Dodaj do ulubionych

Tomasz Man kontra Dario Fo

09.03.05, 18:37
TOMASZ MAN KONTRA DARIO FO
Moi sopoccy przyjaciele zrobili mi niespodziankę. Z dużym trudem zdobyli
bilety na premierę „Związku otwartego” w Teatrze Miejskim w Gdyni. „Związek
otwarty” widziałam już trzy razy. Pierwszy raz w telewizji, a później dwa
razy w warszawskim teatrze Ateneum. Do Ateneum chciałam iść po raz trzeci,
ale niestety nie udało mi się zdobyć biletu. Teraz zostały już tylko
wspomnienia. Po sześciu czy siedmiu latach sztuka zeszła z afisza. Szkoda.
Świetni aktorzy, świetna sztuka i świetne przedstawienie.
Byłam ciekawa gdyńskiej realizacji. Dlatego też bardzo ucieszyłam się z
możliwości jej zobaczenia. Niemal prosto z pociągu, ledwie zdążyłam się
przebrać, pomknęliśmy do teatru.
No cóż...moi przyjaciele byli zawstydzeni, a mnie było głupio. Czułam się
winna, że im ta niespodzianka nie wyszła. Próbowałam się zachwycać, mówiłam,
że było pysznie, ale najwyraźniej brzmiało to mało przekonująco. Cóż, nie
pierwszy raz widziałam, jak kiepski reżyser z dobrej sztuki zrobił kiepski
spektakl. Tutaj zrobił kiepski spektakl z dobrej sztuki, mając przy tym do
dyspozycji dobrych aktorów.
Beatę Buczek-Żarnecką pamiętam z bardzo sugestywnie i prawdziwie zagranej
roli Maszy w niedobrym przedstawieniu „Mewy” na orłowskiej plaży, a Piotra
Michalskiego wprawdzie nie pamiętam, ale słyszałam od znajomych, którym mogę
wierzyć, że jest zdolny. Myślę, że tych dwoje mogłoby świetnie zagrać tę
tragifarsę, ale, niestety – nie zagrali.
Kiepskich przedstawień widuję dużo, znacznie wiącej, niż dobrych, i tak
naprawdę nie warto o nich pisać. Więc nie napisałabym i o tym, gdyby kilka
dni później nie wpadł mi w ręce artykulik niejakiej Katarzyny Fryc,
recenzentki Gazety Wyborczej w Trójmieście.
Zawsze uważałam (i zdania nie zmienię), że jeszcze większą szkodę niż źli
reżyserzy przynoszą teatrowi niekompetentni i nierzetelni krytycy. Pani
Katarzyna Fryc zaczyna swoją ocenę przedstawienia od takiego zdania:
„Z trywialnego tekstu nie da się zrobić porządnego teatru, choćby aktorzy i
reżyser nie wiem jak się starali. Po premierze „Związku otwartego” włoskiego
noblisty Dario Fo nie mam co do tego wątpliwości”.
Nie trzeba przeczytać całej recenzji, wystarczy to pierwsze zdanie, aby
dowiedzieć się, że gdyńska premiera była pierwszym kontaktem Katarzyny Fryc
ze sztuką Dario Fo i Franki Rame. (Przy okazji chciałabym zwrócić jej uwagę,
że imię żony Dario Fo nie odmienia się jak nasza swojska franca). Z tego co
wiem (chyba, że się mylę), do obowiązków recenzenta należy przeczytanie
sztuki przed premierą. W przeciwnym razie brakuje mu dostatecznej wiedzy, a
tym samym kompetencji, aby ocenić pracę reżysera, aktorów, komentować
adaptację, analizować pomysły realizatorskie itd. Bo przecież podstawowym
zadaniem recenzenta jest omawianie i ocenianie przedstawień, a nie sztuk;
teatru, a nie literatury.
Pani Fryc ocenia jednak sztukę, jej literacką wartość, i to tylko na
podstawie przedstawienia, które widziała.
Pani Fryc napisała, że „Związek otwarty” jest lekką komedyjką o
bezpruderyjnym małżeństwie, które stawia na otwartość. Sztuczką, której
banalny sens zawiera się w tym przepisanym z programu cytacie: „Jeśli otwarty
związek dwóch osób ma funkcjonować, może być otwarty tylko z jednej strony.
Po stronie mężczyzny! Bo jak się otworzy z obu stron, to powstaje przeciąg”!
I że nie ma sensu robić z niej przedstawienia.
A ja widziałam (i słyszałam) „Związek otwarty” dwa razy w Ateneum.
Przedstawienie za każdym razem wprawiało mnie w zachwyt, i to nie tylko ze
względu na wspaniałą grę aktorów, ale także – a może przede wszystkim - ze
względu na samą sztukę.
Bo „Związek otwarty”, jeśli się uważnie wsłuchać, nie jest lekką komedyjką o
bezpruderyjnym małżeństwie. Jest gorzką komedią o kryzysie w małżeństwie.
Opowieścią o mniej lub bardziej wysublimowanych próbach ratowania tego, co
się jeszcze da uratować.
Mąż przestaje sypiać z żoną. Zarzuca jej brak spontaniczności, pomysłowości,
brak jakichkolwiek prób ratowania związku. Postawa dość wygodna, zwłaszcza,
że sam nic nie robi w tym celu. Dla uspokojenia sumienia zarzuca żonie
konserwatyzm.
A żona oskarża samą siebie. Że być może powodem kryzysu było jej oddanie,
rezygnacja z własnego życia, przejęcie roli matki? A może jest to kryzys
wieku średniego u męża? Próba zatrzymania czasu, odmłodzenia się. Nowe
partnerki, młode partnerki... to urozmaicenia, pomagające rozproszyć przykrą
refleksję na temat przemijania. Więc skoro on proponuje przyjęcie nowej
formuły związku, związku „otwartego”...
„Związek otwarty” nie jest jednak tematem sztuki. To rozwiązanie ani przez
moment w tym małżeństwie nie funkcjonuje. Gdy żona wreszcie się na nie
otwiera, mąż szczelnie zamyka drzwi ze swojej strony. Ta propozycja jest
przysłowiową kroplą, która przelewa dzban. Pozwala otrząsnąć się żonie z
resztek złudzeń. Pozwala na intelektualną analizę tego co było, i
wyciągnięcie na światło dzienne całej gamy wypartych emocji.
Gdyby gdyńska premiera była moim jedynym kontaktem ze „Związkiem otwartym”,
również uznałabym tę sztukę za powierzchowną i - co tu mówić – trywialną.
Przede wszystkim nie wiadomo, jaki problem ma to małżeństwo na scenie.
Reżyser nie pozwala tego problemu „usłyszeć”. Aktorzy nie rozmawiają ze
sobą. Nie mówią też do publiczności. Słowa są wykrzykiwane, albo skandowane.
Nie ma w nich żadnego ładunku emocjonalnego. Między tymi ludźmi nie jest
budowana żadna relacja. Z jakiegoś powodu są w ciągłym pantomimicznym,
półzwierzęcym, niezrozumiałym ruchu. Widz gorączkowo biega za nimi wzrokiem,
próbując coś „wyłowić”. O co chodzi? Mówią, że nie sypiają ze sobą, ale
wygląda na to, że ci ci ociekający pożądaniem ludzie o niczym innym nie
marzą, jak o tym, by wskoczyć do łóżka. Więc co im do diabła przeszkadza?
Czyżby publiczność?
Komizmu sytuacyjnego nie ma, komizmu intelektualnego nie ma, pointy
wszystkie „spalone”. Nic więcej nie pamiętam.
Jestem pełna podziwu dla fizycznej kondycji aktorów.
Premierowa publiczność śmiała się głównie przy wulgaryzmach językowych. Tylko
te były dobrze słyszalne.
W Ateneum padały te same niecenzuralne słowa, ale one akurat nie wywoływały
salw śmiechu. I nie dlatego, że warszawska publiczność nie
lubi „świntuszenia” , ale dlatego, że te słowa miały emocjonalne uzasadnienie
i... nie brzmiały wulgarnie. Poza tym publiczność śmiała się prawie przez
cały czas.
„Tekst” o którym pani Fryc pisze z taką pogardą, stwarza możliwość budowania
nie tylko śmiesznych sytuacji, ale budzi poważną refleksję, wywołuje
współczucie i wzrusza. Problem na warszawskiej scenie był widoczny ( i
słyszalny ): Mąż stracił erotyczne zainteresowanie żoną. Problem ten dotyka
dwoje inteligentnych ludzi, mocno osadzonych w strukturach społecznych,
zajmujących określoną pozycję... Na scenie powoli, konsekwentnie, z dużą dozą
ironii szkicowana jest relacja między nimi. Coraz gęstsza, coraz pełniejsza,
coraz bardziej zrozumiała. I refleksja. Jak mało między nimi szczerości, jak
mało otwartości I jak ciężko się uwolnić z tej pajęczyny pozorów.
Ale emocje! Zwierzęco rozzłoszczona Antonina , za chwilę jest infantylnie
rozżalona. To znów naiwnie zakochana. Absurdalna i melodramatyczna. A
wszystko jednak z dużym dystansem do siebie i autoironią. Za to on, bez
autoironii żądający zrozumienia dla własnych słabostek, akceptacji pobocznych
związków, nieistotnych przecież, bo „chodzi w nich tylko o seks”. A żonę
przecież szanuje.
Jest cisza, są pauzy, napięcie i śmiech. Co jest prawdą, a co grą? „Założę
burdel”- mówi Antonina i czort tylko wie, czy tego nie zrobi. Które z gróźb
mogą się spełnić, a które są tyl
Obserwuj wątek
    • konstancja.okninska Tomasz Man kontra Dario Fo - dokończenie 09.03.05, 20:23
      Jest cisza, są pauzy, napięcie i śmiech. Co jest prawdą, a co grą? „Założę
      burdel”- mówi Antonina i czort tylko wie, czy tego nie zrobi. Które z gróźb
      mogą się spełnić, a które są tylko werbalnym narzędziem zemsty? Autoironiczne
      monologi i raniąco prześmiewcze dialogi. Uczta teatralna. Tak było w Ateneum.
      W Gdyni pracowano na tym samym „tekście”. Ale w Gdyni ten tekst, zdaniem
      recenzentki, był niedobry. Trywialny. Pani Katarzyna Fryc jest za to pełna
      podziwu dla aktorów, a przede wszystkim dla reżysera, który „z tej trywialnej
      historyjki wycisnął, co się dało”.
      Oczywiście, w gdyńskiej realizacji reżyser wycisnął z tej sztuki wszystko, co
      się dało. Przede wszystkim cały sens. A to, co mu w garści zostało, jest
      rzeczywiście dość trywialne.
      Pani Katarzyna Fryc pisze, że to historia” stara jak świat”, i żeby się o tym
      dowiedzieć, nie trzeba chodzić do teatru. Szanowna Pani! Większa część klasyki
      to historie stare jak świat. Szekspir napisał coś tak trywialnego jak „Romeo i
      Julia”. Infantylne do bólu. Rodzice nie pozwalają być razem, więc dzieci
      popełniają samobójstwo. Czechowowskie „Siostry” marudzą o niespełnionych
      marzeniach i braku miłości. Do Moskwy wybierają się, jak sójki za morze. A
      noblista Mann wymyśla historię o facecie, który na starość uświadomił sobie, że
      lubi chłopców. Serce nie wytrzymało. Umarł. W dodatku w Wenecji.
      Więc może rzecz w nie w tym, czy teatr opowiada historie stare, czy nowe, tylko
      w tym – jak je opowiada. I tu jest chyba pies pogrzebany. Aby literaturę
      opowiedzieć na scenie, trzeba wynaleźć adekwatny język teatru. Wynaleźć. Za
      każdym razem. Dla każdej sztuki należy wynaleźć język, nowy i zrozumiały. To
      nie jest łatwe zadanie. Do tego jest też potrzebny talent i umiejętność.
      Konstancja Oknińska
      konstancja.okninska@gazeta.pl

      P.S. Przy okazji prośba: Kto mógłby mi poradzić, jak zdobyć teksty sztuk
      Tomasza Mana? Czytałam o nim, że jest „wielokrotnie nagradzanym autorem sztuk,
      uznawanym przez krytykę za jednego z najbardziej obiecujących współczesnych
      polskich dramaturgów”, więc chciałabym coś jego przeczytać, a w księgarniach
      nic nie znalazłam.
      • Gość: terra teksty IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.03.05, 22:17
        www.dramat-art.com.pl/
        jest jeden dramat Tomasza Mana "Passiflora" na stronie i info o "Dialogach", w których możesz znaleźć pozostałe dwie sztuki
        • konstancja.okninska Re: teksty 18.03.05, 19:15

          Terra, dziękuję Ci za informację, gdzie można znaleźć coś Tomasza Mana. Tyle
          tylko, że gdy przeczytałam tę „Passiflorę”, to mocno się zdziwiłam, że „jeden z
          najbardziej obiecujących współczesnych polskich dramaturgów” napisał coś
          takiego. Jest to mozolna próba opowiedzenia historyjki. Nie wiadomo o czym ta
          historyjka, nie wiadomo po co opowiadana. Banalna, niekonsekwentnie
          poprowadzona, bez napięcia emocjonalnego. Martwy, sztuczny język. Postacie
          wyzute z emocji, powierzchowne, wymyślone. Problemu żadnego nie ma.

          Ale nie chciałam kształtować swojej opinii o autorze na podstawie jednego
          przeczytanego tekstu. Pomyślałam, że ten mu może nie wyszedł. Dlatego nie był
          ani publikowany, ani wystawiany. Dowiedziałam się, że w Dialogu była
          opublikowana sztuka „Karantanka”, która poza tym została wystawiona w Teatrze
          Polskim w Warszawie. No więc postarałam się o ten numer Dialogu. Przeczytałam
          tę „Karantankę”. Przeczytałam, a możesz mi wierzyć, że nie było łatwo. Takiego
          bełkotu, takiej grafomanii jeszcze nigdy w życiu w rękach nie miałam. Ten tekst
          jest... jest po prostu niczym. Przeczytanie go jest męką, bo ani myśl się nie
          ma o co zahaczyć, ani uczucie, a język świadczy o braku kultury literackiej i
          zwyczajnego słuchu. Podczas czytania skupiona byłam głównie na szukaniu sensu
          w lewitujących w pustce słowach i na próbach szukania związku między tymi
          słowami. Ten tekst to po prostu zlepek wyobrażeń o tym, jak zachowuje się i co
          przeżywa człowiek samotny. Wyobrażeń nie popartych obserwacją.
          Pełna ignorancja.
          Czyta się to tak, jakby się jechało na wrotkach po grudzie. To są grafomańskie
          wypróżnienia jedynaczki, której kochające ciotki przepowiedziały wielką
          poetycką karierę.
          Grafomania była, jest i będzie, różni piszą, nie ma sensu się nad tym
          rozczulać. Sama grafomania nie jest szkodliwa. Ale jeśli autorytety lansują
          grafomanię jako wartościowę literaturę, to to już jest bardzo szkodliwe. I
          nasuwa się pytanie, kto i w jakim celu to robi. Dlaczego na
          przykład „Katarantka”, która nie zasługuje nawet na druk w „Niedzielnym
          dzwonku”, została nobilitowana przez opublikowanie w Dialogu. Ludzie często
          chwalą coś nie przeczytawszy, tylko dlatego, że inni chwalą. Ale że redaktor
          Jacek Sieradzki, człowiek, który naprawdę zna się na rzeczy, wpuścił na łamy
          Dialogu coś takiego, to jest dla mnie niepojęte. Po prostu niepojęte.

          Teraz wypada wrócić do punktu wyjścia, czyli do pytania, dlaczego Tomasz Man
          tak beznadziejnie wyreżyserował świetny tekst. Odpowiedź przyszła z lekturą
          jego „utworów dramatycznych”. Człowiek tak kompletnie głuchy na relacje
          międzyludzkie nie powinien ani pisać dla teatru, ani reżyserować.
      • Gość: Gogo Re: Tomasz Man kontra Dario Fo - dokończenie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.03.05, 14:58
        Aleś się kobieto spisałaś. Na przyszlosc może naucz się zwięźlej wyrażąć myśli
    • stary_komediant Re: Tomasz Man kontra Dario Fo 12.03.05, 23:37
      Czemu się tak denerwujesz? Ta recenzentka jest nierozgarnięta ale reżyser
      Tomasz Man pewnie jej oopowiedział jeszcze przed premierą że sztuka jest do
      dupy a on genialny. Ty sie martwisz o tego Daria Fo ale dla Tomasza Mana do
      dupy jest też m.in. Juliusz Słowacki i Szekspir. Przeczytaj co ten bałwan
      nabredził ten debil o „Balladynie” Słowackiego :

      - „Jak powszechnie wiadomo, podczas czytania „Balladyny” ludzie zasypiają. Ta
      sztuka po prostu nie chwyta dramaturgicznie. Trzeba więc coś z nią zrobić. Na
      przykład odczytać ją inaczej niż poprzez tradycję - mówi reżyser Tomasz Man. -
      "Balladyna" nie jest dobrze napisanym dramatem. On po prostu Słowackiemu nie
      wyszedł. Ale Julek [Słowacki] dramatu uczył się na Szekspirze, stąd to
      wszystko.

      Kumasz? Słowacki jest do dupy bo uczył się od Szekspira który też jest do dupy
      ale na szczęście jest Tomasz Man który coś z tym wszystkimzrobi.

      A zresztą żebyś nie podejrzewała mnie o zmyślanie wcinam tu cały artykuł z
      gazety w Bialymstoku. Ty piszesz ze on jest „wielokrotnie nagradzanym autorem
      sztuk, uznawanym przez krytykę za jednego z najbardziej obiecujących
      współczesnych polskich dramaturgów”? O kurde, przeczytaj co on bredzi do gazety:

      Zwykła baba

      Grabca, Chochlika i Skierki w ogóle nie pokażemy. Balladyna nie jest urodzoną
      morderczynią. Za to Alina jest tak niesympatyczna, że sama aż się prosi, aby
      dać jej w pysk.

      Tak o przygotowywanym w Teatrze Dramatycznym spektaklu "Balladyna" mówią jego
      twórcy. Wczoraj, na cztery dni przed premierą, spotkali się z dziennikarzami na
      konferencji prasowej. Sztukę reżyseruje Tomasz Man, który spektakl zrealizował
      nieco wbrew Słowackiemu, a swoją adaptację nazwał "wkładaniem kija w mrowisko".
      Ma być nowatorsko i zaskakująco.

      - "Balladyna" zawsze była wystawiana w sposób dla mnie niezrozumiały. Jak
      powszechnie wiadomo, podczas czytania "Balladyny" ludzie zasypiają. Ta sztuka
      po prostu nie chwyta dramaturgicznie. Trzeba więc coś z nią zrobić. Na przykład
      odczytać ją inaczej niż poprzez tradycję - mówi reżyser Tomasz Man. -
      "Balladyna" nie jest dobrze napisanym dramatem. On po prostu Słowackiemu nie
      wyszedł. Dlatego staraliśmy się wyciągnąć ze sztuki to, co najlepsze i
      najbardziej konsekwentne, czyli samą historię Balladyny. Zrezygnowaliśmy z
      wątku fantastycznego. Nie ma Chochlika i Skierki, bo z tymi postaciami
      dramaturgia zupełnie się "nie pętli". Goplana też w gruncie rzeczy nie ma nic
      do Balladyny. Ale Julek [Słowacki] dramatu uczył się na Szekspirze, stąd to
      wszystko. Postanowiliśmy więc te elementy wyciąć, aby nie był to dramat "pod
      Szekspira", ale nasz. Spektakl ma dotyczyć nas bezpośrednio.

      Goplana (Monika Zaborska) jednak się w sztuce pojawia, ale inaczej: jako głos
      sumienia. Zaśpiewa pieśni śmierci. Będzie to jedyny element sztuki, oparty
      wyłącznie na frazie Słowackiego. W spektaklu zrezygnowano z wiersza, aby - jak
      mówi reżyser - przez skrótowość myśli osiągnąć napięcie emocjonalne.

      - Staraliśmy się przede wszystkim dociec przyczyn pewnych zachowań. Dowiedzieć
      się, jaka jest relacja między Aliną a Balladyną, Kirkorem a Balladyną itp. I
      odnaleźliśmy tam niezłe brudy. Tylko po prostu trzeba je
      wydobyć - mówi reżyser.

      - Balladyna ma na przykład wszelkie powody ku temu, aby nie lubić Aliny. A
      Alinka potrafi zaleźć za skórę, oj potrafi - dorzuca Justyna Godlewska,
      odtwórczyni roli Aliny.

      Dorota Radomska (Balladyna): - Balladyna nie jest urodzoną morderczynią. To nie
      jest osoba, która rano wstaje i z wyrachowaniem kombinuje, kogo by tu zabić. O
      tyle więc było trudniej uzasadnić te wszystkie śmierci, które spotyka na swej
      drodze. Staraliśmy się wybronić Balladynę, zrobić z niej zwyczajną babę, której
      życie stawia na drodze niespodzianki. Wbrew pozorom ta kobieta nie prowokuje
      śmierci. Raczej szuka szczęścia. Ale niestety brnie w kłamstwo.

      Scenografia Magdaleny Gajewskiej ma być skrótowa, ascetyczna i surowa.

      - Będzie las i zamek, ale pokażemy je w sposób niedosłowny. Nie chciałam
      dookreślać czasu i miejsca, bo to już jakiś komentarz rzeczywistości. A
      przecież ta sztuka jest generalnie zasadzona na relacjach międzyludzkich, na
      emocjach i uczuciach, które dotyczą ludzi w każdym czasie - tłumaczyła wczoraj
      Gajewska. Nie zabraknie niespodzianek muzycznych. Łukasz Damm muzykę do
      spektaklu komponował czerpiąc z melodii średniowiecznych, symfonii Góreckiego
      i... hardcore'a.

      Reżyser Tomasz Man: - W spektaklu pokazujemy rzeczywistość pełną komplikacji.
      Widz przychodzi do nas jako sędzia i sam decyduje, który świat wybiera. Ale
      jedno na pewno chcemy powiedzieć: "nie zabijaj", "nie kradnij", "nie kłam".

      - Kieślowski dwa - żartobliwie skomentował Andrzej Karolak, dyrektor
      Dramatycznego.
      Monika Żmijewska
      Gazeta w Białymstoku
      10.05.2000
      • Gość: NEOspasmin MANia wielkosci IP: *.tpnet.pl / *.tpnet.pl 13.03.05, 07:39
        Co mial napisac?
        "Moja insecnizacja jest 14378 w historii polskiego teatru.Polskiego, bo
        zagranicznych inscenizacji tego genialnego dramatu nikt juz nie policzy.Wszyscy
        na swiecie chca wystawiac Balladyne.W swojej interpretacji staralem sie z calym
        pietyzmem,do ostatniej "joty ogoniastej" oddac sens i forme dramatu."

        Czy taka wypowiedz przyciagnelaby widzow?Czy spelnilaby swa reklamowa funkcje?
        Sprobuj,prosze znalezc jej sens,zanim zaczniesz zwalczac forme.

        Wydaje mi sie ze T.Man w wywiadzie wiedzial po co i do kogo mowi.I pewnie
        liczyl sie z tym ze bedzie grupa osob ktora nijak nie zrozumie tego co i jak
        mowi.Nie wiem czy myslal personalnie o tobie, Stary Komediancie, ale trafil bez
        poodla.
        A sama inscenizacje widziales czy znow dysputa o tym co sie mowi nie co
        wystawione?
        m.
        • stary_komediant Re: MANia wielkosci 13.03.05, 15:19
          Droga Konstancjo jak sie rozmawia w miejscu publlicznym zawsze jest ryzyko że
          się jakiś dureń wmiesza do rozmowy. Wczoraj zapomnialem spytac, co koleś Gogo
          mial na mysli, jak pisal do Ciebie, zebyś nauczyla sie zwiezlej wyrazac mysli?
          Dam Ci dobrą rade, zapytaj go: O Ile Zwiezlej? I czy wstystko ma byc duzymi
          literami.

          Pogrzebałem jeszcze w internecie i znalazłem jeszcze jednego co to wie, jak
          trzeba pisac sztuki i poprawia szekspira. Tez w bialymstoku zreszta. Nazywa sie
          Jerzy Zelnik ten kolega. Studentom z Bialegostoku, co go przepytywali na
          okoliczność realizacji Makbeta powiedział:

          „Po przeczytaniu sztuki - moim zdaniem - niezbyt udanej, stwierdziłem, że
          jestem w stanie coś z niej wycisnąć. Zgodziłem się na realizację spektaklu, ale
          według własnego pomysłu. Wziąłem więc tę sztukę w rękę i ścisnąłem. Nalałem sok
          do szklanki i chcę go pić - z widzami.”

          Jak Boga kocham nic nie zmyslam. Wlasnie znalazlem w internecie. Wiec widzisz,
          że nie tylko Tomasz Man wyciska sztuki. A widzowie musza to potem pić.

          Acha widze ze się jeszcze jakas farmacja odezwala, jakis NEOspasmin. Sluchaj
          koleś, Twoją tonką aluzju poniał. Oczywiście masz racje, Balladyna jest dla
          wspolczesnego widza za nudna i za glupia. I Twój koleś Man zamist tracić czas i
          ją ulepszaś to powinien był sam napisać nowa Balladynę, zwlaszcza ze
          jest „uznawanym przez krytykę za jednego z najbardziej obiecujących
          współczesnych polskich dramaturgów”? Szkoda tylko ze go ceni krytyka ale
          rezyserzy nie cenią i jego sztuk nie wystawiają. Reżyserzy nie znają sie na
          dramacie i zamiast Mana wybierają jakiegoś Walczaka Michala. Ja spektaklu nie
          widzialem, a Ty widzialeś? A wiesz kolego Neospazmin co napisała recenzentka
          gazety o Balladynie Mana? Napisala „Spektakl - nijaki. Bez niespodzianki i
          zapowiadanych rewolucji.” Wiesz Neospazmin co? Na przyszość przysiadaj sie do
          innego stolika.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka