mamakochana
22.06.05, 08:22
Ogólnie mam zasadę nie wtrącania się i jeszcze nie zdarzyło mi się pouczyć
kogokolwiek co do zachowania w stosunku do swojego dziecka ale wczoraj...
Plac zabaw, tatuś (stylowe spodnie, buty i koszulka) przyszedł z córeczką
chyba trochę młodszą od Zosi, która ma 3 latka. Dziecko na placu zabaw, tata
na ławeczce (no bo piasek, brudno, wiecie). Nie widziałam od początku jak się
bawiło ale jak my dotarłyśmy na plac to Mała siedziała przy zjeździe ze
zjeżdżalni ( już na piasku) i płakała. Moja Zosia oczywiście:"Dlaczego
dziewczynka płacze?". Ja: " NIe wiem, może się uderzyła? Pewnie zaraz
podejdzie do niej jej tatuś". Po kolejnych 5 minutach płaczu dziecka zaczęłam
się niecierpliwić. Zosia:"Dlaczego ten tatuś nie podchodzi?" "No właśnie nie
wiem Zosiu..." Pomyślałam przez moment że może on tej Małej nie widzi (choć
wierzyć mi się nie chciało że nie słyszy!). Zagotowało się we mnie bo starsze
dzieci zaczęły podchodzić do Małej i pytać co się stało a ona na te pytania
płakała jeszcze głośniej A TEN POTWÓR SIĘ NIE RUSZYŁ! Po prostu z zminą
krwią, sztywny jakby kij połknął siedział na ławce i czekał. Już układałam
sobie formułkę i chciałam powiedzieć:" Czy Pan ma jeszcze zamiar długo się
znęcać psychicznie nad tym maluszkiem?" gdy.... Pan rzucił do
dziewczynki: "O, mamusia idzie!". Mała już była tak roztrzęsiona że nie
zrobiło to na niej wrażenia a ja byłam ciekawa reakcji matki na widok dziecka
w takim stanie. Byłam w szoku bo NIE BYŁO REAKCJI! On nawet się nie
tłumaczył. Zabrał klucz i z prawdziwą ulga pognał do domu.
Brrr... aż mnie ciarki przeszły jak pomyślałam ze moje dziecko mogłoby mieć
takiego "tatusia"