ania.bb
15.06.04, 09:06
Zaproponował rozwód 2 dni temu, od z błahego jak mi się wydaje powodu.
Ostatnie 2 tygodnie kłócilismy sie trochę z byle powodów. Mieliśmy kryzys 2
tygodnie, po czym mój mąz nie wytrzymał, nie chce i nigdy nie chciał
rozmawiac, zawsze to ja do tego dążyłam, ale niestety bez rezultatów. Teraz
zaproponował rozwód, powód: niezgodnośc charakterów. Wydawało mi się że
jesteśmy fajnym i udanym małzeństwem, byłam szczęśliwa, mamy dwójkę dzieci :
4,5 roczku córka, synek 1,5 roczku. Niestety to wszystko ma się skończyć. Nie
wydaje mi się żebym była taka straszna żona, robił karierę, ja starałam się
rozumieć, ie proponowałam wspólnych wyjazdów, wolnychdni tylko dla nas, bo
nigdy nie miał czasu, raz pojechaliśy do Krakowa na moją propozycję, byo
super, tylko te telefony ciągle z jego firmy, potem na drugi dzien powiedział
mi ze taki jednodniowy wyjazd dużo potem pracy i nadrabania wymaga z jego
strony. Nie nie powiedział tego złośliwie, ja zrozumiałam ze nie mogę go na
to namawiać bo potem siedzi w nocy i pracuje, okazało się ze źle robiłam,
wczoraj mi powiedział dlaczego się rozstajemy, nigdy mu nie proponowałam
żebyśmy tylko we dwoje pojechali gdzieś, tylko ten raz, jestem mało
sponatniczna, wieczorami zamiast z nim być to szłam spać, bo padałam
normalnie. Nie może realizowac prze ze mnie swoich celów. Nie możemy się
dogadać (dla mnie w tak błahych kwestiach) nie czuję się atrakcyjny dla mnie
bo to że mu mówiłam że ładnie wygląda i jest przystojny, to ze wysyłałam smsy
bez odzewu ze kocham to nie wystarcza, zbyt mało się przytulałam i okazywałam
uczucia, fakt zbyt mało szłam spać...
NIe wiem co mam zrobić, czy dam radę sobie z dwójką dzieci??? Ale nie wiem
czy dam sobie rady bez niego z samą sobą, teraz obwiniam sie o wszystko. Do
moich kompleksów doszło kilka innych. Dopiero wczoraj się dowiedziałam o tym
czego mi brakuje, wcześniej nie chciał rozmawiać nigdy przenigdy, ile razy
prosiłam o rozmowę gdy był konflikt, problem, nie chciał, bo wygadywałam
farmazony gdzieś wyczytane...śmeiszne były moje zainteresowania dla niego,
lubiał z nich drwić podczas kłotni, nie mieliśmy wspólnych tematów do rozmów
bo on zupełnie czym innym sie inetersuje, ja głupotami...chciałam żeby
traktował mnie jak partnera, żeby mnie czasem podziwiał za coś tak jak
koleżanke która hoduje orchidee. Ja niestety nie jestem nikim ważnym w parcy,
przynosze mniejsze niż onpieniądze, interesuje się psychologią-czytaj
farmazony i feng shui - czytaj głupoty od których można zwariować. Jestem
mało oczytana, nie lubię rzeczpospolitej i przy drugim zdaniu wysiadam, on
lubi ekonomie jest pozytywnie nastwaiony do świata, nie ma kompleksów, ja mam
i dlatego wiele zahamowań które też są powodem rozwodu. Jezu ja jestem
normalnie do niczego. Mój mąż był motorem który codziennie mnie napędzał
dożycia. NIgdy mu tego nie powiedziałm, szkoda...Jeszcze wczoraj pytałam go
czy na pewno przemyślał decyzje o rozwodze, żal mi dzieci, jak pomyślę o nich
to chce mi się beczeć. Proponowałm jakąś terapię, rozmowe już wiele razy.
Przemyślał, powiedział że to będzie najlepsze dla nas i dzieci. Czuję się
zużyta, pomiętolona i poniżona, nie wiem dlaczego...i cały czas myślę czy dam
sobie radę?