mejson.e
07.04.10, 00:04
Jechałem sobie jak zawsze - spokojnie i (prawie) przepisowo.
Przed pewnym zabudowanym dopędziły mnie dwa samochody.
Gdy zacząłem przyspieszać pod koniec zabudowanego, pierwszy samochód mnie
wyprzedził, drugi nie bardzo mógł, bo zaczęła się górka z kiepską widocznością
a ja trzymałem prędkość koło setki.
Dwa ostre wiraże i po drugim dogoniłem mazdę, która mnie wyprzedziła dwa
kilometry wcześniej.
Kolejny zabudowany, więc zredukowałem, puściłem gaz i mazda oddaliła się dość
szybko.
Wtedy też wyprzedził mnie drugi samochód - ciemna vectra z samotnym kierowcą -
i także szybko zniknął mi z oczu.
Kolejne dwa kilometry dalej skończył się zabudowany i zobaczyłem na poboczu
parkujące oba samochody - mazdę i vectrę.
Otworzyły się tylne drzwi vectry i wysiadł policjant zakładając jedną ręką
białą czapkę a drugą machając do mnie lizakiem.
I tak oto wyjaśniła się zagadka samotnego kierowcy - drugi policjant siedział
z tyłu niewidoczny za ciemną szybą.
Dostałem mandat za wjechanie w obszar zabudowany dziewięćdziesiątką.
Nie pomogły tłumaczenia, że zacząłem zwalniać przy tablicy jeszcze kilkaset
metrów od pierwszych zabudowań.
Dostałem pewnie taki sam mandat, jak kierujący mazdą, który przedefilował
dziewięćdziesiątką przez całą wioskę.
Formalnie nie powinienem mieć do nikogo poza mną pretensji - przecież
przekroczyłem dozwoloną prędkość w obszarze zabudowanym.
A że zrobiłem to tylko na początku, to nie powinno mieć żadnego znaczenia.
No właśnie - nie powinno?
Bo starałem się jechać bezpiecznie a nie ślepo reagować na znaki - tak jak
wcześniej zlekceważyłem 40-ke przy szkole (Wielka Sobota) i pojechałem 50-ką
albo 40-ki pozostawione po wycince drzew mimo zakończenia prac.
A dostałem po łapkach jak niesforny dzieciak.
No i teraz dzięki dzielnym policjantom to już pewnie naprawdę było bezpieczniej...