Pierwszy raz w życiu, w wielu ponad 40 lat, spotyka mnie sytuacja, kiedy będę musiała jutro zasiąść przy jednym stole i "podzielić się jajeczkiem" z osobą, która właśnie udowodniła mi, że tylko krok dzieli mnie od gorącej nienawiści (ergo nie znamy siebie na tyle, na ile nam się wydaje, bo dopóki nie znajdziemy się w konkretnej sytuacji, to sobie możemy... nagwizdać

).
Będąc niewierzącą, staram się z siebie wykrzesać jeszcze więcej chrześcijańskiego miłosierdzia, ale mi bardzo trudno, zważywszy, jak ta osoba zepsuła atmosferę święta wiosny

nie tylko u siebie, ale też w moim własnym domu, jak próbowała manipulować moją rodziną (po części skutecznie), jak nakłamała mojemu 7-letniemu dziecku...
Mogłabym postawić sprawę na ostrzu noża i jutro uniknąć spotkania z nią, ale wtedy musiałabym się liczyć z tym, że ten kwas zaleje nie tylko mnie, ale i męża i dziecko i wszystko nie wiadomo, jak długo będzie się ciągnęło. Nie chcę stwarzać takich sytuacji.
Jednak jak z drugiej strony, jak poradzić sobie z sytuacją spotkania przy świątecznym stole z osobą, która pobudza we mnie to, co najgorsze? Czego nawet w sobie nie przeczuwałam?
Ktoś ma praktykę?
Ładnie proszę o rady