koronka2012
03.04.18, 20:09
Nie cierpię świąt rodzinnych. Szczerze. Dawniej wyjeżdżałam, w ostatnich latach zostałam, bo mam wyrzuty sumienia, bo rodzice coraz starsi, bo matka się stara, szykuje itd.
Tymczasem wszyscy całą rodziną jak jeden mąż wiejemy z tego świętowania jak tylko się da.
Max co jestem w stanie wysiedzieć, to pół dnia od śniadania do obiadu (wczesnego) - i długa do domu. Nic się nie dzieje, nie ma żadnych konfliktów, zadawnionych sporów itp. Jest nuda - i wiszący w powietrzu kwasior.
Złapałam się na myśli, że mimo wszystko szkoda mi matki, bo się stara uatrakcyjnić święta (przynajmniej kulinarnie), i nie rozumie dlaczego my - po prostu od nich uciekamy. A prawda jest taka, że atmosfera między rodzicami jest nie do wytrzymania; po prostu piekielnie męczy. Zresztą nas wszystkich. Wychodząc szepczemy "nareszcie" i czujemy niebotyczną ulgę.
Niby przy świętach matka się hamuje, ale od lat ciągle to samo - odzywa się do ojca niemal ciągle warcząc, wbijając szpile, przypieprzając się o wszystko. To nie do zniesienia. Ojciec jest jaki jest, ale się stara, pomaga, zmywa, podaje. Ciągle nie tak jak potrzeba. Zmywa w nieodpowiednim momencie, łyżkę nie tę przynosi, salaterkę nie tą wyciągnie...
Ona ciągle judzi, szydzi, syczy. Te mordercze spojrzenia, te zaciśnięte usta. Z byle powodu. Nie da się jej nic powiedzieć, bo ... nie rozumie, wywala w odpowiedzi jakieś pretensje do ojca, do nas, że jego stronę trzymamy - a tu nie o żadną stronę chodzi. Nie słyszy siebie.
I pewnie ma żal, że tak to wszystko wygląda, że "u ludzi" to rodzina siedzi 2 dni, że się starała, a ani się obejrzy, jak my już w pośpiechu zbieramy się do wyjścia. Oboje mają ponad 75 lat, przecież się nie zmienią, cholera. A z drugiej strony - oni się nigdzie nie ruszą na święta, a przecież ich nie zostawimy samych w tym ich piekiełku, wszyscy wiele im zawdzięczamy, są bardzo pomocni, więc cóż pozostaje...
Ehhh, tak się pożalić chciałam.