Dodaj do ulubionych

Rocznica katastrofy w Czarnobylu

IP: *.acn.waw.pl 27.04.03, 16:23
A Nie - Urban jako Nie(do)Rzecznik Prasowy Rządu przez dwa dni
zaprzeczał prawdzie o katastrofie!!!!
Obserwuj wątek
    • Gość: hybryda urban...tfu... IP: *.bos.east.verizon.net 27.04.03, 17:55
      Najlepsze jest to, ze obecnie urban jest jak guru dla wielu
      Polakow....:(((
      • Gość: Wwwwacek Re: urban...tfu... IP: *.proxy.aol.com 27.04.03, 19:19
        Gość portalu: hybryda napisał(a):

        > Najlepsze jest to, ze obecnie urban jest jak guru dla wielu
        > Polakow....:(((
        Myslisz ze Polakow ?Nie sadze!To nie sa Polacy -Platni Zdrajcy
        Pacholki etc oraz ich coreczki, synkowie po rosyjsku jest nato
        okreslenie :>.pierdiuki<.
    • Gość: john Re: Rocznica katastrofy w Czarnobylu IP: *.dip.t-dialin.net 27.04.03, 18:01
      Urban ist cool!
    • Gość: Agnieszka "Jak to z Czarnobylem było" IP: *.acn.waw.pl 28.04.03, 04:42
      Oto treść artykułu zamieszczonego w słynnym nowojorskim "Nowym
      Dzienniku":

      Jak to z Czarnobylem było

      W maju 1986 roku polskie dzieci grając w chowanego
      recytowały nową wyliczankę: Baju, baju, dylu, dylu, coś
      wybuchło w Czarnobylu. Jest to bomba atomowa Michaiła
      Gorbaczowa. Raz, dwa, trzy, kryjesz ty...
      Niestety, zabawę w chowanego, polegającą na ukrywaniu
      przed społeczeństwem wiadomości o grożącym milionom ludzi
      śmiertelnym niebezpieczeństwie, uprawiały wówczas - jak
      najbardziej serio - władze Związku Radzieckiego i jego
      wasali, w tym najwyższe kierownictwo PRL. Wskutek
      katastrofy czarnobylskiej elektrowni „bezpośrednio” zginęło
      kilkadziesiąt osób. Prawdopodobnie kilkaset zmarło w
      ciągu kilku następnych lat. Tysiące (niektórzy mówią
      nawet o dziesiątkach tysięcy) chorują do dziś. Dokładna
      liczba ofiar - obywateli dzisiejszej Ukrainy i
      Białorusi - jest wciąż trudna do oszacowania. To, że
      ta straszna tragedia praktycznie ominęła Polskę -
      graniczy z cudem. Tym bardziej, że zawinili ludzie
      służbowo odpowiedzialni za radiologiczną ochronę naszego
      kraju. Ludzie ci do dziś nie ponieśli za to żadnej
      odpowiedzialności.
      Oto gołe fakty. Wybuch w Czarnobylu nastąpił w sobotę
      26 kwietnia 1986 o godzinie 1.23. Pierwsza fala
      skażonego powietrza napłynęła nad Polskę w nocy z
      niedzieli 27 na poniedziałek 28 kwietnia. Przypomnijmy,
      co dwa tygodnie później mówił o tym ówczesny kierownik
      Zakładu Higieny Radiacyjnej w Centralnym Laboratorium
      Ochrony Radiologicznej (CLOR) prof. dr hab. Zbigniew
      Jaworowski w wywiadzie dla „Życia Warszawy”:
      Rano w poniedziałek 28 kwietnia, gdy przyszliśmy do
      pracy, znaleźliśmy w teleksie wydruki informujące o
      gwałtownym wzroście skażeń. Część stacji pracujących w
      nocy, po stwierdzeniu, jaki jest poziom skażenia,
      przeszła od razu z systemu pomiarów normalnych na
      awaryjny. W tym reżimie robi się pomiary nie co dobę
      czy co kilka dni, tylko co dwie godziny. Tak więc za
      okres od godzin wieczornych w niedzielę do rana w
      poniedziałek myśmy już mieli dokładną informację o tym,
      jak skażenie powietrza narastało i narasta.
      W dużym artykule, zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” 21
      lipca 1991 roku - czyli prawie dwanaście lat temu -
      prof. Jaworowski pisał:
      Poszedłem do dyrektora CLOR Tadeusza Rzymkowskiego i
      powiedziałem, że o sytuacji musi zostać poinformowany
      rząd, trzeba więc natychmiast zawiadomić prezesa
      Państwowej Agencji Atomistyki dr. Mieczysława
      Sowińskiego. „Ja nie będę nikogo zawiadamiał, jak
      chcesz, to dzwoń sobie sam” - padła zdumiewająca
      odpowiedź. W tym dniu dyrektora CLOR już nie widziałem.
      Zadzwoniłem do PAA, gdzie powiedziano mi, że prezes
      oprowadza wycieczkę Forum Młodego Pokolenia PRON po
      reaktorze „Ewa” w Świerku. Dopiero o godzinie 12 udało
      mi się wywołać go z reaktora. „We wschodniej i
      północnej części kraju i w Warszawie jest ogromne
      skażenie radioaktywne atmosfery i terenu - powiedziałem. -
      Może to być wybuch broni jądrowej, wypadek, sabotaż,
      wojna albo awaria reaktora. Myślę, że powinien pan
      natychmiast zawiadomić rząd”. „Kontynuujcie pomiary i
      niech pan mnie informuje o wynikach” - odpowiedział.
      Co w tym stanie rzeczy robi profesor Jaworowski -
      człowiek uczony i dorosły, specjalnie kształcony w
      reagowaniu na kataklizmy i świadomy śmiertelnego
      zagrożenia (...wybuch jądrowy, wojna, sabotaż, awaria
      reaktora...), które zawisło nad jego Ojczyzną? Nic. Jak
      to nic? Ano tak. Oto dalszy ciąg profesorskiej relacji:
      (Jednak tego dnia) Dalszy kontakt z prezesem Sowińskim
      okazał się niemożliwy. Nie było go już w Świerku, ani
      w PAA, ani w domu. Wiedziałem, że muszę zawiadomić
      premiera, ale nie było to łatwe. W jaki sposób
      bezpartyjny obywatel mógł dotrzeć do komunistycznego
      premiera? Jedyne „dojście” miałem przez sekretarza
      naukowego PAN, prof. Zdzisława Kaczmarka. Dopiero około
      pół do szóstej po południu udało mi się z nim
      skontaktować. Rozmowa była krótka. Profesor powiedział:
      natychmiast zawiadamiam premiera Messnera.
      Tak zatem rząd został powiadomiony o sprawie w
      poniedziałek około godziny l8, zamiast o (przynajmniej)
      6 godzin wcześniej. Zmniejszyło to praktycznie do zera
      szanse na podjęcie jeszcze tego samego dnia skutecznej
      ogólnopolskiej akcji informacyjno-ostrzegawczej. O
      radioaktywnym niebezpieczeństwie Polacy dowiedzieli się z
      pełnego eufemizmów komunikatu, który - zamiast w
      poniedziałek po południu - został ogłoszony przez radio
      we wtorek około 10 rano i dotarł do wiadomości rodaków
      praktycznie dopiero we wtorek po południu, gdy organizmy
      milionów ludzi (w tym noworodków, małych dzieci i
      ciężarnych kobiet) wchłonęły już bez żadnej ochrony
      dawkę, której można było uniknąć. Bezpowrotnie stracono
      całą dobę!
      Na szczęście okazało się - ale dopiero po kilku
      dniach - że pierwsze oceny zagrożenia były przesadzone.
      Z kolei badania epidemiologiczne dowiodły - ale dopiero
      po kilku latach - że wchłonięta przez statystycznego
      obywatela ilość promieniotwórczych nuklidów szczęśliwie
      nie spowodowała znaczącego wzrostu zachorowań polskiej
      ludności. Jednak tego wszystkiego w trakcie upływających
      dramatycznych godzin NIKT NIE WIEDZIAŁ. Wręcz przeciwnie:
      obawiano się najgorszego. I jednocześnie w ciągu tych
      samych pierwszych kilkunastu godzin - nic się nie
      działo!
      Jak konkluduje sławny raport tzw. Komisji Wierusza,
      powołanej w 1990 roku przez nowego prezesa PAA dla
      zbadania przebiegu wydarzeń bezpośrednio po czarnobylskiej
      katastrofie: W poniedziałek 28 kwietnia 1986 od godzin
      porannych do godziny 19.00 Polska Agencja Atomistyki NIE
      FUNKCJONOWAŁA (podkr. autora)... Wbrew ustawowemu
      obowiązkowi nie zawiadomiono ani MSW, ani MON, ani
      lokalnych organów administracji państwowej... Nie
      zadziałały istniejące mechanizmy ochrony środowiska przed
      nadzwyczajnymi zagrożeniami. Nie zadziałały, bo nie
      przekazano informacji potrzebnych do ich uruchomienia....
      Art. 144 ówczesnego kodeksu karnego głosił: Kto, wbrew
      szczególnemu obowiązkowi, nie przedsiębierze działania
      mającego na celu zapobieżenie niebezpieczeństwu
      powszechnemu dla życia lub zdrowia ludzkiego, podlega
      karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 5 lat. Z
      tego, co wiem, żadnej karnej, ani w ogóle żadnej
      prawnej odpowiedzialności za swą postawę w tamten
      feralny poniedziałek nie poniosło zarówno ówczesne
      kierownictwo Polskiej Agencji Atomistyki (Mieczysław
      Sowiński - PZPR i Andrzej Rodowicz - PZPR), jak i
      szefowie Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej
      (Tadeusz Rzymkowski - PZPR, Stanisław Rabiej - PZPR i
      Wacław Dąbek - bezpartyjny). Konkretni, żywi, niestety
      mali ludzie, którzy po prostu (tchórzostwo? tumiwisizm?
      ignorancja?) nie zrobili tego, co do nich należało.
      Co się zaś tyczy cytowanego profesora Zbigniewa
      Jaworowskiego z CELOR-u, to czemu, wbrew obowiązującym
      go przepisom (zdrowego rozsądku nie wspominając), nie
      zawiadomił on - cytuję ra
      • Gość: Agnieszka Dokończenie IP: *.acn.waw.pl 28.04.03, 09:12
        Co się zaś tyczy cytowanego profesora Zbigniewa Jaworowskiego z CELOR-
        u, to czemu, wbrew obowiązującym go przepisom (zdrowego rozsądku nie
        wspominając), nie zawiadomił on - cytuję raport Wierusza - MSW, ani
        MON, ani lokalnych organów administracji państwowej? Dlaczego nawet
        nie usiłował zadzwonić do czuwających całą dobę (w PRL też!)
        oficerów dyżurnych obu tych resortów, do komend głównych milicji czy
        straży pożarnej, do szefostwa obrony cywilnej, do głównej inspekcji
        sanitarnej, do kogokolwiek? Dlaczego musiał być premier albo nikt?
        Nie wiadomo...
        Gdy zaś profesor beztrosko pyta: W jaki sposób bezpartyjny obywatel
        mógł dotrzeć do komunistycznego premiera? - to chętnie Panu
        podpowiem, Panie Profesorze. Skoro dobrze zdawał Pan sobie sprawę -
        i to jako jedyny człowiek w Polsce! - że krajowi grozi wybuch
        broni jądrowej albo wojna, powinien Pan, jako patriota, bezzwłocznie
        zadzwonić pod numer 28-44-71 lub 28-90-01 (Urząd Rady Ministrów) lub
        28-70-01 albo 29-40-31 (Kancelaria Rady Państwa), lub wreszcie 21-03-
        41 (KC PZPR), i poprosić o połączenie z sekretariatem premiera
        Messnera, przewodniczącego Jaruzelskiego lub I sekretarza Jaruzelskiego.
        Wszystkie te numery znajdowały się w zwykłej książce telefonicznej,
        ja zaś mogę Czytelników zapewnić, iż bez żadnych przeszkód profesor
        zostałby natychmiast z każdym sekretariatem połączony. Istnieli również
        wicepremierzy, wiceprzewodniczący Rady Państwa oraz inni członkowie
        Politbiura, nie licząc szeregowych ministrów czy sekretarzy.
        I gdyby profesor Jaworowski, odłożywszy na bok wszystko inne,
        zaangażowawszy współpracowników, próbował dotrzeć do któregoś z ważnych
        decydentów - zaręczam, że udałoby mu się to (nie wprost, lecz krok
        po kroku) w ciągu paru kwadransów. Jednak takich działań nie podjął.
        Tym samym nieodwracalnie przepadło 6 kluczowych godzin, a w
        konsekwencji - cała doba. O tym wszakże w odnośnych publikacjach
        (także: „Wiedza i Życie” nr 5/96) brak najmniejszej wzmianki.
        Ale załóżmy na koniec, że się mylę, i że - mimo wysiłków - nie
        udało się zawiadomić nikogo z ówczesnych VIP-ów, alarmujące zaś
        informacje przekazane dyżurnym funkcjonariuszom odpowiednich służb do
        niczego nie doprowadziły. Wtedy profesor mógłby z czystym sumieniem
        powiedzieć: próbowałem, starałem się, ale nie wyszło.
        Niestety, było inaczej.
        Prof. dr hab. Zbigniew Jaworowski piastuje dziś stanowisko
        przewodniczącego Rady Naukowej Centralnego Laboratorium Ochrony
        Radiologicznej.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka