Gość: Pepe
IP: *.waw-mec.dialup-ppp.ids.pl
29.10.02, 21:57
Równy dostęp, czyli nasze prawo www.rownydostep.pl/
Polska stoi przed prawdziwie historycznym wyborem: wstąpić czy nie wstępować do Unii Europejskiej.
Według sondaży, gdyby referendum w tej sprawie odbywało się dziś, dwa razy więcej obywateli
opowiedziałoby się "za" niż "przeciw". Nie jest to jednak rezultat rzeczowego namysłu i analiz, lecz raczej
skutek tak zwanej poprawności politycznej, ponieważ te same sondaże ujawniają zarazem ogromną
niewiedzę i dezorientację społeczeństwa na temat rozmaitych następstw takiego akcesu.
Jak wykazała niedawna dyskusja sejmowa, przynajmniej trzy fundamentalne kwestie związane z naszą
ewentualną przynależnością do Unii Europejskiej wywołują wśród zwykłych ludzi zasadnicze wątpliwości i
kontrowersje. Pierwsza, to stopień i zakres ograniczenia państwowej suwerenności Polski na rzecz
władztwa Unii. Druga, to brak traktatowych procedur i gwarancji dających możliwość wystąpienia
Polski z Unii. Trzecia wreszcie, to niejasny kształt przyszłej unijnej konstytucji (prawo, struktury),
która ma również ostatecznie uregulować relacje między Unią a jej państwami-członkami.
W tym stanie rzeczy ogromny niepokój musi budzić dotychczasowy sposób prezentowania przez czołowe
media problematyki członkostwa Polski w Unii. Mówiąc w skrócie: zaproponowano już nawet konkretny
termin przyszłorocznego referendum, w publicznym radiu i telewizji trwa od miesięcy prounijna kampania
reklamowa, a jednocześnie wciąż brak tam wszechstronnej debaty informacyjno-opiniotwórczej, w
której na równych prawach mogliby swe argumenty przedstawić zarówno euroentuzjaści, jak i
eurosceptycy.
Jest to zjawisko zupełnie niezrozumiałe, a racjonalne próby jego wytłumaczenia prowadzą do przykrych
konkluzji. Dość powiedzieć, że przed siedmioma laty referenda akcesyjne Austrii, Finlandii, Norwegii i
Szwecji poprzedzone były w tych krajach kilkunastomiesięczną debatą w mediach publicznych z
całkowicie równym dostępem zwolenników obu opcji, i nikomu do głowy tam nie przyszło, by mogło
być inaczej. Dość przypomnieć dziennikarzom, że elementarna zasada tego zawodu i w ogóle każdej
uczciwej wymiany myśli brzmi: audiatur et altera pars. Dość przytoczyć pierwszy artykuł Konstytucji:
Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.
Dość to zrobić, by pojąć, że, graniczące z cenzurą, uparte niedopuszczanie do głosu eurosceptyków, przy
jednoczesnym uprawianiu wobec milionów telewidzów i radiosłuchaczy jednostronnej proeuropejskiej
propagandy, jest nie tylko sprzeczne z naszą ustawą zasadniczą, lecz również ze starą, podstawową
moralną normą każdej demokracji: prawem wolnych obywateli do decydowania o losie własnym oraz
o losie swojego państwa.
Być może wstąpienie do Unii Europejskiej będzie dla Polski korzystne. Być może - w dobie unifikacji i
globalizacji - warto w tym celu zrezygnować, częściowo i krok po kroku, z takiej narodowej niepodległości,
za którą nasi ojcowie i dziadowie przelewali krew. Być może taka jest konieczność dziejowa. Być może w
zamian Polska zyska gwarancje harmonijnego rozwoju oraz gospodarczy dobrobyt, społeczny spokój i
polityczne bezpieczeństwo. Być może.
Ale o słuszności rozwiązania - takiego czy innego - powinniśmy być wewnętrznie przekonani. W
referendum będziemy o tym decydować podług własnego sumienia i rozumu. By taką decyzję podjąć,
musimy mieć pełny dostęp do wysoce zróżnicowanych informacji, ocen i argumentów. A skoro od
czasów starożytnych nie dorobiliśmy się lepszych gwarancji obiektywizmu, niż wysłuchanie w
sporze swobodnych wypowiedzi obu stron - tego żądajmy.
Stanisław Remuszko
Warszawa, 30 września 2002
Dopisek Pepe: zwolennicy UE stają na głowie, żeby tylko oni mieli dostęp do TVP. Obowiązkiem każdego
prawdziwego demokraty jest im to uniemożliwić. Pamiętajmy: w jedynym kraju, gdzie rząd dał tyle samo pieniędzy
zwolennikom Norwegii (to ten kraj) i UE, UE przegrała prawie 1:2.