Drogie forumki, piszę tu po raz pierwszy i od razu z niemałym dla mnie problemem.
Jestem mamą samotną, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ojciec dziecka oficjalnie nn, bez jakichkolwiek praw. W praktyce jest tak, że nie jesteśmy ze sobą (od czasu ciąży), nie chciał tego dziecka, ok, nie namawiałam, zdecydowałam się na samotne rodzicielstwo, zresztą nigdy nie łączyła mnie z nim jakaś szczególna więź. Ot, odskocznia po długoletnim związku, ale to offtop.
Teraz jest tak, że tatuś przyjedzie raz lub dwa razy na rok zobaczyć córkę. Ze względu na nią nie sprzeciwiam się tym spotkaniom. Ona ma dopiero 2 lata, więc w spotkaniach uczestniczę i ja. Nasze stosunki wyglądają tak, że rozmawiamy jak para dobrych znajomych, większość czasu jednak on spędza na zabawie z małą, robieniu jej fotek itd. Nigdy jej nic nie przywiózł (mieszka poza granicami Polski), raz dał jej lizaczka

ostatnio postawił nam obiad i kupił coś w spożywczaku. Alimenty nigdy nie były zasądzone, a on dobrowolnie nigdy nie zapłacił ani grosza. Wiedziałam jaka była jego sytuacja (bezrobotny), a sama nie narzekałam na brak pieniędzy, więc nie myślałam, aby się z nim sądzić.
Ostatnio jednak moja sytuacja się mocno zmieniła i muszę zaciskać pasa... Mam firmę, problem z klientem, który nie płaci za usługę, przez co sporo straciłam (wzięłam pożyczkę w banku). Ojciec nadal nie jest nigdzie zatrudniony, ale wiem, że sobie gdzieś dorabia. Podczas ostatniej jego wizyty opowiedziałam mu o swoich problemach, a on na to, że mi POŻYCZY trochę kasy, że mogłam o nią zapytać, zamiast pożyczać z banku itd... Nie spodobał mi się ten pomysł. Jeśli już, oczekiwałabym innej formy 'pomocy'. Na dziecko. Tak też mu powiedziałam i na tym był koniec tematu.
Po jego wyjeździe znalazłam w torebce pieniądze (440 euro), które oczywiście on podrzucił. Wysłałam mu wiadomość z pytaniem co to za pieniądze, on na to, że to dla mnie i córki. Napisałam, że niezbyt mi się ta forma wsparcia podoba (może nie powinnam tego pisać i od razu przyjąć pieniądze?), ale nie chciałam mieć wobec niego żadnych zobowiązań z tytułu pożyczki.
Następnego dnia zdecydowałam się jednak (i tu się biję w piersi) wpłacić większość pieniądzy na konto dziecka, a za część spłaciłam kredyt.
On po paru dniach napisał, żebym mu przelała te pieniądze na jego konto, że on sobie to przemyślał, działał zbyt pochopnie, że mnie przeprasza, ale nie chce psuć naszych poprawnych relacji poprzez podrzucanie pieniędzy (!) i że jak kiedyś będę w potrzebie, abym go zapytała i wtedy mi postara się pożyczyć! Najwidoczniej zmienił zdanie, przemyślał sobie i stwierdził, że jednak on bardziej potrzebuje pieniędzy.
Najchętniej zwróciłabym mu wszystko jeszcze tego samego dnia z dopiskiem, że za jego 'pożyczki' już dziękuję i składam sprawę o alimenty (o które i tak zamierzam go teraz pozwać), ale problemem jest, że mogę mu zwrócić jedynie tę część z konta córki, bo za resztę spłaciłam ratę kredytu. Po prostu nie mam środków... Wiem, pewnie nie powinnam była ruszać tej kasy, namieszałam...
I co teraz robić? Zapożyczyć się, by mu oddać? Najchętniej bym olała (takie mam teraz nerwy) i przyjęła kasę na poczet córki... Ale... on tych pieniędzy oficjalnie nie przekazał na dziecko... Ale ja też o nie nie prosiłam.
Pomocy! Proszę o poważne rady.