Dodaj do ulubionych

A dlaczego my zostawiamy???

07.05.04, 14:29
A ja zadam przewrotne pytanie - dlaczego to MY zostawiamy ICH? Można pewnie
wymienić z milion powodów...
Jak to jest?

Pozdrawiam

mama flo
Obserwuj wątek
    • ewik35 Re: A dlaczego my zostawiamy??? 07.05.04, 16:52
      Ja - gdy widzę, że On mnie zaniebuje (czasowo, emocjonalnie, itp itd), gdy
      czuję, że się oddala.. że tak naprawdę nie o mnie (nas) mu chodzi, na czymś /
      kimś innym mu zależy, gdy stosuje uniki, nie tworzy bliskości, coraz rzadziej
      zależy mu na seksie.... Nie dochodzi jeszcze do zdrady ale zdrada wisi w
      powietrzu. Miałam dwa takie przypadki, zawsze odchodziłam ja, zawszy były łzy z
      ich strony i poszkodowana mina. Ale w duchu na tym im właśnie zależało - by
      odzyskać wolność. Za chwilę mieli już inną - szczęśliwi (chyba) Nie rozumiem
      tylko dlaczego sami nie mieli odwagi zerwać skoro nie chcieli... Może
      słabeusze.... może gra.... a poza tym zrywałam na potęgę jak miałam mniej niż
      25 lat bo nie chciałam się wiązać z nikim na stałe. Działałam więc podobnie
      kiedys ale to była po prostu niedojrzałość
      • nastka72 Re: A dlaczego my zostawiamy??? 08.05.04, 09:39
        No ja własnie odeszłam ...kilka dni temu ...
        po latach samotności i życia obok siebie
        odeszłam bo juz nie mogłam dostrzec nawet niewielkiego cienia nadziei ze cos
        mozna naprawiac
        odeszłam po czułam jak życie przecieka mi przez palce, jak nie mam poczucia że
        idziemy w tym samym kierunku i jestesmy dla siebie ...

        nastka
    • joanna.luczynska Re: A dlaczego my zostawiamy??? 09.05.04, 21:25
      Ja zostawiłam gdy byłam około trzeciego miesiąca ciąży. Dlaczego? Nie
      zaniedbywał mnie, ani nic takiego. Jednak związałam się z nim bo bardzo
      potrzebowałam kogokolwiek, kto by mnie kochał i wybrałam jego, bo się akurat
      "trafił" i był totalnym przeciwieństwem mężczyzny, którego kochałam - mało
      inteligentny, bez ambicji, dążący do powielenia wzoru swoich rodziców, którzy
      żyją z dnia na dzień, a ojciec nie stroni od kieliszka. Szybko zrozumiałam swój
      błąd i mimo, iż wiedziałam, że go zranię, musiałam odejść. Poza tym dotarło do
      mnie kilka sygnałów, że oprócz totalnej niedojrzałości, to nie jest człowiek
      posiadający choć odrobinę poczucia odpowiedzialności. Powiedziałam prawdę
      dlaczego chcę odejść i że to jest nieodwracalne i powiedziałam też, że to nie
      zmienia faktu, że jest ojcem mojego dziecka i ma prawo do dziecka. Usłyszałam,
      że to wszystko to moja ciążowa fanaberia, a potem zaczął mnie żegnać i prosił,
      żebym pożegnała od niego jego rodziców. Nie poddałam się temu idiotycznemu
      szantażowi i.... skończyło się. Było jeszcze krótkie spotkanie po jakimś czasie,
      ale było wymuszone przeze mnie i tak się potoczyło, że postanowiłam, że "on" nie
      może dostać praw do dziecka. Poza tym nawet nie zainteresował się, czy mam
      zamiar utrzymać ciążę czy nie. Nie interesował się, a po porodzie widział
      dziecko dwa razy - drugi raz śmiesznie krótko, a mój synek 06.05. skończył
      dziesięć miesięcy i nie zna swojego ojca. Wiem, że postąpiłam dobrze, ale bardzo
      chciałabym, aby moje dziecko miało ojca. Kochającego i dbającego ojca. Odeszłam,
      bo nie przeżyłabym związku z takim facetem - to by mnie wykończyło i to był
      powód, a teraz jeszcze wiem, że ten facet nie potrafi nawet zapytać o dziecko,
      które przecież nie przyszło na świat znikąd. Pozdrawiam, Asia i
      dziesięciomiesięczny Mateuszek.
      • ekasia Re: A dlaczego my zostawiamy??? 09.05.04, 22:19
        odeszłam, bo miesiąc po wiadomoścvi o ciąży zupełnie się zmienił. Coraz rzadiej
        sie pojawiał, przestał się ze mną liczyć.
        • konkubinka Re: A dlaczego my zostawiamy??? 10.05.04, 09:36
          a moje uczucia i jego nie byly na tyle silne , zeby radzic sobie z
          przeciwnosciami losu.Latwiej bylo sie rozstac i w sumie dobrze ze tak sie stalo
      • sm30 Re: A dlaczego my zostawiamy??? 14.05.04, 23:41
        Twój list to wypisz wymaluj moja historia. Jestem w połowie ciąży i po 2
        miesiącach szarpaniny-od 2 tyg.nie widuję się z ojcem dziecka.
        Poznałam go parę miesięcy po rozwodzie. Zakochałam się w jego
        słowach,czułości i nadzieji jaką dał na stworzenie rodziny.Po 3,4 miesiącach
        zaczęłam zauważać oczywiste cechy i zachowania sprzeczne z głoszoną receptą na
        życie: imprezki, piwko + rzucane narazie w powietrze przekleństwa tłumaczone
        nerwami z powodów różnych. I znając ponadczasowe prawdy że powiela się wzorce z
        rodzinnego domu(ojciec pije i znieważa małżonkę,czego wielokrotnie byłam
        światkiem)byłam już na tyle emocjonalnie"uzależniona",że brnęłam w to wszystko
        łudząc się jak przysłowiowa nastolatka że się uspokoi jak będziemy mieli
        (podkreślam !)wspólnie planowane dziecko.
        Moje 3 pierwsze miesiące ciąży to najsmutniejszy okres w moim życiu.
        Wyzwiska i oskarżenia,że zmieniłam się po zajściu w ciąże -bo nieakceptowałam
        picia,łażenia po knajpach,palenia przy mnie,pustych deklaracji wsparcia i
        miłości przeplatanych wyzwiskami i deklaracją nienawiści...
        A więc nie widuje sie, nie kontaktuje, jestem spokojna i szczęśliwa,
        kocham moje maleństwo które już "puka" do mnie od środka. Już wiem,że będzie
        nosiło moje nazwisko...nad jednym się zastanawiam... czy dać mu prawa do
        dziecka.
        Wiem że zrobi wszystko,by nie łożyć na dziecko, nie spodziewam się
        regularnych odwiedzin dziecka póki nie wyrośnie z pieluch i płaczu... a po
        latach zawładnie sercem spragnionego ojca nastolatka i zabierze na super
        wakacje imponującym samochodem od wiecznie ciułającej, zamęczonej,
        znerwicowanej mamusi.
        Wiem,że decyzja moja, ale jestem ciekawa twojej i innych osób opinii na
        temat ewentualnego przyznania praw biologicznemu ojcu
        • chalsia Re: A dlaczego my zostawiamy??? 15.05.04, 15:40
          Jeśli stać Cię finansowo na brak alimentów, to olej go. Jeśli rzeczywiście
          będzie chciał być ojcem (teraz albo za X lat), to sam to będzie musiał
          udowodnić - przede wszystkim swoim zainteresowaniem i chęcia kontaktowania się
          z dzieckiem. Przyznać prawa czy wystąpić o alimenty zawsze możesz później, za
          jakiś czas.

          Pozdrawiam,
          Chalsia
        • joanna.luczynska Re: A dlaczego my zostawiamy??? 18.05.04, 17:01
          Nie dałam praw ojcu dziecka. Miałam ku temu powody o okazuje sie, że słuszne.
          Gdy byłam w ciąży, początkowo nie wiedziałam czy poradzę sobie sama, napawało
          mnie to przerażeniem i myślałam o aborcji. Nie byłam w stanie tego zrobić, ale
          on nawet nie dowiedział się, czy dziecko się urodzi czy nie. Gdy Maluch
          przyszedł na świat powiedziałam o tym jego ojcu i umówiliśmy się na wizytę,
          podczas której wyjaśniłam, że nie dam mu praw, ale jeśli okaże zainteresowanie
          dzieckiem i udowodni że mu zależy, tą decyzję można zawsze zmienić. Drugi raz
          widział Mattiego po dwóch miesiącach, przez 10 - 15 minut, i już więcej go nie
          widziałam, ani o nim nie słyszałam. Po prostu, gdy zrozumiał, że mnie nie
          odzyska, przestało mu "zależeć". Ale takich decyzji nie podejmuje się ot tak.
          Trzeba je bardzo dokładnie przemyśleć, bo najważniejsze jest dziecko, a nie
          nasze chciejstwa i niechciejstwa albo lubienie i nielubienie. A potem trzeba być
          bardzo silnym i cierpliwym i nie zabraniać dziecku dostępu do prawdy o
          biologicznym ojcu - trzeba mu pozwolić na własną decyzję. To jeszcze przede mną,
          ale wiem, jakie to trudne i bolesne. Pozdrawiam, Asia mama Mateuszka (10,5 msc)
    • vialle Re: A dlaczego my zostawiamy??? 17.05.04, 15:54
      zostawilam ojca mojego dziecka bo go nie kocham. Bo za pozno zdalam sobie
      sprawe, ze absolutnie nie jest to czlowiek z ktorym chce spedzic zycie i ze
      niejestem osoba, ktora "dla dobra dziecka" bedzie tkwila w zwiazku w ktorym nie
      ma zadnych uczuc poza narastajaca irytacja. Jestem samodzielna, dobrze
      zarabiam, utrzymywalam zawsze dom a wklad mojego bylego partnera polegal na
      zaplaceniu czasem za zakupy i na wykonaniu prac domowych (bez wiekszych oporow)
      kiedy sie wskazalo palcem co jest do zrobienia. Cieple kluchy i brak
      jakiegokolwiek charakteru i "wlasnego ksztaltu". Cenie go za zalety jakie ma (a
      troche ma), ale nie chce z nim byc. Juz nigdy.
      • gagga79 do vialle 19.05.04, 14:19
        Kiedy przeczytalam Twoj post, doznalam szoku, poniewaz, jest to opis MOJEJ
        sytuacji, mojego zwiazku. Jest tylko 1 drobna roznica: ja wciaz w tym zwiazku
        tkwie i nie wiem, kiedy (a w gorszym przypadku czy) sie z moim partnerem
        pozegnam. Prosze, napisz w jakim wieku bylo Twoje dziecko, kiedy zostawilas
        faceta, jak swojemu dziecku wytlumaczylas te sytuacje.
        Ja jestem z nim TYLKO ze wzgledu na nasza core...
        Pozdrawiam
        Gagga
        • ninaninanina Re: do vialle 19.05.04, 15:12
          ...a ja odeszłam, ponieważ chciałam, aby ktoś dał mi poczucie bezpieczeństwa,
          miłość, szacunek, oparcie, szczęście. Ten ktoś nie dał mi ani jednego z w/w
          wartości czy tez uczuć. Szkoda tylko,że nieraz tak późno się o tym przekonujemy.
          Pozdrawiam, trzymam kciuki za Was "ciężarówki"-bedzie dobrzesmile
        • vialle Re: do vialle 19.05.04, 16:14
          przede wszystkim nosilam sie z tym dosc dlugo, miesiacami obwinialam siebie o
          wygodnictwo zyciowe, o to ze nie umiem "popracowac" nad soba i zwiazkiem, ze
          oczekuje za duzo, ze jestem egoistka etc, etc. Szarpalam sie ze soba nie bardzo
          wiedzac jak mam wykrzesac w sobie uczucia ktorych nie bylo, rozmawialismy sporo
          o naszym zwiazku z exem, staralam sie mowic jasno o swoich oczekiwaniach i
          wplywac na faceta zeby nad soba pracowal (z czasem z coraz mniejsza nadzieja bo
          zrozumialam, ze obszary w ktorych chcialabym zeby byl inny sa jego najwiekszymi
          slabosciami i po prostu nie ze zlej woli tylko ze slabosci i naturalnych chyba
          ograniczen nie jest w stanie zmienic sie w jakims istotnym zakresie, tak zeby
          mnie bylo z tym dobrze). Analizowalam tez jak to sie stalo ze kiedys bylam w
          nim taka zakochana a teraz mi po prostu "minelo". No i zdalam sobie sprawe ze
          ja sie zakochalam w wyobrazeniu na jego temat, w tym co chcialam w nim zobaczyc
          a tam gdzie byly slabosci czy gdzie byl po prostu inny - tam zakladalam ze to
          sie z czasem zmieni przy moim wsparciu, mojej pomocy. Mozna powiedziec ze sobie
          wykreowalam w glowie sztucznego faceta, szkolny blad, co? Szybko wpadlismy,
          zdecydowalam ze chce urodzic to dziecko. Jestem pewna ze gdyby nie ciaza juz
          dawno nie bylibysmy razem. Poczatek byl super, bo zagrozona ciaza wiec stalismy
          naprawde ramie w ramie, po porodzie wielka radosc i wspolne zajmowanie sie
          dzieckiem, z wielka naprawde pomoca taty, ktora doceniam bardzo. Tylko ze potem
          mijaly miesiace i bylismy zupelnie spokojnie, zupelnie bezkonfliktowo i
          zupelnie obok siebie. Na dodatek skupieni strasznie na synku, nie zauwazajac
          jak sie strasznie oddalamy, nie bylismy w zadnym sensie "para", bylismy tylko
          rodzicami. Mnie nie zalezalo zeby cos z tym zrobic, on nie umial - byly inne
          elementy tez, ale powiedzmy ze o to najbardziej chodzilo. W koncu on - kiedy
          syn mial ponad rok - zaczal pytac co sie stalo, ze nie sypiamy ze soba a ja
          dostaje prawie drgawek kiedy probuje mnie dotknac. Dla niego to byl najlepiej
          widoczny znak - lepiej widoczny niz to ze ze soba w ogole nie rozmawiamy - ze
          cos jest nie tak. Slusznie zreszta. To sie juz nie dawalo wyjasnic karmieniem,
          burza hormonalna etc. A ja w zasadzie dopiero wtedy gdy mnie o to zapytal
          zwrocilam uwage jak obcy jest to facet - ze nadal go cenie za jego zalety i
          widze je, wiem ze jest w gruncie rzeczy dobrym czlowiekiem, ale kompletnie nie
          laczy mnie z nim zadne uczucie. Probowalam sie przemoc, "wytlumaczyc sobie" ze
          to przejsciowe, ze nowa rola, ze warto pracowac nad zwiazkiem bo jestesmy dla
          synka potrzebni jako rodzina, interes dziecka etc. Ale nie udalo mi sie - i
          watpie prawde mowiac by to bylo mozliwe - wykrzesac w sobie uczuc. A potem
          zadalam sobie na pytania - czy umiem przezyc zycie z facetem ktorego nie
          kocham? Ktorego lubie jak wielu innych ludzi, ale z ktorym nie laczy mnie nic
          szczegolnego, a w dodatku absolutnie nie chce zeby mie dotykal? Czy moge sie
          zmusic do seksu bo on go chce/potrzebuje? Czy umiem zrezygnowac w zyciu z
          fascynacji, wspolnej pasji, wspolnoty dusz etc? Czy umiem nie stac sie przez to
          zgorzkniala frustratka, pelna zlosci? Odpowiedzi brzmialy: nie nie nie nie
          nie.... Trwalo to blisko rok i nie bylo wcale latwo - zwlaszcza trudno bylo mi
          przyznac sie przed sama soba i pogodzic sie z tym, ze ta porazka dzieje sie w
          moim zyciu, ze to jest naprawde moje zycie ten smutek i nieodwracalnosc. Bardzo
          trudno bylo mi tez wziac na siebie odpowiedzialnosc i poczucie winy za rozbicie
          domu wlasnemu dziecku. Bo uwazam ze to jest porazka, dokonalam zlego zyciowego
          wyboru, a jego konsekwencje odczuwac bedzie moj najdrozszy synek. Ale w pewnym
          momencie dotarlo do mnie jasno, ze nie ma tu dobrego rozwiazania, jest tylko
          zle albo bardzo zle. Ze ja po prostu nie wytrzymam w takim zwiazku. Ze bede
          nieszczesliwa, agresywna, bede te frustracje wylewac na mojego partnera i dawac
          synowi przyklad ze mozna nie szanowac ludzi. Ze nigdy nie przestane szukac
          milosci mojego zycia, ze bede wpadala w "fascynacje", zdradzala i szukala
          bliskosci ktorej nie ma w moim zwiazku. Mysle, ze wymkneloby mi sie to spod
          kontroli. Nie chce tak zyc, nie chce taka byc. Na marginesie - moi rodzice sa
          taka para "razem dla dobra dzieci". Cale zycie robili sobie zimne zlosliwosci,
          nic ich nie laczylo a trzymaly ich razem kwestie bytowe i zawodowe - smiesznie
          ale moja mama byla przez ponad 40 lat sedzia ds rodzinnych i mysle ze jej
          wlasny rozwod nie miescil jej sie w glowie z powodu jej
          zawodowej "wiarygodnosci", inne tez byly czasy i jej szanse by przetrwac
          samodzielnie z dwojka dzieci. Ale mama uznala ze chce i umie tak trwac. Ja
          natomiast wiem o sobie, ze nie umiem. I nie chce. Powiedzialam jej kiedys "nie
          oceniam Twojej decyzji zyciowej, bo nie mam do tego ani wiedzy ani prawa. Nie
          moge tylko sie powstrzymac od pytania - jaka bys teraz byla, gdybys 20 lat temu
          rozstala sie z ojcem i zwiazala z kims, kto by Cie kochal, dowartosciowywal i z
          kim bys byla szczesliwa. Jakim bys dzis byla czlowiekiem?". Odpowiedzia byl
          placz mojej mamy i opowiesc kto i kiedy jej sie oswiadczal. Bez komentarza.

          Kiedy sie definitywnie rozstalismy moj synek mial 2,5 roku. Powiedzialam mu, ze
          z tata przestalismy sie lubic, nie moglismy sie zrozumiec i ze sie klocilismy i
          zloscilismy na siebie (nie bylo tego duzo w obecnosci synka, ale zdarzylo sie
          kilka razy a przede wszystkim maluch i tak czul napiecie, uwazam ze nie ma co
          udawac ze go nie bylo - lepiej te negatywne emocje pomoc nazwac, oswoic) wiec
          zdecydowalismy zeby nie mieszkac razem i dlatego tata mieszka osobno i ze to z
          Kosma nie ma nic wspolnego i ze kochamy go jednakowo mocno i zawsze bedziemy
          dla niego. I bede mu to powtarzala. Wydaje mi sie, ze jak na poziom percepcji 3
          lata to takie wyjasnienie jest dosc ok i uspokajajace. Ale oczywiscie nie
          jestem tego pewna. I ciagle mam poczucie winy.... I naprawde nie jest latwo - w
          sensie poczucia bezpieczenstwa, w sensie proby zbudowania zwiazku z kims innym
          etc . Tylko wiesz, dla mnie po prostu nie bylo innego wyjscia, ja bym nie
          wytrzymala "dla dziecka", a jestem na tyle samodzielna ze nie przygiely mnie do
          ziemi obawy bytowe. Poza tym nigdy nie bylismy malzenstwem wiec tu tez bylo
          latwiej, mieszkanie jest moje, samochod mam swoj etc. Tylko, ze pracuje jak wol
          po 12 godzin dziennie. No i jestem gdzie jestem. Spieta i pelna watpliwosci,
          ale szczesliwsza niz przedtem, w zgodzie z soba. Ucze sie powoli ze nie
          zrobilam mojemu dziecku potwornej krzywdy, ze sobie poradzimy, wyjdziemy z
          tego, ze bedzie szczesliwym i otwartym czlowiekiem, ze bedziemy sobie bliscy i
          bedziemy umieli rozmawiac nawet o trudnych tematach. Nie bede od nich nigdy
          uciekala.

          Pozdrawiam, jesli chcesz wiecej pogadac, to zapraszam na priva!

          Vialle
          • gagga79 Re: do vialle 19.05.04, 19:46
            Dzieki za odpowiedz. Mysle, ze tez musze jeszcze duzo przemyslec i pewnie sie
            do Ciebie odezwe.
            pozdrawiam
            G.
          • virtual_moth Re: do vialle 19.05.04, 20:00
            Vialle, pięknie to wszystko opisałaś. Widać, że żyjesz już w zgodzie z samą
            sobą. Mnie jeszcze dużo brakuje do takiego stanu, ale jest coraz lepiejsmile

            Ja odeszłam, ponieważ on mnie zdradzał. To była bezpośrednia przyczyna, ale
            przecież z jakiegoś powodu chciał mnie zdradzać...

            To ja go poderwałam, to ja go zdobywałam. W końcu stało się, byliśmy razem.
            Żyliśmy beztrosko, pomiędzy pracą a bogatym życiem towarzyskim. Po dwóch latach
            wpadka... Dzisiaj podejrzewam, ze to właśnie ciąża tak go zmieniła (choć na
            początku nie dawał i żadnych powodów, by tak sądzić). Tak naprawdę bowiem nigdy
            mnie nie kochał, byłam dla niego przerywnikiem życiowym częściowo zapewniającym
            utrzymanie...
            Dalej potoczyło się wszystko lawinowo. Tak mnie do siebie zraził, że przestałam
            go kochać. Nie jestem typem ofiary i masochistki.
            Potem było już tylko ujawnienie jego zdrad i - mimo początkowego wahania -
            odeszłam.

            I tyle.

            Pozdrawiam
            • ayelet Re: dlaczego postanowiłam odejść 31.05.04, 11:51
              Odchodzę, bo nie ma między nami uczucia, martwy związek. Wyzywa mnie słowami
              jakich nie oczekuję od męża. Bo się boje, że kiedyś mój syn mnie nie bedzie
              szanował skoro widzi, że nie szanuje mnie mój mąż, bo się boje, że syn nie
              będzie miał szacunku dla swojej żony i koleżanek.Bo nie mamy ze sobą o czym
              rozmawiać, nie chce pójsć ze mną ani do kina, ani do teatru ani na spacer. Bo
              nic mu się nie chce zrobić w kierynku naszego związku.
          • nooleczka Re: do vialle 31.05.04, 12:36
            Vialle - czy to możliwe, żeby twój były partner tu się wypowiadał?!?!

            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=571&w=10209414&a=10209414
            Chyba baaardzo kocha swego synka...
            • jollyg Re: do vialle 31.05.04, 23:49
              A ja... czy odeszlam... poprostu uslyszalam od niego ze nie jest pewien swoich
              uczuc, ze mnie nie kocha i spakowalam sie i odeszlam po 10 miesiacach
              mieszkania razem w 6tym dniu po terminie porodu i 6 dni przed urodzeniem sie
              Haneczki. Mieszkam z Hania w akademiku i odwiedzil nas 6 czy 7 razy (Hania ma 2
              miesiace i 5 dni). Przyzwyczajam sie do samotnosci, ale lekko nie jest,
              najgorzej jednak bylo na poczatku gdy sama z placzacym dzieckiem nie dawalam
              rady - choc niby jakos dalam skoro obie jeszcze zyjemy smile Teraz juz wlasnie
              coraz mniej mi na nim zalezy... chociaz czasem mam jakas nadzieje, ale z
              drugiej strony nie wiem czy jest sens. Ja studiuje (mam 23 lata), a on robi
              dopiero technikum (ma 2 lat). Generalnie nie mam gdzie mieszkac i gdyby nie
              pomoc moich rodzicow i kolezanki to bym wyladowala w domu samotnej matki.
              Kolezanka zalatwila mi akademik, a rodzice daja kase... przeciez wszystko
              kosztuje i to ze mieszkam i pieluchy a no i jesc cos musze, bo karmie piersia.
              Tak wiec odeszlam i nie wiem co bedzie pozniej. Czy kiedykolwiek z kims bede...
              Jedno jest pewne nie hajtalam sie z powodu ciazy i nie bede sie hajtala jezeli
              ten ktos nie bedzie potrafil kochac i szanowac zarowno mnie jak i Hani...
              Ehhh nie wiem jak to bedzie, poki co musze zyc do przodu, bo mam Hanie i musze
              skonczyc studia

              Pozdrawiam

              Jolka
              • edz.anna do JOLI! 01.06.04, 00:30
                sorrki, ze nie na temat!

                Witaj,

                Chciałam Ci tylko napisać, że ja też robiłam studia mając swoją córcie. dziś
                właśnie siedzę nad magisterką! Poradzisz sobie. Teraz, zapewne jest Ci bardzo
                ciężko, ale za kilka miesięcy gdy przywykniesz, nauczysz się nieco "obsługi
                maleństwa" będzie znacznie lepiej. Pamiętam te pierwsze miesiące; sama,
                przybieganie z uczelni na karmienie, wkuwanie po nocach, niespanie od kilku
                dni...to wszystko mija! Nawet nie pamiętam jak było trudno.
                Teraz, z perspektywy 4 lat, doceniam że urodziłam na studiach. Jako studentka
                mogłam spokojnie poświęcić dużo czasu córce, nie musiałam gnać do pracy (miałam
                macierzyński + teraz wychowawczy). A prace zaczynam z dyplomen, odchowaną córką
                i szczęśliwa ....w nowym związkuwink

                Będzie wszystko dobrze, zobaczysz. Dzieci dają nam wiele sił i radosci, która
                pomaga w codziennych trudach!
                Trzymaj się dzielniesmile))

                pozdrawiam,
                Ania
            • veerle Re: do vialle 12.10.04, 20:00
              tak,

              to te same cieple kluchy bez charakteru.

              pozdrawiam cieplo,

              v.
          • jaga2003 Re: do vialle i innych odchodzących 16.10.04, 20:36
            Przyczepię się wink
            Dlaczego pominęłaś drobny, ale jakże istotny fakt, że po prostu znalazłaś sobie
            kogoś nowego?
            A pozostałe Odchodzące? Zawsze w próznię? Nie wierzę.

            Pozdrawiam,
            jaga
    • emilia2004 Re: A dlaczego my zostawiamy??? 03.06.04, 20:00
      Vialee i inne dziewczyny,
      Ja też odeszłam po 2 latach związku w 4-tym miesiącu ciąży. Powody bardzo
      podobne jak te które podała vialle,tylko ze ja niestety dobrze nie zarabiam, na
      razie studiuję i w ogóle nie zarabiam( jestem na urlopie wychowawczym)a tam
      gdzie jestem zatrudniona zarabialam mniej niz teraz dostaję jako samotna mama
      na urlopie."Mogłam sobie pozwolić"( jak to strasznie brzmi) na zostawienie
      faceta którego nie kochałam tylko dzięki moim rodzicom,którym od tego czasu "
      siedzę na głowie". Jest to koszmarna sytuacja ale przecież sa duzo gorsze. Mam
      kilka kolezanek które mimo braku miłości i porozumienia z mężem nie maja dokąd
      pójść, a same sobie nie dadzą rady bo zarabiają niewiele lub nic. I to jest
      dopiero prawdziwy dramat, przynajmniej ja tak uwazam i wolę swoje mam nadzieję
      tymczasowe uzaleznienie od rodziców niż od faceta którego nie kocham.A facet
      dobrze zarabia, cały czas ma nadzieję że do niego kiedyś wrócę "jak zmadrzeję"(
      jak nie teraz to za 10 lat-tak mówi). Bycie z nim byłoby pójściem na łatwiznę,
      wygodnym wyjściem z sytuacji, ale co dalej. Też myslę że bym go zdradzała lub
      popadała w fascynacje, a jak synek byłby juz duży( teraz ma ponad 2 lata)to
      trudniej byłoby odejść.Było mi cięzko ale poczułam ulgę kiedy odeszłam.Żyję w
      zgodzie ze sobą i "bywam" szczęśliwa.Bo takie całkiem szczęśliwe są tylko
      chwile.Czasem paraliżuje mnie strach przed przyszłością, co będzie kiedy juz
      skończę studia i trzeba będzie się usamodzielnić.Alimentów żadnych nie dostaję,
      facet w świetle prawa w ogóle nie jest ojcem i nie chce zeby był, ale czy dam
      sobie rade sama? W moim zawodzie ( i tym obecnym i tym jaki będe miała po
      studiach) nie ma pracy.Panicznie się boję przyszłości ale staram się zyć tym co
      teraz bo inaczej bym zwariowała.
      Pozdrawiam Was gorąco smile)))))

      Emilia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka