konstancja.okninska
09.03.05, 18:37
TOMASZ MAN KONTRA DARIO FO
Moi sopoccy przyjaciele zrobili mi niespodziankę. Z dużym trudem zdobyli
bilety na premierę „Związku otwartego” w Teatrze Miejskim w Gdyni. „Związek
otwarty” widziałam już trzy razy. Pierwszy raz w telewizji, a później dwa
razy w warszawskim teatrze Ateneum. Do Ateneum chciałam iść po raz trzeci,
ale niestety nie udało mi się zdobyć biletu. Teraz zostały już tylko
wspomnienia. Po sześciu czy siedmiu latach sztuka zeszła z afisza. Szkoda.
Świetni aktorzy, świetna sztuka i świetne przedstawienie.
Byłam ciekawa gdyńskiej realizacji. Dlatego też bardzo ucieszyłam się z
możliwości jej zobaczenia. Niemal prosto z pociągu, ledwie zdążyłam się
przebrać, pomknęliśmy do teatru.
No cóż...moi przyjaciele byli zawstydzeni, a mnie było głupio. Czułam się
winna, że im ta niespodzianka nie wyszła. Próbowałam się zachwycać, mówiłam,
że było pysznie, ale najwyraźniej brzmiało to mało przekonująco. Cóż, nie
pierwszy raz widziałam, jak kiepski reżyser z dobrej sztuki zrobił kiepski
spektakl. Tutaj zrobił kiepski spektakl z dobrej sztuki, mając przy tym do
dyspozycji dobrych aktorów.
Beatę Buczek-Żarnecką pamiętam z bardzo sugestywnie i prawdziwie zagranej
roli Maszy w niedobrym przedstawieniu „Mewy” na orłowskiej plaży, a Piotra
Michalskiego wprawdzie nie pamiętam, ale słyszałam od znajomych, którym mogę
wierzyć, że jest zdolny. Myślę, że tych dwoje mogłoby świetnie zagrać tę
tragifarsę, ale, niestety – nie zagrali.
Kiepskich przedstawień widuję dużo, znacznie wiącej, niż dobrych, i tak
naprawdę nie warto o nich pisać. Więc nie napisałabym i o tym, gdyby kilka
dni później nie wpadł mi w ręce artykulik niejakiej Katarzyny Fryc,
recenzentki Gazety Wyborczej w Trójmieście.
Zawsze uważałam (i zdania nie zmienię), że jeszcze większą szkodę niż źli
reżyserzy przynoszą teatrowi niekompetentni i nierzetelni krytycy. Pani
Katarzyna Fryc zaczyna swoją ocenę przedstawienia od takiego zdania:
„Z trywialnego tekstu nie da się zrobić porządnego teatru, choćby aktorzy i
reżyser nie wiem jak się starali. Po premierze „Związku otwartego” włoskiego
noblisty Dario Fo nie mam co do tego wątpliwości”.
Nie trzeba przeczytać całej recenzji, wystarczy to pierwsze zdanie, aby
dowiedzieć się, że gdyńska premiera była pierwszym kontaktem Katarzyny Fryc
ze sztuką Dario Fo i Franki Rame. (Przy okazji chciałabym zwrócić jej uwagę,
że imię żony Dario Fo nie odmienia się jak nasza swojska franca). Z tego co
wiem (chyba, że się mylę), do obowiązków recenzenta należy przeczytanie
sztuki przed premierą. W przeciwnym razie brakuje mu dostatecznej wiedzy, a
tym samym kompetencji, aby ocenić pracę reżysera, aktorów, komentować
adaptację, analizować pomysły realizatorskie itd. Bo przecież podstawowym
zadaniem recenzenta jest omawianie i ocenianie przedstawień, a nie sztuk;
teatru, a nie literatury.
Pani Fryc ocenia jednak sztukę, jej literacką wartość, i to tylko na
podstawie przedstawienia, które widziała.
Pani Fryc napisała, że „Związek otwarty” jest lekką komedyjką o
bezpruderyjnym małżeństwie, które stawia na otwartość. Sztuczką, której
banalny sens zawiera się w tym przepisanym z programu cytacie: „Jeśli otwarty
związek dwóch osób ma funkcjonować, może być otwarty tylko z jednej strony.
Po stronie mężczyzny! Bo jak się otworzy z obu stron, to powstaje przeciąg”!
I że nie ma sensu robić z niej przedstawienia.
A ja widziałam (i słyszałam) „Związek otwarty” dwa razy w Ateneum.
Przedstawienie za każdym razem wprawiało mnie w zachwyt, i to nie tylko ze
względu na wspaniałą grę aktorów, ale także – a może przede wszystkim - ze
względu na samą sztukę.
Bo „Związek otwarty”, jeśli się uważnie wsłuchać, nie jest lekką komedyjką o
bezpruderyjnym małżeństwie. Jest gorzką komedią o kryzysie w małżeństwie.
Opowieścią o mniej lub bardziej wysublimowanych próbach ratowania tego, co
się jeszcze da uratować.
Mąż przestaje sypiać z żoną. Zarzuca jej brak spontaniczności, pomysłowości,
brak jakichkolwiek prób ratowania związku. Postawa dość wygodna, zwłaszcza,
że sam nic nie robi w tym celu. Dla uspokojenia sumienia zarzuca żonie
konserwatyzm.
A żona oskarża samą siebie. Że być może powodem kryzysu było jej oddanie,
rezygnacja z własnego życia, przejęcie roli matki? A może jest to kryzys
wieku średniego u męża? Próba zatrzymania czasu, odmłodzenia się. Nowe
partnerki, młode partnerki... to urozmaicenia, pomagające rozproszyć przykrą
refleksję na temat przemijania. Więc skoro on proponuje przyjęcie nowej
formuły związku, związku „otwartego”...
„Związek otwarty” nie jest jednak tematem sztuki. To rozwiązanie ani przez
moment w tym małżeństwie nie funkcjonuje. Gdy żona wreszcie się na nie
otwiera, mąż szczelnie zamyka drzwi ze swojej strony. Ta propozycja jest
przysłowiową kroplą, która przelewa dzban. Pozwala otrząsnąć się żonie z
resztek złudzeń. Pozwala na intelektualną analizę tego co było, i
wyciągnięcie na światło dzienne całej gamy wypartych emocji.
Gdyby gdyńska premiera była moim jedynym kontaktem ze „Związkiem otwartym”,
również uznałabym tę sztukę za powierzchowną i - co tu mówić – trywialną.
Przede wszystkim nie wiadomo, jaki problem ma to małżeństwo na scenie.
Reżyser nie pozwala tego problemu „usłyszeć”. Aktorzy nie rozmawiają ze
sobą. Nie mówią też do publiczności. Słowa są wykrzykiwane, albo skandowane.
Nie ma w nich żadnego ładunku emocjonalnego. Między tymi ludźmi nie jest
budowana żadna relacja. Z jakiegoś powodu są w ciągłym pantomimicznym,
półzwierzęcym, niezrozumiałym ruchu. Widz gorączkowo biega za nimi wzrokiem,
próbując coś „wyłowić”. O co chodzi? Mówią, że nie sypiają ze sobą, ale
wygląda na to, że ci ci ociekający pożądaniem ludzie o niczym innym nie
marzą, jak o tym, by wskoczyć do łóżka. Więc co im do diabła przeszkadza?
Czyżby publiczność?
Komizmu sytuacyjnego nie ma, komizmu intelektualnego nie ma, pointy
wszystkie „spalone”. Nic więcej nie pamiętam.
Jestem pełna podziwu dla fizycznej kondycji aktorów.
Premierowa publiczność śmiała się głównie przy wulgaryzmach językowych. Tylko
te były dobrze słyszalne.
W Ateneum padały te same niecenzuralne słowa, ale one akurat nie wywoływały
salw śmiechu. I nie dlatego, że warszawska publiczność nie
lubi „świntuszenia” , ale dlatego, że te słowa miały emocjonalne uzasadnienie
i... nie brzmiały wulgarnie. Poza tym publiczność śmiała się prawie przez
cały czas.
„Tekst” o którym pani Fryc pisze z taką pogardą, stwarza możliwość budowania
nie tylko śmiesznych sytuacji, ale budzi poważną refleksję, wywołuje
współczucie i wzrusza. Problem na warszawskiej scenie był widoczny ( i
słyszalny ): Mąż stracił erotyczne zainteresowanie żoną. Problem ten dotyka
dwoje inteligentnych ludzi, mocno osadzonych w strukturach społecznych,
zajmujących określoną pozycję... Na scenie powoli, konsekwentnie, z dużą dozą
ironii szkicowana jest relacja między nimi. Coraz gęstsza, coraz pełniejsza,
coraz bardziej zrozumiała. I refleksja. Jak mało między nimi szczerości, jak
mało otwartości I jak ciężko się uwolnić z tej pajęczyny pozorów.
Ale emocje! Zwierzęco rozzłoszczona Antonina , za chwilę jest infantylnie
rozżalona. To znów naiwnie zakochana. Absurdalna i melodramatyczna. A
wszystko jednak z dużym dystansem do siebie i autoironią. Za to on, bez
autoironii żądający zrozumienia dla własnych słabostek, akceptacji pobocznych
związków, nieistotnych przecież, bo „chodzi w nich tylko o seks”. A żonę
przecież szanuje.
Jest cisza, są pauzy, napięcie i śmiech. Co jest prawdą, a co grą? „Założę
burdel”- mówi Antonina i czort tylko wie, czy tego nie zrobi. Które z gróźb
mogą się spełnić, a które są tyl