Gość: robi
IP: *.dialup.warszawa.pl
15.03.03, 23:56
Coraz bardziej skłaniam się do opinii, że to państwo zbankrutuje, niezależnie
czy do UE wejdziemy czy nie. Jeżeli wejdziemy, nastąpi to szybciej. Jeżeli
nie wejdziemy, to aby uniknąć bankructwa, musiałby nastąpić cud i powstać
rząd zdolny do przeprowadzenia głębokich reform, o których wielokrotnie
pisaliśmy na forum. Co mnie skłania do takiej przepowiedni?
Dług publiczny rośnie w szaleńczym tempie (w 2002 r. wyniósł 328 mld zł i
zanotował rekordowy przyrost o 44 mld zł, czyli o ca 15,4%!).
Co można zrobić w takiej sytuacji?
1/ zwiększyć dochody,
2/ zmniejszyć wydatki
3/ zadłużać się dalej.
lub zastosować kompilację w/w sposobów zbilansowania budżetu.
Ale oto nieuchronnie zbliżamy się do momentu, gdzie rząd nie będzie mógł
zastosować żadnej z tych możliwości:
Ad 1/
Zwiększyć dochody - można w odpowiedniej skali tylko wówczas, kiedy następuje
wzrost gospodarczy lub poprzez podwyższenie/wprowadzanie nowych podatków.
Wbrew temu, co twierdzi Kołodko nie obserwuję żadnego ożywienia
gospodarczego. Jego założenia wzrostu to sufitologia stosowana. Najlepiej to
widać na przykładzie branży budowlanej. Zupełna katastrofa. Budownictwo nie
bez kozery zwane jest motorem gospodarki – pierwsze odczuwa skutki recesji i
pierwsze wykazuje oznaki ożywienia. Tymczasem branża budowlana ciągle obsuwa
się na dno. Świetnie to widać nawet na przykładzie spółek giełdowych
(Mosostal-Export, Mostostal-Zabrze i in.).
Do tragicznej roli przedsiębiorstw budowlanych przyczyniają się również
banki, odcinając je od kredytów. W ten sposób firmy, które nawet mają
zlecenia nie są w stanie ich zrealizować z powodu braku kapitału obrotowego
(working capital). Banki w tej chwili pożyczają pieniądze tylko najlepszym
firmom i trudno im się dziwić, po wynikach finansowych zeszłego roku.
Brak dostępu, już nie mówię, że do taniego, ale do jakiegokolwiek kredytu,
powoduje że w gospodarce zaczyna brakować pieniądza. Firmy zadłużają się
wobec siebie i tak powstaje łańcuszek zadłużenia, który działa jak kostki
domina. Upadek jednej firmy powoduje problemy partnerów (przykład Pia-
Piaseckiego).
Podałem przykład branży budowlanej, ale w mniejszej skali problem dotyczy też
innych branż. Przedsiębiorstwa rekompensując sobie straty tną koszty.
Najłatwiej jest zwolnić ludzi.
Kurczy się więc baza podatkowa, bo nie ma wzrostu. Manewru do zwiększania
podatków też wielkiego nie ma, ponieważ już obecnie stawki podatkowe powodują
zjawisko zżerania podstawy opodatkowania (zjawisko opisane krzywą Laffera).
Ad 2 /
Zmniejszyć wydatki – pomysł jak najbardziej racjonalny, tylko jak go
zrealizować? Albo inaczej – jak go ma zrealizować lewicowy rząd? Uderzy w
swój własny elektorat? Nawet jeżeli sytuacja go do tego zmusi, to
mniejszościowy rząd nie jest w stanie przepchnąć w Sejmie kompleksowej
reformy finansów państwa, a co najwyżej jakieś jej elementy, o wątpliwym
znaczeniu.
Ad3/
Zadłużać się dalej – tak jest obecnie najłatwiej, co nie znaczy, że łatwo
będzie w przyszłości. Stopy procentowe spadły w Polsce do takiego poziomu, że
obligacje i bony skarbowe zaczynają być coraz mniej atrakcyjne dla
inwestorów. Pierwszym ostrzeżeniem była spektakularna porażka 20-latków. Po
kolei przyjdzie rządowi smakować gorzkiego smaku porażki z papierami o
krótszych tenorach. Do tego dochodzi duże ryzyko polityczne, które inwestorzy
wliczają w cenę. A więc stopy procentowe będą spadać, ale oprocentowanie
papierów skarbowych nie. Jakby tego było mało rząd zafundował sobie
konkurencję na własne życzenie. Wprowadzając podatek od oszczędności, nie
przewidział reakcji banków, które zaczęły emitować własne obligacje, jako
formę ściągnięcia z rynku oszczędności prywatnych. Część z nich była lokowana
w bony skarbowe.
Znowu dla podmiotów instytucjonalnych najlepszy zarobek stanowią papiery
dłużne, które stają się coraz powszechniejszą formą finansowania się
przedsiębiorstw, (bo tańszą niż kredyt, jeżeli emisja jest robiona w
odpowiedniej skali np. 100 mln zł). Papiery te z reguły są rentowniejsze niż
papiery skarbowe, a rating emitentów jest często wyższy niż państwa
polskiego. Tylko słuchać jak Kołodko obwieści spisek banków.
I jeszcze o ryzyku kursowym. Rozpadu koalicji nie przewidywał w zasadzie
żaden ze znanych ekonomistów bankowych. Większość dużych zagranicznych
funduszy, które inwestują w polskie papiery, zabezpiecza swoje pozycje
walutowe derywatywami (głównie opcjami). Ponieważ banki nie przewidziały
rozpadu koalicji i związanego z tym faktem osłabienia złotówki, źle wyceniły
opcje i w rezultacie poniosły straty (bo oczywiście klienci z nich
skorzystali). Jak tak dalej pójdzie, to albo banki w Polsce zaprzestaną
zabezpieczać ryzyko kursowe albo ceny derywatywów wzrosną, co spowoduje znowu
wzrost ceny, po jakiej zagranicznie inwestorzy będą gotowi pożyczać
polskiemu rządowi. W rezultacie rząd zacznie mieć problemy z obsługą długu
publicznego.
A wydatki będą rosły. Dochodzą wysokie spłaty zadłużenia zagranicznego.
Dochodzi składka do budżetu UE i udział własny w finansowanie zadań
inwestycyjnych.
Aha, i jeszcze ZUS. To osobny problem. ZUS jest zadłużony. Jeżeli banki
odmówią mu dalszego finansowania (ze względu na ogólną sytuację kraju -
groźba realna) to... lepiej nie myśleć za dużo.
Oto recepta na bankructwo.