItalia! Italia!E.

        Ech! Istnieje duża różnica pomiędzy krajem, w
        którym flagą Ojczyzny wymachują tylko chuligani na
        stadionie, a krajem, w
        którym powiewa nią cały naród. Na przykład
        niepokorni robotnicy, którzy drążą zgliszcza, żeby
        wydobyć jakieś ucho czy nos
        ludzi zamordowanych przez synów Allaha. Lub po to,
        żeby zebrać tę zmieloną kawę.

        Mój drogi, to fakt, że Ameryka jest szczególnym
        krajem. Krajem, któremu można pozazdrościć rzeczy
        niemających nic
        wspólnego z bogactwem. Dlatego że powstał z
        potrzeby duszy, z potrzeby posiadania ojczyzny, a
        także z idei najbardziej
        wzniosłej, jaką kiedykolwiek pomyślał człowiek: z
        idei wolności, i to splecionej z ideą równości. A
        także dlatego, że w tamtych
        czasach idea wolności wcale nie była modna. Idea
        równości również. O takich rzeczach mówili tylko
        niektórzy filozofowie
        oświecenia. Takie koncepty można było znaleźć
        tylko w kosztownym tomiszczu w odcinkach nazywanym
        Encyklopedią. I
        oprócz pisarzy i innych intelektualistów, oprócz
        książąt i jaśniepanów, którzy mieli pieniądze,
        żeby kupić to tomiszcze lub
        książki, które zainspirowały jego autorów, kto
        miał pojęcie o oświeceniu? Tym nie można było
        napełnić brzucha! O oświeceniu
        nie mówili nawet francuscy rewolucjoniści, a poza
        tym rewolucja francuska miała wybuchnąć w 1789
        roku, czyli trzynaście lat
        po rewolucji amerykańskiej, która wybuchła w roku
        1776. (To inny szczegół, o którym anty-Amerykanie
        z gatunku
        dobrze-im-tak nie wiedzą albo udają, że
        zapomnieli. Obłudnicy).

        To kraj szczególny, kraj godny zazdrości, również
        dlatego, że ta idea została zrozumiana przez
        rolników, nierzadko
        analfabetów, w każdym razie ludzi
        niewykształconych. Rolników z kolonii
        amerykańskich. I dlatego że została zrealizowana
        przez małą grupę nadzwyczajnych liderów: przez
        ludzi wielkiej kultury i wielkiej wartości. The
        Founding Fathers, Ojców
        Założycieli. Ale czy masz pojęcie, kim byli
        Ojcowie Założyciele, Franklinowie, Jeffersonowie,
        Paineíowie, Adamsowie,
        Washingtonowie i im podobni? To nie adwokaciny
        (jak słusznie nazywał ich Vittorio Alfieri),
        uczestnicy rewolucji francuskiej!
        [Vittorio Alfieri - XVIII-wieczny pisarz włoski -
        red.]. To nie ponurzy i histeryczni kaci Terroru,
        to nie Marat, Danton,
        Saint-Just, Robespierre! Ojcowie Założyciele byli
        ludźmi, którzy grekę i łacinę znali tak jak włoscy
        nauczyciele greki i łaciny
        (o ile tacy jeszcze istnieją) nigdy się nie
        nauczą. Ludzie, którzy po grecku czytali
        Arystotelesa i Platona, po łacinie czytali
        Senekę i Cycerona, którzy zasady demokracji
        greckiej zgłębili tak, jak w moich czasach nawet
        marksiści nie przestudiowali
        teorii nadbudowy. (Zakładając, że w ogóle ją
        studiowali). Jefferson znał również włoski
        (nazywał go toskańskim). Po włosku
        mówił i pisał bardzo swobodnie. I razem z dwoma
        tysiącami szczepów winnych i tysiącem szczepów
        drzew oliwnych oraz
        papierem nutowym, którego w Wirginii brakowało, w
        1774 roku florentczyk Filippo Mazzei przywiózł mu
        kilka egzemplarzy
        książki napisanej przez niejakiego Cesare
        Beccarię, zatytułowanej ĄO przestępstwach i
        karachE [Cesare Beccaria -
        XVIII-wieczny prawnik i ekonomista włoski - red.].
        Co do samouka Franklina, był geniuszem. Uczony,
        drukarz, wydawca,
        pisarz, dziennikarz, polityk, wynalazca. W 1752
        roku odkrył elektryczną naturę pioruna i wynalazł
        piorunochron. To niemało.
        I to razem z tymi nadzwyczajnymi liderami, z tymi
        wartościowymi ludźmi, rolnicy analfabeci, w każdym
        razie ludzie
        niewykształceni, zbuntowali się w 1776 roku
        przeciw Anglii. Proklamowali wojnę o
        niepodległość, rewolucję amerykańską.





      • puls Konkluzje (po skroceniu tekstu )--Roznice kultur 22.10.04, 07:39
        Oto zatem moja odpowiedź na twoje pytanie o
        Różnice-pomiędzy-dwiema-Kulturami. Na świecie jest
        miejsce dla wszystkich,
        tak twierdzę. We własnym domu każdy robi, co chce.
        I jeśli w niektórych krajach kobiety są tak
        głupie, że godzą się na
        czarczaf, czyli woal, i patrzą przez gęstą siatkę
        umieszczoną na wysokości oczu, tym gorzej dla
        nich. Jeśli godzą się nie chodzić
        do szkoły, nie chodzić do lekarza, nie robić sobie
        zdjęć i tak dalej, tym gorzej dla nich. Jeżeli ich
        mężczyźni są tak tępi, że nie
        piją piwa i wina, jak wyżej. Ja im tego nie
        zabronię. Jeszcze czego! Zostałam wychowana w
        poczuciu wolności, a moja mama
        mówiła: ĄŚwiat jest piękny, ponieważ jest
        różnorodnyE. Lecz jeśli zamierzają narzucić mi to
        samo w moim domu... A
        zamierzają. Osama ben Laden twierdzi, że cała
        planeta Ziemia musi się stać muzułmańska, że
        musimy nawrócić się na islam, że
        po dobroci albo pod przymusem nas nawróci, że w
        tym celu nas masakruje i w dalszym ciągu będzie
        nas masakrował. I to nie
        może się nam podobać, nie. To musi nam narzucić
        silną wolę odwrócenia ról, zabicia jego. Jednak ta
        rzecz się nie rozstrzygnie,
        nie wyczerpie wraz ze śmiercią Osamy ben Ladena.
        Ponieważ Osamów ben Ladenów są już dziesiątki
        tysięcy, i to nie tylko w
        Afganistanie czy innych krajach arabskich. Są
        wszędzie, a najbardziej zaciekli są właśnie na
        Zachodzie. W naszych miastach, na
        naszych ulicach, na naszych uniwersytetach, w
        ośrodkach badań nad technologią. Nad tą
        technologią, którą każdy głupek może
        się posługiwać. Krucjata trwa już od dawna. I
        działa jak szwajcarski zegarek, podtrzymywana
        przez wiarę i perfidię
        porównywalną jedynie z wiarą i perfidią
        Torquemady, kiedy był zwierzchnikiem inkwizycji. W
        istocie, pertraktować z nimi
        jest rzeczą niemożliwą. Dyskutować - nie do
        pomyślenia. Traktować ich z wyrozumiałością,
        tolerancją lub nadzieją jest
        samobójstwem. A kto myśli inaczej, jest naiwny.

        Osoba, która to mówi, wystarczająco dobrze poznała
        ten rodzaj fanatyzmu w Iranie, Pakistanie,
        Bangladeszu, Arabii
        Saudyjskiej, Kuwejcie, Libii, Jordanii, Libanie i
        we własnym domu. Czyli we Włoszech. Poznała go
        również poprzez epizody
        trywialne, wręcz groteskowe, zebrała zatrważające
        dowody na jego istnienie. Nigdy nie zapominam
        tego, co przydarzyło mi się
        w Ambasadzie Iranu w Rzymie, kiedy wystąpiłam o
        wizę do Teheranu, żeby przeprowadzić wywiad z
        Chomeinim, i przyszłam
        z paznokciami pomalowanymi na czerwono. Dla nich
        był to znak rozwiązłości. Potraktowali mnie jak
        prostytutkę, którą trzeba
        spalić na stosie. Kazali mi natychmiast usunąć
        lakier. I gdybym nie powiedziała im, a raczej nie
        wywrzeszczała, co ja
        najchętniej bym im usunęła, a raczej obcięła...
        Nie zapominam również tego, co przytrafiło mi się
        w Kom, świętym mieście
        Chomeiniego, gdzie jako kobieta nie zostałam
        przyjęta w żadnym hotelu. Żeby przeprowadzić
        wywiad z Chomeinim, musiałam
        włożyć czarczaf, żeby włożyć czarczaf, musiałam
        zdjąć dżinsy, żeby zdjąć dżinsy, musiałam się
        oddalić. Oczywiście mogłam się
        przebrać w samochodzie, którym przyjechałam z
        Teheranu, ale powstrzymał mnie tłumacz. - Pani-
        jest-szalona,
        pani-jest-szalona, za-coś-takiego-w-Kom-się-
        rozstrzeliwuje. Wolał mnie zawieźć do byłego
        pałacu królewskiego, gdzie jakiś
        litościwy stróż wpuścił nas i wynajął byłą salę
        tronową. Rzeczywiście, czułam się jak Madonna,
        która po to, żeby wydać na
        świat Dzieciątko Jezus, schroniła się razem z
        Józefem w stajni ogrzewanej przez osła i wołu.
        Lecz mężczyźnie i kobiecie bez
        ślubu Koran zabrania zostawać za zamkniętymi
        drzwiami, broń Boże, i w pewnej chwili drzwi się
        otworzyły. Mułła
        odpowiedzialny za przestrzeganie Moralności
        wtargnął, wrzeszcząc: wstyd-wstyd, grzech-grzech,
        i był tylko jeden sposób,
        żebyśmy nie zostali rozstrzelani - wziąć ślub.
        Podpisać czasowy akt małżeństwa (cztery miesiące),
        którym mułła wymachiwał
        nam przed nosami. Problem w tym, że tłumacz miał
        żonę Hiszpankę, niejaką Consuelo, wcale nieskłonną
        do tego, by zgodzić
        się na poligamię, a ja nie chciałam wychodzić za
        mąż. A cóż dopiero za Irańczyka ożenionego z
        Hiszpanką, w żadnym razie
        nieskłonną do tego, by zgodzić się na poligamię.
        Ale przecież nie chciałam zostać rozstrzelana, a
        tym samym stracić wywiad z
        Chomeinim. Rozstrzygałam w sobie właśnie ten
        dylemat, aż...

        Pewnie się śmiejesz. Myślisz, że to dowcip. A więc
        dalszego ciągu ci nie opowiem. Żeby doprowadzić
        cię do łez, opowiem ci o
        dwunastu nieczystych chłopcach, których po
        zakończeniu wojny w Bangladeszu [rok 1971 - red.]
        zamordowano w Dakce.
        Zabili ich na boisku stadionu w Dakce uderzeniami
        bagnetów w pierś i w brzuch w obecności dwudziestu
        tysięcy wiernych,
        którzy z trybun bili brawo w imię Boga. ĄAllah
        akbar, Allah akbarE, krzyczeli. Wiem, wiem: w
        Koloseum starożytni
        Rzymianie, ci Rzymianie, z których moja kultura
        jest tak dumna, dla zabawy patrzyli, jak lwy
        posilały się chrześcijanami.
        Wiem, wiem: we wszystkich krajach Europy
        chrześcijanie, ci chrześcijanie, których wkład w
        Historię Myśli uznaję pomimo
        mojego ateizmu, bawili się, patrząc na płonących
        heretyków. Ale minęło sporo czasu, trochę się
        ucywilizowaliśmy i również
        dzieci Allaha powinny zrozumieć, że pewnych rzeczy
        się nie robi. Po dwunastu nieczystych chłopcach
        zamordowali dziecko,
        które chcąc uratować brata skazanego na śmierć,
        rzuciło się na oprawców. Zmiażdżyli mu głowę
        wojskowymi buciorami. A
        jeśli nie wierzysz, cóż: przeczytaj sobie moją
        kronikę albo kronikę dziennikarzy francuskich lub
        i niemieckich, którzy byli tam
        ze mną przerażeni tak samo jak ja. Albo jeszcze
        lepiej popatrz sobie na zdjęcia, które wykonał
        jeden z nich. W każdym razie
        nie to chcę podkreślić. Chciałam powiedzieć, że po
        tej masakrze dwadzieścia tysięcy wiernych (w tym
        wiele kobiet) zeszło z
        trybun na boisko. Nie chaotycznie, bez ładu, nie.
        W sposób uporządkowany, ceremonialny. Powoli
        sformowali pochód i w imię
        Boga przeszli po zwłokach, wciąż krzycząc ĄAllah
        akbar, Allah akbarE. Zniszczyli ich tak samo jak
        te dwie nowojorskie
        wieże. Przerobili ich na krwawy dywan ze
        sproszkowanych kości.





        • puls Re: Konkluzje (po skroceniu tekstu )--Roznice k 22.10.04, 07:40

          Ach, mogłabym tak w nieskończoność. Mówić ci o
          rzeczach, o których nikt nigdy nie mówił, sprawić,
          że włosy zjeżyłyby ci się
          na głowie. Na przykład o tym zdziecinniałym
          Chomeinim, który po wywiadzie wygłosił w Kom
          przemówienie, oświadczając,
          że oskarżałam go o obcinanie kobietom piersi. Z
          tego wiecu nakręcił relację, która przez wiele
          miesięcy była pokazywana przez
          telewizję w Teheranie, i kiedy następnego roku
          wróciłam do Teheranu, zostałam aresztowana od razu
          na lotnisku. I wyglądało
          to źle, naprawdę źle. Był to okres, kiedy
          przetrzymywano tam amerykańskich zakładników...
          Mogłabym ci opowiedzieć o tym
          Mujiburze Rahmanie [pierwszym premierze
          niepodległego Bangladeszu - red.], który, wciąż w
          Dakce, nakazał swoim
          bojownikom zlikwidować mnie jako niebezpieczną
          Europejkę, ale na szczęście, ryzykując własne
          życie, uratował mnie angielski
          pułkownik. Lub o tym Palestyńczyku o imieniu
          Habash, który kazał trzymać karabin przystawiony
          do mojej głowy przez
          dwadzieścia minut. Boże, co to za ludzie!
          Jedynymi, z którymi miałam cywilizowany kontakt,
          pozostają biedny Ali Bhutto,
          premier Pakistanu, którego powieszono za przyjaźń
          z Zachodem, i wspaniały król Jordanii Husajn. Ale
          ci dwaj byli
          muzułmanami w takim samym stopniu, w jakim ja
          jestem katoliczką. W każdym razie powiem ci, jaki
          jest wniosek z tego
          mojego rozumowania. Wniosek, który wielu osobom
          się nie spodoba, jako że we Włoszech obrona
          własnej kultury stała się
          grzechem śmiertelnym. I jako że w obawie przed
          nieadekwatną zresztą etykietką ĄrasistyE wszyscy
          siedzą cicho jak mysz pod
          miotłą.

          Ja nie stawiam namiotów przed Mekką. Nie śpiewam
          ĄOjcze naszE ani ĄZdrowaś MarioE nad grobem
          Mahometa. Nie siusiam
          na marmury ich meczetów, nie robię kupy u stóp ich
          minaretów. Kiedy jestem w ich krajach (co nigdy
          mnie nie napawa
          rozkoszą), nie zapominam, że jestem gościem i
          cudzoziemką. Uważam, żeby ich nie obrazić strojem,
          gestami lub zachowaniem,
          które dla nas są normalne, a dla nich nie do
          przyjęcia. Odnoszę się do nich z należnym
          szacunkiem, z należną uprzejmością,
          przepraszam, kiedy przez nieuwagę lub niewiedzę
          złamię jakąś ich regułę albo wierzenie. I ten
          wrzask bólu i oburzenia
          wypisałam ci, mając przed oczami obrazki, które
          nie zawsze pokazywały aż tak apokaliptyczne sceny
          jak te, od których
          zaczęłam. Czasami zamiast nich widziałam obrazek
          dla mnie symboliczny (a więc doprowadzający do
          wściekłości) jak ten
          wielki namiot, którym latem zeszłego roku
          somalijscy muzułmanie znieważyli i obsrali, i
          spotwarzyli na trzy miesiące plac
          przed katedrą we Florencji. W moim mieście.

          Namiot wzniesiony po to, żeby potępić, oskarżyć,
          obrazić rząd włoski, który udzielił im gościny,
          lecz nie wystawił im
          dokumentów niezbędnych, żeby się rozbiec po całej
          Europie, i nie pozwolił im przywieźć do Włoch hord
          krewnych. Mamuś,
          tatusiów, braci, sióstr, wujków, cioć, kuzynów,
          szwagierek w ciąży, a nawet dalszych krewnych.
          Namiot postawiony obok
          pięknego pałacu arcybiskupów - na jego podeście
          stawiali buty i kapcie, które we własnych krajach
          pozostawiali poza
          meczetami. A razem z butami i kapciami puste
          butelki po wodzie, którą myli sobie nogi przed
          modlitwą. Namiot postawiony
          przed katedrą z kopułą Brunelleschiego, obok
          baptysterium ze złotymi drzwiami Ghibertiego.
          Wreszcie namiot urządzony jak
          kiczowaty apartamencik: krzesła, stoliki,
          szezlongi, materace do spania i do pieprzenia się,
          kuchenki do gotowania jedzenia i
          zatruwania placu dymem i smrodem. I - dzięki
          tradycyjnej nieświadomości Enelu [instytucji
          odpowiedzialnej za dostawy prądu
          - red.], który o nasze dzieła sztuki dba tak samo
          jak o krajobraz - podłączony do elektryczności.
          Dzięki radiomagnetofonowi
          ozdobiony wyciem muezina, który punktualnie
          napominał wiernych, zagłuszał niewiernych i tłumił
          bicie dzwonów. A do tego
          żółte strugi moczu, które bezcześciły marmury
          baptysterium. (Cholera! Ale mają zasięg ci synowie
          Allaha! Jak to możliwe,
          żeby trafić w obiekt oddzielony ogrodzeniem,
          oddalony o prawie dwa metry od ich narządów
          moczowych?). Żółte strugi
          uryny, smród gówna, które zagradzało wejście do
          kościoła San Salvatore al Vescovo - wspaniałego
          kościoła romańskiego (z
          1000 roku), który stoi na zapleczu placu
          katedralnego, a który synowie Allaha zamienili w
          sracz. Zresztą sam wiesz.

          Wiesz, bo przecież zadzwoniłam wtedy do ciebie i
          prosiłam, żebyś napisał o tym w ĄCorriereE.
          Pamiętasz? Zadzwoniłam
          również do burmistrza, który - to muszę mu
          przyznać - uprzejmie złożył mi wizytę. Wysłuchał
          mnie i przyznał mi rację. ĄMa
          pani rację, naprawdę...E. Ale namiotu nie usunął.
          Zapomniał albo nie wiedział, jak to zrobić.
          Zadzwoniłam również do
          ministra spraw zagranicznych, który jest
          florentczykiem, i to takim, który mówi z
          florenckim akcentem, i również jego w to
          wciągnęłam. I również on, jemu też muszę to oddać,
          mnie wysłuchał. Przyznał mi rację: ĄNo tak, ma
          pani racjęE. Ale nie
          ruszył palcem, żeby usunąć namiot, za to bardzo
          szybko spełnił żądania synów Allaha, którzy sikali
          na baptysterium i srali na
          kościół San Salvatore al Vescovo. (O ile wiem,
          tatusiowie, mamusie, bracia, siostry, wujkowie,
          ciocie, kuzyni, szwagierki w
          ciąży są teraz tam, gdzie chcieli - czyli we
          Florencji i w innych miastach europejskich). Zatem
          zmieniłam sposób działania.
          Zadzwoniłam do sympatycznego policjanta, który
          kieruje biurem bezpieczeństwa, i powiedziałam:
          ĄDrogi policjancie, nie
          jestem politykiem. Kiedy mówię, że coś zrobię, to
          znaczy, że zrobię. Ponadto znam wojnę i znam się
          na pewnych rzeczach.
          Jeśli do jutra nie usuniecie tego pieprzonego
          namiotu, spalę go. Jak słowo honoru - spalę i
          nawet regiment karabinierów mnie
          nie powstrzyma, i dlatego proszę mnie aresztować.
          Wsadzić do więzienia w kajdankach. Dzięki temu
          trafię do wszystkich
          gazetE. Cóż, ponieważ okazał się bardziej
          inteligentny od tych, z którymi poprzednio
          rozmawiałam, w ciągu kilku godzin
          namiot usunął. Na jego miejscu pozostała tylko
          ogromna i obrzydliwa plama wydzielin. Było to
          jednak pyrrusowe zwycięstwo.
          A to dlatego, że w żadnym stopniu nie wpłynęło na
          inne plagi, od lat trapiące i hańbiące miasto,
          które było stolicą sztuki,
          kultury i piękna, nie onieśmieliło w najmniejszym
          stopniu jej aroganckich gości: Albańczyków,
          Sudańczyków, Bengalczyków,
          Tunezyjczyków, Algierczyków, Pakistańczyków,
          Nigeryjczyków, którzy z takim zapałem włączają się
          w handel narkotykami i
          w prostytucję, czego prawdopodobnie Koran już nie
          zabrania. Ach, tak, są tam, gdzie byli, zanim mój
          policjant usunął namiot.
          Na placu przed Galerią Uffizi i u stóp Wieży
          Giotta. Przed Loggia dellíOrcagna, wokół Logge del
          Porcellino. Na wprost
          Biblioteki Narodowej, u wejścia do muzeów. Na
          Ponte Vecchio, gdzie co jakiś czas walczą na noże
          lub na pistolety. Na
          bulwarach nad Arno, gdzie żądali i uzyskali
          obietnicę, że władze miasta będą ich finansować
          (tak jest, moi państwo,
          finansować). Przed kościołem San Lorenzo, gdzie
          chleją wino, piwo i wódkę, obłudnicy, i gdzie
          obrażają kobiety. (W zeszłym
          roku jakieś obrzydlistwa kierowali również do
          mnie, która jestem już starą kobietą. I źle
          trafili. Och, jak źle trafili! Jeden z
          nich w dalszym ciągu opłakuje stan swoich
          genitaliów). Na zabytkowych ulicach, gdzie
          biwakują pod pretekstem handlu. Ich
          towar to torby i walizki skopiowane z modeli
          chronionych patentami, więc nielegalne, a także
          landszafty, ołówki, afrykańskie
          posążki, które bezmyślni turyści biorą za rzeźby
          Berniniego, rzeczy-do-wąchania. (ĄJe connais mes
          droitsE - znam swoje
          prawa, syknął mi jeden ze sprzedawców tych
          pachnideł). I biada, jeśli obywatel zaprotestuje,
          biada, jeśli odpowie:




          • puls Konkluzje w EU wycie muezina zagłusza dzwony kate 22.10.04, 07:42
            I biada, jeśli obywatel zaprotestuje,
            biada, jeśli odpowie:
            korzystaj-sobie-z-tych-praw-we-własnym-domu.
            ĄRasista, rasista!E. Biada policjantowi, który
            zwróci takiemu uwagę: ĄPanie
            synu Allaha, Wasza Wysokość, czy mógłby pan się
            przesunąć o włos i pozwolić przejść innym
            ludziom?E. Zjedzą go żywcem.
            Rzucą się na niego z nożem. W najlepszym razie
            obrażą mu matkę i potomstwo. ĄRasista, rasista!E.
            I ludzie to znoszą z
            rezygnacją. Nie reagują nawet, jeśli im
            wywrzeszczysz to, co mój ojciec krzyczał w czasach
            faszyzmu: ĄA nic was już nie
            obchodzi godność? Nie macie ani trochę godności,
            barany?E.

            To samo dzieje się również w innych miastach,
            wiem. Na przykład w Turynie. W tym Turynie, który
            stworzył Włochy, a
            który nie wygląda już nawet na włoskie miasto.
            Wygląda jak Algier, Dakka, Nairobi, Damaszek,
            Bejrut. W Wenecji. W tej
            Wenecji, gdzie zamiast gołębi na placu Świętego
            Marka pojawiły się dywany z ĄtowaremE i nawet
            Otello poczułby się
            zażenowany. W Genui. W tej Genui, której wspaniałe
            pałace podziwiane swego czasu przez Rubensa
            zostały przez nich
            zawłaszczone i teraz niszczeją jak piękne
            zgwałcone kobiety. W Rzymie. W tym Rzymie, gdzie
            polityczny cynizm i polityczne
            oszustwa wszelkich odcieni zalecają się do nich w
            nadziei na przyszłe głosy i gdzie ich chroni sam
            Papież. (Dlaczego, w imię
            Jedynego Boga, nie zabierze ich Wasza
            Świątobliwość do Watykanu? Ale uwaga: pod
            warunkiem że nie osrają Kaplicy
            Sykstyńskiej, rzeźb Michała Anioła i fresków
            Rafaela). Teraz to ja czegoś tu nie rozumiem.
            Zamiast Ąsynami AllahaE we
            Włoszech są nazywani Ąpracownikami zagranicznymiE.
            Albo Ąpotrzebną-siłą-robocząE. I nie mam żadnych
            wątpliwości, że
            niektórzy z nich naprawdę pracują. Włosi stali się
            tak wielkopańscy. Spędzają wakacje na Seszelach,
            latają do Nowego Jorku po
            prześcieradła Bloomingdaleís. Wstydzą się być
            robotnikami i rolnikami i nie możesz już ich
            kojarzyć z proletariatem. Ale ci, o
            których teraz mówię, co to za robotnicy? Jaką
            wykonują pracę? W jaki sposób wypełniają
            zapotrzebowanie na siłę roboczą,
            której były proletariat włoski przestał
            dostarczać? Biwakując po miastach pod pretekstem
            handlu? Obijając się i szpecąc nasze
            zabytki? Modląc się pięć razy dziennie? Nie
            rozumiem jeszcze innej rzeczy. Jeśli naprawdę są
            tacy biedni, to kto im daje
            pieniądze na podróż statkiem lub pontonem do
            Włoch? Kto im daje po dziesięć milionów lirów (co
            najmniej) na bilet? Chyba
            nie Osama ben Laden, chyba nie po to, żeby
            wszczęli podbój, który nie jest tylko podbojem
            dusz, lecz również terytoriów?

            Cóż, jeśli to nawet nie on, to i tak warto się nad
            tym zastanowić. Jeśli nawet nasi goście są całkiem
            niewinni, jeśli nawet nie ma
            wśród nich nikogo, kto miałby ochotę zburzyć mi
            wieżę w Pizie albo Wieżę Giotta, kto chce nakazać
            mi, bym chodziła w
            czarczafie, kto chce mnie spalić na stosie nowej
            inkwizycji, to i tak ich obecność wprawia mnie w
            stan niepokoju. Wprawia
            mnie w zakłopotanie. I jeśli ktoś tę sprawę
            lekceważy albo podchodzi do niej z optymizmem,
            myli się. Popełnia błąd przede
            wszystkim ten, kto porównuje falę imigrantów,
            która przetacza się przez Włochy i przez Europę, z
            tą, która przetoczyła się
            przez Amerykę w drugiej połowie XIX i na początku
            XX stulecia. Powiem ci dlaczego.

            Niedawno usłyszałam zdanie wypowiedziane przez
            jednego z tysiąca premierów, którzy w ostatnich
            dziesięcioleciach
            przysporzyli Włochom chwały. ĄEch, mój wujek
            również był emigrantem! Pamiętam wujka, jak z
            płócienną walizeczką
            odpływał do Ameryki!E. Lub coś w tym rodzaju. O
            nie, mój drogi. Nie. To wcale nie to samo. I to z
            dwóch dość prostych
            powodów.

            Pierwszy to ten, że w drugiej połowie XIX wieku
            fala imigracji w Ameryce nie zrodziła się w sposób
            nieoficjalny i na
            warunkach podyktowanych przez jej inicjatora. To
            sami Amerykanie zachęcali do przyjazdu. Na mocy
            konkretnego aktu
            Kongresu. ĄPrzybywajcie, przybywajcie,
            potrzebujemy was. Kiedy przybędziecie, otrzymacie
            spory kawałek ziemiE.
            Nakręcili o tym nawet film, z Tomem Cruiseíem i
            Nicole Kidman, którego finał wywarł na mnie
            wrażenie. Scena z
            nieszczęśnikami, którzy biegną, żeby zatknąć białą
            flagę na poletku, lecz tylko najmłodsi i
            najsilniejsi dadzą sobie radę. Inni
            pozostają z pustymi rękami, a niektórzy umierają w
            biegu. [Chodzi o film Rona Howarda ĄZa horyzontemE
            - red.]. O ile
            wiem, włoski parlament nigdy nie uchwalił dekretu,
            który by zachęcał albo ponaglał naszych gości do
            porzucenia własnego
            kraju. ĄPrzybywajcie-przybywajcie-ponieważ-was-
            bardzo-potrzebujemy,
            jeśli-przybędziecie-ofiarujemy-wam-gospodarstwo-w-
            ChiantiE. Do nas przybyli z własnej inicjatywy na
            przeklętych pontonach,
            grając na nosie policji finansowej, która
            usiłowała ich odesłać z powrotem. Bardziej niż o
            emigracji należy więc mówić raczej o
            nielegalnej inwazji. I nie jest to wcale
            nielegalność łagodna i tragiczna, ale
            zatrważająca. Jest arogancka i chroniona przez
            cynizm polityków, którzy przymykają na nią jedno
            oko, a nawet jedno i drugie. Nigdy nie zapomnę
            wieców, którymi w
            zeszłym roku nielegalni imigranci wypełnili place
            Włoch, żeby otrzymać pozwolenia na pobyt. Te
            wykrzywione, złe twarze. Te
            wzniesione, grożące pięści. Te wściekłe głosy,
            które kazały mi powrócić myślami do Teheranu
            Chomeiniego. Nie zapomnę ich
            nigdy, ponieważ czułam się obrażona przez przemoc
            w moim własnym domu i dlatego, że poczułam się
            wyszydzona przez
            ministrów, którzy nam mówili: ĄChcielibyśmy ich
            deportować, ale nie wiemy, gdzie się ukrywająE.
            Kutasy! Na tych placach
            były ich tysiące i wcale się nie ukrywali. Żeby
            przeprowadzić deportację, wystarczyłoby ich
            ustawić w szeregu -
            proszę-Szanowny-Panie-niech-Pan-zajmie-miejsce-w-
            kolejce - i odwieźć ich na lotnisko.

            Drugi powód, drogi siostrzeńcze wujka z płócienną
            walizeczką, zrozumiałby nawet uczeń szkoły
            podstawowej. Żeby go
            wyłożyć, wystarczy kilka elementów. Pierwszy:
            Ameryka jest kontynentem. I w drugiej połowie XIX
            wieku, kiedy
            amerykański Kongres zapalił zielone światło dla
            imigracji, ten kontynent był prawie bezludny.
            Większość populacji skupiała się
            we wschodnich stanach, czyli po stronie Atlantyku,
            a na Mid-West zamieszkiwało jeszcze niewiele osób.
            Kalifornia była prawie
            pusta. Cóż, Włochy to nie kontynent. To bardzo
            niewielki kraj, wcale nie bezludny. Drugi: Ameryka
            to kraj bardzo młody.
            Jeśli pomyślisz, że wojna wyzwoleńcza miała
            miejsce pod koniec XVIII wieku, wywnioskujesz, że
            Stany Zjednoczone mają
            dopiero dwieście lat, i zrozumiesz, dlaczego ich
            tożsamość kulturowa nie jest jeszcze dobrze
            określona. Włochy, wręcz
            przeciwnie, są krajem bardzo starym. Ich historia
            trwa co najmniej od trzech tysięcy lat. Ich
            tożsamość kulturowa jest więc
            określona bardzo dobrze i - szkoda gadać - nie
            wywodzi się z religii nazywanej chrześcijańską i z
            Kościoła nazywanego
            katolickim. Ludzie tacy jak ja mają kłopoty z
            deklaracją: ĄJa-nie-mam-nic-wspólnego-z-Kościołem-
            katolickimE. Mam, i to
            jeszcze jak. Czy to mi się podoba, czy nie. A jak
            bym miała nie mieć? Urodziłam się w krajobrazie
            pełnym kościołów,
            klasztorów, Chrystusów, Madonn, świętych. Pierwszą
            melodią, jaką usłyszałam, przychodząc na świat,
            była muzyka dzwonów.
            Dzwonów katedry Santa Maria del Fiore, którą w
            Epoce Namiotu zagłuszało wycie muezina. To w tej
            muzyce, w tym
            krajobrazie się wychowałam. To poprzez tę muzykę i
            poprzez ten pejzaż nauczyłam się, co to jest
            architektura, rzeźba, co to
            malarstwo, sztuka. To poprzez ten Kościół
            (następnie odrzucony) zaczęłam zadawać sobie
            pytanie, co to jest Dobro, co to jest
            Zło, na Boga...




            • jersey_gay Re: Konkluzje w EU wycie muezina zagłusza dzwony 22.10.04, 12:23
              puls napisał:

              ) I biada, jeśli obywatel zaprotestuje,
              ) biada, jeśli odpowie:
              ) korzystaj-sobie-z-tych-praw-we-własnym-domu.
              ) ĄRasista, rasista!E. Biada policjantowi, który
              ) zwróci takiemu uwagę: ĄPanie
              ) synu Allaha, Wasza Wysokość, czy mógłby pan się
              ) przesunąć o włos i pozwolić przejść innym
              ) ludziom?E. Zjedzą go żywcem.
              ) Rzucą się na niego z nożem. W najlepszym razie
              ) obrażą mu matkę i potomstwo. ĄRasista, rasista!E.
              ) I ludzie to znoszą z
              ) rezygnacją. Nie reagują nawet, jeśli im
              ) wywrzeszczysz to, co mój ojciec krzyczał w czasach
              ) faszyzmu: ĄA nic was już nie
              ) obchodzi godność? Nie macie ani trochę godności,
              ) barany?E.
              )
              ) To samo dzieje się również w innych miastach,
              ) wiem. Na przykład w Turynie. W tym Turynie, który
              ) stworzył Włochy, a
              ) który nie wygląda już nawet na włoskie miasto.
              ) Wygląda jak Algier, Dakka, Nairobi, Damaszek,
              ) Bejrut. W Wenecji. W tej
              ) Wenecji, gdzie zamiast gołębi na placu Świętego
              ) Marka pojawiły się dywany z ĄtowaremE i nawet
              ) Otello poczułby się
              ) zażenowany. W Genui. W tej Genui, której wspaniałe
              ) pałace podziwiane swego czasu przez Rubensa
              ) zostały przez nich
              ) zawłaszczone i teraz niszczeją jak piękne
              ) zgwałcone kobiety. W Rzymie. W tym Rzymie, gdzie
              ) polityczny cynizm i polityczne
              ) oszustwa wszelkich odcieni zalecają się do nich w
              ) nadziei na przyszłe głosy i gdzie ich chroni sam
              ) Papież. (Dlaczego, w imię
              ) Jedynego Boga, nie zabierze ich Wasza
              ) Świątobliwość do Watykanu? Ale uwaga: pod
              ) warunkiem że nie osrają Kaplicy
              ) Sykstyńskiej, rzeźb Michała Anioła i fresków
              ) Rafaela). Teraz to ja czegoś tu nie rozumiem.
              ) Zamiast Ąsynami AllahaE we
              ) Włoszech są nazywani Ąpracownikami zagranicznymiE.
              ) Albo Ąpotrzebną-siłą-robocząE. I nie mam żadnych
              ) wątpliwości, że
              ) niektórzy z nich naprawdę pracują. Włosi stali się
              ) tak wielkopańscy. Spędzają wakacje na Seszelach,
              ) latają do Nowego Jorku po
              ) prześcieradła Bloomingdaleís. Wstydzą się być
              ) robotnikami i rolnikami i nie możesz już ich
              ) kojarzyć z proletariatem. Ale ci, o
              ) których teraz mówię, co to za robotnicy? Jaką
              ) wykonują pracę? W jaki sposób wypełniają
              ) zapotrzebowanie na siłę roboczą,
              ) której były proletariat włoski przestał
              ) dostarczać? Biwakując po miastach pod pretekstem
              ) handlu? Obijając się i szpecąc nasze
              ) zabytki? Modląc się pięć razy dziennie? Nie
              ) rozumiem jeszcze innej rzeczy. Jeśli naprawdę są
              ) tacy biedni, to kto im daje
              ) pieniądze na podróż statkiem lub pontonem do
              ) Włoch? Kto im daje po dziesięć milionów lirów (co
              ) najmniej) na bilet? Chyba
              ) nie Osama ben Laden, chyba nie po to, żeby
              ) wszczęli podbój, który nie jest tylko podbojem
              ) dusz, lecz również terytoriów?
              )
              ) Cóż, jeśli to nawet nie on, to i tak warto się nad
              ) tym zastanowić. Jeśli nawet nasi goście są całkiem
              ) niewinni, jeśli nawet nie ma
              ) wśród nich nikogo, kto miałby ochotę zburzyć mi
              ) wieżę w Pizie albo Wieżę Giotta, kto chce nakazać
              ) mi, bym chodziła w
              ) czarczafie, kto chce mnie spalić na stosie nowej
              ) inkwizycji, to i tak ich obecność wprawia mnie w
              ) stan niepokoju. Wprawia
              ) mnie w zakłopotanie. I jeśli ktoś tę sprawę
              ) lekceważy albo podchodzi do niej z optymizmem,
              ) myli się. Popełnia błąd przede
              ) wszystkim ten, kto porównuje falę imigrantów,
              ) która przetacza się przez Włochy i przez Europę, z
              ) tą, która przetoczyła się
              ) przez Amerykę w drugiej połowie XIX i na początku
              ) XX stulecia. Powiem ci dlaczego.
              )
              ) Niedawno usłyszałam zdanie wypowiedziane przez
              ) jednego z tysiąca premierów, którzy w ostatnich
              ) dziesięcioleciach
              ) przysporzyli Włochom chwały. ĄEch, mój wujek
              ) również był emigrantem! Pamiętam wujka, jak z
              ) płócienną walizeczką
              ) odpływał do Ameryki!E. Lub coś w tym rodzaju. O
              ) nie, mój drogi. Nie. To wcale nie to samo. I to z
              ) dwóch dość prostych
              ) powodów.
              )
              ) Pierwszy to ten, że w drugiej połowie XIX wieku
              ) fala imigracji w Ameryce nie zrodziła się w sposób
              ) nieoficjalny i na
              ) warunkach podyktowanych przez jej inicjatora. To
              ) sami Amerykanie zachęcali do przyjazdu. Na mocy
              ) konkretnego aktu
              ) Kongresu. ĄPrzybywajcie, przybywajcie,
              ) potrzebujemy was. Kiedy przybędziecie, otrzymacie
              ) spory kawałek ziemiE.
              ) Nakręcili o tym nawet film, z Tomem Cruiseíem i
              ) Nicole Kidman, którego finał wywarł na mnie
              ) wrażenie. Scena z
              ) nieszczęśnikami, którzy biegną, żeby zatknąć białą
              ) flagę na poletku, lecz tylko najmłodsi i
              ) najsilniejsi dadzą sobie radę. Inni
              ) pozostają z pustymi rękami, a niektórzy umierają w
              ) biegu. [Chodzi o film Rona Howarda ĄZa horyzontemE
              ) - red.]. O ile
              ) wiem, włoski parlament nigdy nie uchwalił dekretu,
              ) który by zachęcał albo ponaglał naszych gości do
              ) porzucenia własnego
              ) kraju. ĄPrzybywajcie-przybywajcie-ponieważ-was-
              ) bardzo-potrzebujemy,
              ) jeśli-przybędziecie-ofiarujemy-wam-gospodarstwo-w-
              ) ChiantiE. Do nas przybyli z własnej inicjatywy na
              ) przeklętych pontonach,
              ) grając na nosie policji finansowej, która
              ) usiłowała ich odesłać z powrotem. Bardziej niż o
              ) emigracji należy więc mówić raczej o
              ) nielegalnej inwazji. I nie jest to wcale
              ) nielegalność łagodna i tragiczna, ale
              ) zatrważająca. Jest arogancka i chroniona przez
              ) cynizm polityków, którzy przymykają na nią jedno
              ) oko, a nawet jedno i drugie. Nigdy nie zapomnę
              ) wieców, którymi w
              ) zeszłym roku nielegalni imigranci wypełnili place
              ) Włoch, żeby otrzymać pozwolenia na pobyt. Te
              ) wykrzywione, złe twarze. Te
              ) wzniesione, grożące pięści. Te wściekłe głosy,
              ) które kazały mi powrócić myślami do Teheranu
              ) Chomeiniego. Nie zapomnę ich
              ) nigdy, ponieważ czułam się obrażona przez przemoc
              ) w moim własnym domu i dlatego, że poczułam się
              ) wyszydzona przez
              ) ministrów, którzy nam mówili: ĄChcielibyśmy ich
              ) deportować, ale nie wiemy, gdzie się ukrywająE.
              ) Kutasy! Na tych placach
              ) były ich tysiące i wcale się nie ukrywali. Żeby
              ) przeprowadzić deportację, wystarczyłoby ich
              ) ustawić w szeregu -
              ) proszę-Szanowny-Panie-niech-Pan-zajmie-miejsce-w-
              ) kolejce - i odwieźć ich na lotnisko.
              )
              ) Drugi powód, drogi siostrzeńcze wujka z płócienną
              ) walizeczką, zrozumiałby nawet uczeń szkoły
              ) podstawowej. Żeby go
              ) wyłożyć, wystarczy kilka elementów. Pierwszy:
              ) Ameryka jest kontynentem. I w drugiej połowie XIX
              ) wieku, kiedy
              ) amerykański Kongres zapalił zielone światło dla
              ) imigracji, ten kontynent był prawie bezludny.
              ) Większość populacji skupiała się
              ) we wschodnich stanach, czyli po stronie Atlantyku,
              ) a na Mid-West zamieszkiwało jeszcze niewiele osób.
              ) Kalifornia była prawie
              ) pusta. Cóż, Włochy to nie kontynent. To bardzo
              ) niewielki kraj, wcale nie bezludny. Drugi: Ameryka
              ) to kraj bardzo młody.
              ) Jeśli pomyślisz, że wojna wyzwoleńcza miała
              ) miejsce pod koniec XVIII wieku, wywnioskujesz, że
              ) Stany Zjednoczone mają
              ) dopiero dwieście lat, i zrozumiesz, dlaczego ich
              ) tożsamość kulturowa nie jest jeszcze dobrze
              ) określona. Włochy, wręcz
              ) przeciwnie, są krajem bardzo starym. Ich historia
              ) trwa co najmniej od trzech tysięcy lat. Ich
              ) tożsamość kulturowa jest więc
              ) określona bardzo dobrze i - szkoda gadać - nie
              ) wywodzi się z religii nazywanej chrześcijańską i z
              ) Kościoła nazywanego
              ) katolickim. Ludzie tacy jak ja mają kłopoty z
              ) deklaracją: ĄJa-nie-mam-nic-wspólnego-z-Kościołem-
              ) katolickimE. Mam, i to
              ) jeszcze jak. Czy to mi się podoba, czy nie. A jak
              ) bym miała nie mieć? Urodziłam się w krajobrazie
              ) pełnym kościołów,
              ) klasztorów, Chrystusów, Ma
    • danek4 Re: Wspaniala__Oriana_Fallaci__o__ 22.10.04, 07:47
      to nie tylko o islamie jest
      to o nas jest
      o nas teraz
      o nas kiedyś
      o nas jutro

      każdy tu siebie może odnaleźć
    • Gość: Jerzy Cykady IP: *.02-11-6c756e2.cust.bredbandsbolaget.se 22.10.04, 14:51
      Rownie grozne sa ..."cykady"-lewicowe mety, ktorym Fallaci przypisuje duza role
      w rozsiewaniu islamskiej zarazy po swiecie.I chyba ma racje.
      (J)
      • jersey_gay Re: Cykady 25.10.04, 21:50
        Gość portalu: Jerzy napisał(a):

        > Rownie grozne sa ..."cykady"-lewicowe mety, ktorym Fallaci przypisuje duza
        role
        >
        > w rozsiewaniu islamskiej zarazy po swiecie.I chyba ma racje.
        > (J)
        lewica i pacyfy nie protestowaly gdy araby mordowaly , Sadam i teraz gdy
        Al-Qaida scina ludzi.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka