Gość: RdM
IP: *.dial.proxad.net
10.05.03, 11:43
odpukac - to ponury zart.
w oryginale: Pane Havranek, bedzie u nas komunizmus?
Odpowiedz - jak wyzej.
http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030510/publicystyka/publicystyka_a
_1.html
Szansa, ale niepewna
W wejściu do Unii Europejskiej widzę szansę dla Polski i Polaków na
historyczny awans cywilizacyjny, gospodarczy i kulturowy. Ale to tylko
szansa - stan dany wszystkim. Obawiam się jednak, że możemy tę szansę stracić.
Jednym z najpoważniejszych zagrożeń skorzystania na przystąpieniu do Unii
Europejskiej jest stan zadłużenia państwa. Dzisiaj wynosi ono 385 mld zł, a
na każdego z nas przypada ok. 9400 zł. Dług sam w sobie nie jest niczym złym:
to źródło dodatkowych pieniędzy na wzrost i rozwój. Trzeba jedynie wiedzieć,
kiedy i z czego zostanie spłacony. Tymczasem zadłużenie kraju jest
niebezpiecznie blisko konstytucyjnego progu - 60 proc. PKB - którego nie może
przekroczyć. Ministerstwo Finansów przewiduje, że w roku 2006 będzie ono
wynosiło 59,9 proc. PKB. Różnica mieści się zatem w granicach błędu
statystycznego.
A do spłacenia "żywą gotówką" mamy dług wobec Klubu Paryskiego - do roku 2010
razem 87 mld zł. Najgorsze są lata 2005 - 2007, gdy płatności wyniosą
odpowiednio 12,4 mld, 14 mld i 15,2 mld zł. W tym samym czasie musimy zgodnie
z traktatem podpisanym z UE ponieść nakłady na ochronę środowiska, wynoszące
ponad 12 mld rocznie (a w szczytowym roku 2006 - 14 mld). Do tego dochodzi
składka członkowska i inne wydatki, takie jak współfinansowanie funduszy
strukturalnych czy przygotowanie projektów, opłacane bezpośrednio z budżetu:
14,8 mld zł w 2005 i 17,5 mld w roku 2006. Razem są to wydatki gigantyczne,
bo 40 mld zł w 2005, 45 mld zł w 2006 i 50 mld w 2007 roku.
Szpitale, ZUS, reprywatyzacja
Czarnego obrazu dopełnia zadłużenie szpitali - około 8,5 mld zł. Wprawdzie
nie jest to dług bezpośrednio obciążający budżet państwa, istnieje też pomysł
emisji obligacji gwarantowanych przez skarb państwa celem oddłużenia
szpitali, ale w ostatecznym rozrachunku i tak sprowadzi się to do obciążenia
spłatą przyszłych pokoleń. Bo czy zadłużone szpitale, mając wielkiego
gwaranta, jakim jest państwo, będą spłacać swoje długi? Podobna sytuacja jest
z długiem państwa w stosunku do ZUS; dziś to już 9,5 mld zł. Pieniądze na
jego spłatę miały pochodzić z prywatyzacji. Zostały zapisane w budżecie
państwa jako jego przychód, który, jak planowano, miał być przeznaczony na
wpłatę do ZUS. Pieniędzy z prywatyzacji jednak nie ma - jak więc i z czego
spłacimy ten dług? Emisja obligacji gwarantowanych przez państwo oznaczałaby
kolejne zadłużenie przyszłych pokoleń i obowiązek budżetu. Dług publiczny
liczy bowiem się wraz z obciążającymi budżet gwarancjami i poręczeniami.
Do UE przystępujemy, nie rozwiązawszy problemu reprywatyzacji (koszt 40 mld
zł) i mając w perspektywie spłatę około 20 mld zł za samolot wielozadaniowy.
A gdzie środki na dopłaty dla rolników, które będziemy finansować z krajowego
budżetu?
Unia to twardy partner, dotrzymuje słowa i temu da więcej, kto sam więcej
wyłoży. A my dzisiaj nie mamy pieniędzy, które można by wyłożyć. Moglibyśmy
zaciągnąć dług i spłacać go w późniejszych, lepszych latach - ale też nie
możemy. Już w latach 2004 - 2005 dług publiczny sięgnie niemal
konstytucyjnego pułapu 60 proc. PKB. Tę ostatnią szansę, jaką jest
zaciągnięcie długu na pokrycie pierwszych wpłat do Unii Europejskiej,
zaprzepaścił obecny rząd w roku 2002, zwiększając dług publiczny o ponad 50
mld zł. Pieniądze poszły na bieżącą konsumpcję i w dużej
mierze "skonsumowały" szansę, jaką stanowi Unia Europejska.
Co trzeba zrobić
Budżet na rok 2004 można jeszcze przygotować, wykorzystując wszelkie rezerwy.
Następne lata to dramat dla budżetu, stracone szanse i pieniądze z Unii
Europejskiej. Żeby tego uniknąć, potrzeba nie liftingu, nie reformy, ale
rewolucji w finansach publicznych. I trzeba ją przeprowadzić już dziś, a nie
w roku 2004 czy później. Niezbędne jest przy tym jednoczesne posłużenie się
wieloma instrumentami. Trzeba zatem:
- Rozpocząć negocjacje w sprawie rozłożenia spłaty długu Klubu Paryskiego na
dłuższy okres. Już nawet nie marzę o zmniejszeniu tego długu, tylko
o "spłaszczeniu" wypłat i przesunięciu ich na lata po roku 2005. Niekorzystne
dla Polski rozłożenie w czasie terminów spłaty długu Klubu Paryskiego
powoduje, że gospodarka jako całość, jako organizm ekonomiczny będzie
płatnikiem netto do Unii Europejskiej.
- Negocjować terminy uruchomienia nakładów na ochronę środowiska. 160 mld zł,
jakie do 2015 roku Polska ma na ten cel wyłożyć, musi być przesunięte na lata
2010 - 2015, kiedy będą odczuwalne skutki realizacji pierwszych programów
strukturalnych, choćby w infrastrukturze. Również w tym przypadku nie myślę o
zmniejszeniu tych kwot, ale o ich innym, korzystniejszym dla Polski
rozkładzie na poszczególne lata.
- Zmniejszyć obciążenia podatkowe dla firm do 20 proc.
- Zwiększyć podstawę podatkową amortyzacji. W dobie najnowocześniejszej
techniki i technologii amortyzowanie maszyn i urządzeń przez 7 lat ma tylko
wymiar fiskalny.
- Zwiększyć liczbę wydatków, jakie można do celów podatkowych zaliczać do
kosztów uzyskania przychodów.
- Zmniejszyć pomoc publiczną dla nierentownych państwowych firm. Nie może być
tak, że z pieniędzy podatników utrzymywane są upadające kopalnie, huty i
Polmosy. Tylko w roku 2001 dołożyliśmy do nich 10,8 mld zł.
- Przywrócić normalną funkcję KRUS. Ma to być ubezpieczenie dla produkujących
rolników, a nie dla wszystkich posiadających ziemię rolną. Dlaczego w KRUS
ubezpieczeni są taksówkarze, lekarze, adwokaci i inne wolne zawod? Odpowiedź
jest prosta - bo system prawny na to pozwala. Po co KRUS
pięćdziesięcioosobowa rada nadzorcza?
- Zmienić strukturę wydatków na pomoc społeczną, tak żeby przez pierwsze trzy
lata po wejściu do Unii, kiedy podrożeje żywność i lekarstwa, najubożsi
odczuli to w jak najmniejszym stopniu. Dzisiaj 20 proc. pomocy społecznej
trafia do faktycznie potrzebujących, a 80 proc. do sprytnych, ponieważ
przepisy to umożliwiają.
Tych "trzeba" jest bardzo dużo: to cały program gospodarczo-społeczny, który
bezwzględnie musi być zrealizowany, żeby nie zmarnować szansy, jaką daje
Polsce członkostwo w Unii Europejskiej.
Nieprzygotowana administracja
Innym obszarem stwarzającym zagrożenie, iż wejście do Unii Europejskiej nie
zostanie przez Polskę wykorzystane, jest zupełnie nieprzygotowanie struktury
rządowej do opracowania projektów współfinansowanych przez Unię. Tylko ten,
kto nigdy nie spotkał się z procedurą pozyskiwania środków pomocowych, ma
jasność sądu niezmąconą znajomością rzeczy. Inni są poważnie zatroskani.
Każdy projekt to od kilkudziesięciu do kilkuset stron wniosku po angielsku.
Wniosek jest wysoce sformalizowany, często wymagane są w nim dane, których
się nie rejestruje, np. w systemie księgowości budżetowej w samorządach. Te
ostatnie zgodnie z własnymi siłami, możliwościami i rozeznaniem szykują się
do wchłonięcia środków unijnych. To bardzo dobre. Ale gdzie jest Krajowe
Biuro Unii, gdzie jest 700 przeszkolonych przez rząd urzędników, którzy w
każdym powiecie będą na co dzień przygotowywali wnioski, podpowiadali
pomysły, podawali wzorce i poprawiali angielski? I gdzie jest szef Krajowego
Biura Unii, który "głową", do trzeciego pokolenia, będzie odpowiadał za to,
żeby projekty finansowane przez Unię Europejską jakościowo i ilościowo
odpowiadały standardom?
W Polsce jest wiele młodych dobrze wykształconych ludzi po studiach
europejskich czy podobnych, znających angielski - i pracujących jako
sekretarki. Mieszkają w całym kraju i jako urzędnicy państwowi w ramach
jednej struktury mogą pracować w powiecie, u marszałka województwa czy
prezydenta miasta. I nie trzeba nowych etatów: wystarczy je przesunąć z
ministerstw i urzędów centralnych (chodzi o etat