cheddar
27.04.04, 22:44
Czy Wy jesteście tylko samodzielne, czy również same? Ja jestem sama. Od ojca
mojego dziecka odchodziłam kilka razy. Powód ogólnie ten sam - na początku
był cudowny i miał ułańską fantazję, poza tym potrzebował mnie bo mu się w
pracy nóżka powinęła. Nigdy nie czułam wsparcia, nigdy nie mogłam poczuć w
nim przyjaciela. Taka fascynacja, jak narkotykiem. Zawsze czułam się
dojrzalsza, a gdy przyszło dziecko okazało się że naprawdę jestem. On ma już
za sobą jedno małżeństwo - z żoną rozeszli się dokładnie w tym samym wieku
dziecka (niecałe 2 latka). Już będąc ze mną po szczeniacku odgrażal się w
mojej obecności, że skoro jej najbardziej zależy na jego kontaktach z
dzieckiem, to za walkę o alimenty on ukarze ją milczeniem. Podłość, którą
wybaczyłam, ale nie zapomniałam. Potem on stanął na nogi, dobra praca itp. Ja
zrezygnowałam z pracy, aby zostać z dzieckiem. I zaczęło sie - łatwo było mu
brać pieniądze, z dawaniem trudniej. Nas też karał tym, że siedzial dłużej w
pracy. Nie mogłam już słuchać jak moja córunia nasłuchiwała z nadzieją jego
kroków. Wyprowadziłam się, nawet dwa razy, teraz już ostatecznie. On
przyjeżdża, zajmuje się naszą córką, pomaga mi i mówi o miłości, o tym, że
nie wiedzieć dlaczego on też czuł się upokarzany. Gdy przyjeżdża
fantastycznie zajmuje się córką, dzwoni do nas często, rozmawia z nią przez
telefon. Ale kwestia finansowa nadal pozostaje trudnym tematem. Ja mam bardzo
ciężką sytuację, o czym on wie. On zarabia bardzo dobrze, nie umie jedynie
gospodarować pieniędzmi (na pierwsze dziecko nie płaci). Gdy mu tłumaczę że
pora aby coś przysłał, on tłumaczy z pretensją że nie miał możliwości itp.
Każda próba wytłumaczenia mu, że bywają dni że mnie burczy w brzuchu bo
dziecko musi jeść kończy sie "taką drogę sobie wybrałaś" - w sensie że
prowadzę mało dochodową działalność. A dziś gdy mu powiedziałam, czy
zastanawia się skąd ja biorę pieniądze na jedzenie dla dziecka, rzucił że wie
co ma robić w kwestii urlopu (miał przyjechać na tydzień, zająć się małą,
abym ja na chwilę "odpoczęła biorąc się za pracę". Wkurza mnie to a
jednocześnie wiem, jak mała go kocha, wiem, że on na swój sposób "ale tylko
na swój sposób, nie inaczej" - kocha mnie, wiem, że bardzo kocha ją (a może
kocha tylko to że jest taka mądra - wyjątkowo!! - i śliczna, ze wzbudza
ogólne ochy i achy). On chce abyśmy razem byli (ja pewnie musiałabym
być "grzeczna"). Jestem po prostu głupia. Nie wiem co robić. Czy iść do sądu
i narazić córkę na jego obrażenie się, czy znosić te co miesięczne rozmowy po
których następuje "wypłata", a może z nim być, żeby dziecko miało swego
ukochanego tatę? Nie wiem, mnie nie zależy, jakbym wycofała sie z życia, nie
chcę faceta w ogóle. Jestem tylko naprawdę sama, bo moja mama - szkoda gadać,
też kolejny temat, ale też bardzo kocha moje dziecko i też spotkania z nią
doprowadzają mnie do szału. Jej pomoc wyszła mi bokiem i jeszcze długo będzie
mi ją wypominać. Jestem sama do bólu. Dziś porwałam na sobie spodnie
(markowe, z dobrych czasów). Dlaczego? Dlatego że zamek nie chciał się
zapiąć, zaciął się palant. To je porwałam. Rwałam, rwałam i ryczałam i
żałowałam że bardziej nie mam siły ich podrzeć. Nawet ich nie żałuję. Mam
dość tej huśtawki a jednocześnie wiem, ze przegrałam. Tak wiele przegrałam. A
najgorsze, że nie ja ponoszę tego skutki. Jestem właściwie bez rodziny i to
samo zafundowałam córce. Czy Wy macie już takie dylematy za sobą? Jakie
skutki przyniosło to w efekcie w życiu Waszych dzieci? Robiłam wszystko aby
nie okaleczyć jej emocjonalnie, pamiętając ból mojego dzieciństwa. Dlatego
tak mnie boli ta porażka i teraz nie wierzę żadnej swojej decyzji. Zrobię
wszystko byleby tylko ona była szczęśliwa. Mogę podrzeć całą szafę, aby
oszczędzić jej mojego podirytowania, aby szarpać szmaty a nie ją. Tylko chcę
wiedzieć, ze tak jest właśnie dobrze. Już nie umiem na sobie polegać.
Przepraszam za epopeję.