co się ze mną dzieje..

01.12.04, 00:09
Tak dobrze się zapowiadało, wielka miłość, wspólne plany, dziecko a dziś...
Mamy wspaniałe dziecko ale mieszkamy osobno (on z ojcem, ja z matką). Nie
nalegałam na ślub (jednak nie ma dnia abym o nim nie marzyła), myślałam, że
wszystko to się jakoś poukłada, powoli, ale to się coraz bardziej komplikuje!
Zaczynam wariować.. Powoli sama niszczę ten związek, jestem w kompletnej
rozsypce. Czy któraś z Was poradziła sobie z taką trudną sytuacją? Dodam, że
nie wyobrażam sobie życia z innym mężczyzną, chociaż bycie z nim oznaczać
będzie zmaganie się każdego dnia.. on chyba jednak nie potrafi być ze mną,
chociaż się starał.. Boję się, strasznie się boję kolejnego dnia..
    • natasza39 Re: co się ze mną dzieje.. 01.12.04, 00:21
      verona26 napisała:

      > Dodam, że
      > nie wyobrażam sobie życia z innym mężczyzną, chociaż bycie z nim oznaczać
      > będzie zmaganie się każdego dnia.. on chyba jednak nie potrafi być ze mną,
      > chociaż się starał.. Boję się, strasznie się boję kolejnego dnia..

      A co to oznacza: "bycie z nim oznaczać będzie zmaganie się każdego dnia."?

      Moja droga zwiazek z drugim człowiekiem to zasadniczo zmaganie sie kazdego
      dnia... z własnymi i jego słabosciami, przyzwyczajeniami, wadami; z
      obiektywnymi przeciwnosciami.. tj z brakiem pieniedzy, z brakiem pracy, z
      kłopotami, ze zdrowiem.
      Jakie masz zatem zmagania na mysli, bo jesli wierzysz w zwiazek bez
      tych "zmagań" to muszę Cie niecnie rozczarowac! Takich zwiazków nie ma!!!
      A samotnośc tez nie jest bez zmagan samego ze soba i z obiektywnymi
      trudnosciami wolna.

      A chyba z bajeczek o rycerzu na białym koniu, który porwie cie do zamku pełnego
      cudów, a sam rycerz będzie Aniołem nie wierzysz, chyba?


      • chalsia AMEN (n/txt) 01.12.04, 09:12
    • jogo2 Re: co się ze mną dzieje.. 01.12.04, 10:43
      Witaj Verona,

      Ja tam inne treści w Twoim poście widzę, niż moje poprzedniczki. Moim zdaniem
      zacznij prędko sobie wyobrażać życie bez niego, bo właśnie zresztą bez niego
      już żyjesz, a ponadto, zacznij sobie też i wyobrażać swoje życie z innym
      mężczyzną. I Ty na tym skorzystasz i Twoje dziecko pewnie też. Przestań się
      obwiniać o to, iż ty sama niszczysz ten związek, bo to (wprawdzie szczegółów
      nie znam) pewnie nie jest racja. Co Ci po związku, który oznacza szarpaninę na
      co dzień. Powinnaś w takim związku być? Dlaczego? Zasługujesz na taki związek,
      czy nie wierzysz, że będzie jakiś inny, lepszy związek w twoim życiu?
      Moim zdaniem Twój związek, którego niepowodzeniem tak się gryziesz bardzo się
      opiera na Twoim poczuciu winy. Na ślub nie nalegałaś, myślałaś, że sam się
      zjawi z bukietem róż (ale dziecko potrafił zrobić), a tu figa, radź sobie dalej
      sama z dzieckiem. Mniejsza o ślub, można się tak zwanie nie dobrać, ale co, w
      zamian za to, pomaga Ci tak strasznie przy dziecku ten wytęskniony ideał? Ty
      się pewnie obwiniasz o niszczenie związku, bo nie raz zmęczona wyskoczysz na
      niego z buzią o pomoc, i takie sprawy, i pewnie myślisz, że gdyby tak do niego
      inaczej, łagodniej, to by zrozumiał. Łudzisz się moja droga, łudzisz się, że to
      wszystko Twoja wina i łudzisz się, licząc, że z nim stworzyłabyś dobrą rodzinę.
      Z tych czy innych względów. Najlepiej przestań na niego liczyć. Wyegzekwuj
      pomoc dla dziecka (w pieniądzu i w naturze - np. zakupy) i przestań o nim
      myśleć.

      Notabene, zupełnie nie rozumiem, jak natasza mogła takie bogate treści
      wywnioskować z jednego Twojego zdanka, które moim zdaniem znaczy zupełnie co
      innego. Widać ma gorszy dzień, ale to nie powód do dawania pochopnych rad.

      Pozdrawiam,

      Jogo
      • natasza39 Re: co się ze mną dzieje.. 01.12.04, 11:47
        jogo2 napisała:

        >Notabene, zupełnie nie rozumiem, jak natasza mogła takie bogate treści
        > wywnioskować z jednego Twojego zdanka, które moim zdaniem znaczy zupełnie co
        > innego. Widać ma gorszy dzień, ale to nie powód do dawania pochopnych rad.

        A jak sobie wyobrazasz dyskusje inaczej na tym forum, jak nie na podstawie tego
        co ktos pisze?
        Przeciez nic wiecej ponad to nie wiemy!

        A tak nawiasem, to myslisz, że "branie slubu" gwarantuje pomoc meżczyzny w
        czymkolwiek?
        Gwarancja tego jest wyłacznie stworzenie partnerskiego zwiazku.
        Obojetnie czy zaobraczkowanego, czy wolnego!
        Ale zeby stworzyc soc takiego, trzeba nad tym pracować po prostu.
        Ty natomiast namawiasz autorke watku do "zapomnienia i poszukania kogos innego"
        A skad wiesz czy "ten nastepny" bedzie lepszy?
        Jesli nie ma patologii, przemocy, nienawisci miedzy ludźmi zawsze warto
        próbowac coś naprawde trwałego zbudować.
        A autorka watku nie mówi w poscie o w.w patologiach.
        Więc nie wiem dlaczego Ty na podstawie paru zdań nie dajesz szansy na utorzenie
        wartosciowego zwiazku, tylko namawiasz ja do porzucenia faceta w diabły i
        szukanie innego?
        To nie Ty sie posuwasz przypadkiem za daleko w swoich dywagacjach?
        Pozdrawiam!
        • smallm Re: co się ze mną dzieje.. 01.12.04, 12:33
          > To nie Ty sie posuwasz przypadkiem za daleko w swoich dywagacjach?

          Przyznam szczerze, że mnie również uderzyło to: poszukaj sobie nowego... Miłość
          to upadki i wzloty... a przeskakiwanie z jednego partnera na drugiego jeszcze
          nikogo nie uszczęśliwiło - chyba, że to juz takie hobby...

          "Odrobina chłodu pozwoli zachować miłość ciągle świeżą"... (coś w tym stulu,
          jakaś myśl którą przeczytałam przy ostatnim kryzysie z moim M.) Czasem odrobina
          oddalenia jest potrzebna, by spojrzeć na sprawy z dystansu. I mieć czas na
          przemyślenie. I nie należy od razu "papa idę szukac nowego"... Niech autorka
          wątku sama zastanowi się czy to kryzys czy koniec.
          • verona26 Re: co się ze mną dzieje.. 01.12.04, 21:49
            Dziękuję za wszystkie odpowiedzi. Po pierwszych dwóch długo tu nie zaglądałam,
            przygnębiły mnie jeszcze bardziej. Ale i tak dziękuję, warto czasem posłuchać
            różnych opinii, często od osób bardziej doświadczonych. Zgadzam się jednak z
            Nataszą (chyba jednak tak nie idealizuję, ale przemyślę to!) i Smallm (oby
            kryzys!) niemal w 100 %, Jogo uświadomił mi natomiast, że odczuwam zbyt duże
            poczucie winy za związek, siebie obwiniam za całą sytuację.. Jeśli chodzi
            natomiast o trafność wniosków na tym forum (często na podstawie kilku zdań, a
            więc jest to bardzo trudne) to bardzo często jest tak, że dochodzi do
            projekcji, tzw. rzutujemy nasze własne sposoby reagowania, odczucia (np.
            niechęć do ślubów itp.) na innych.. to jest chyba niestety nieuniknione.
            Tak naprawdę to najbardziej chciałabym spotkać kogoś, kto jest albo chociaż był
            w podobnej do mojej sytuacji, może jakąś samodzielną mamę? Może było by mi
            łatwiej wiedząc, że mimo tego jak to się poukłada (albo raczej... rozpadnie) to
            jakoś sobie poradzę..
    • jogo2 Verona! 02.12.04, 00:15
      Praca nad związkiem. Taa... A do tanga to trzeba dwojga. Miałam już nic nie
      pisać, ale intuicja i doświadczenie mi mówią, że chyba jednak powinnam. Verona,
      idź ty do psychologa, obyś trafiła na dobrego, bo ktoś Ci zrobił krzywdę i
      tkwisz w związku, który Cię niszczy. Te Twoje wszystkie: on nie potrafi,
      chociaż chciał, próbował ...., niedobrze się robi. Ciekawe, czy on myśli o
      Tobie podobnie? Ach, jak ciężko próbówał. Wypiął się na kobietę z własnym
      dzieckiem. No pewnie, tak wygodniej. Spać mu nikt nie przeszkadza, itd. Nie
      przepraszam, tkwię w głębokim błędzie. Chociaż dzielą was różnice charakterów
      głębokie jak Rów Mariański, to on urabia sobie ręce po pachy uczestnicząc w
      wychowaniu własnego dziecka fifty-fifty z Tobą. Latał ze zgiętym krzyżem za
      uczącym się chodzić bobasem, codziennie przychodzi na chociaż 1 godzinkę (z 24
      na dobę) pobawić się z dzieckiem, żebyś mogła odetchnąć od wychowywania w końcu
      waszego wspólnego dziecka, itd. itp. Ty przecież nie jesteś przeciwna jego
      wizytom, skoro nie wyobrażasz sobie życia bez niego?
      Wiesz co Verona. Zdobądź trochę gotówki i spraw sobie jakąś przyjemność. Idź do
      fryzjera, kup sobie perfumy, książkę cokolwiek. Pomyśl o sobie, i swoim dobrym
      samopoczuciu, a nie o tym, jaka to ty jesteś winna i przestań cierpieć z
      nieodwzajemnionej miłości. Miłość najwyraźniej była, ale się skończyła, kiedy
      przyszły obowiązki. Jak Twój luby zobaczy zadbaną, uśmiechniętą laskę, która ma
      go w nosie, zamiast zapłakanej kobity, która sobie życia bez niego nie
      wyobraża, to zobaczysz, że się poczuje co najmniej nieswojo, a kto wie, może i
      coś więcej poczuje. Wiesz, każdy lubi, jak ktoś bardzo zabiega o jego względy i
      zwykle wcale to nie daje motywacji, żeby samemu zabiegać o względy kogoś, komu
      tak bardzo na nim zależy.

      A głupich rad nie słuchaj, bo Ci jeszcze zaszkodzą.

      Pozdrawiam,

      Jogo
      • natasza39 Re: Verona! 02.12.04, 00:24
        No tak tylko twoje rady sa "mondre" inni "gupoty" opowiadają!!!

        I jaka perfekcyjna ocena zwiazku!
        Brawo!
        wszystko juz wiesz, ze nie pomagał, ze nie był wtedy gdy go potrzebowała!
        No wszystko wiesz po prostu!
        Brawo!
        Zazdraszczam intuicyji!!!
    • jogo2 Verona, jeszcze raz! 02.12.04, 00:35
      Powoli sama niszczę ten związek,
      No comments, sama nie możesz związku niszczyć, chyba nie jesteś alkoholiczką,
      narkomanką, nie bijesz twojego mężczyzny, zresztą gdybyś sama niszczyła ten
      związek to nie miałabyś pewnie na ten temat takiego zdania, dziwne, ale zwykle
      tak jest. Wina zawsze leży pośrodku, to stwierdzenie zrobiło zresztą na tym
      forum pewną karierę, jakkolwiek wygłaszane było z odwrotnej perspektywy. Tym
      niemniej pozostaje prawdziwe.


      . on chyba jednak nie potrafi być ze mną,
      > chociaż się starał..

      Odnoszę wrażenie, że sądy jakie tu wygłaszasz dziwnie współbrzmią z wersją
      twojego faceta na temat tego, jak było, czy tak? Zastanów się nad tym.

      Pozdrawiam jeszcze raz,
      Jogo
      • vialle Re: Verona, jeszcze raz! 02.12.04, 13:12
        tylko wtrace, ze moim zdaniem jak najbardziej niestety mozna nie umiec byc z
        kims, mimo ze sie ma razem dziecko - mozna kochac dziecko, cenic za zalety
        matke/ojca i probowac byc razem - i moze sie to nie udac. I wtedy gorsze jest
        zmuszanie sie do bycia pod jednym dachem "dla dobra" niz rozejscie sie i
        ulozenie sobie szczesliwych wlasnych sciezek. Jestem dzieckiem z takiego
        zwiazku "dla dobra" i niestety wiem dobrze o czym mowie.

        Co do niszczenia zwiazku - uwazam, ze bedac w desperacji mozna sie przyczyniac
        do niszczenia zwiazku, na ktorym nam zalezy - mozna popadac w histerie, byc po
        prostu niekonstruktywna - i to jest tez niszczenie, bo ludzi oddala zamiast
        zblizac w chwili kryzysu. Czesto sie tak dzieje, gdy ludzie widza pekniecie w
        konstrukcji swojego zwiazku i zaczynaja panikowac - pogarszaja sprawe, gdy w
        obawie przed katastrofa wyczekuja sygnalow pogarszania sytuacji.
        Zasada "samospelniajacej sie przepowiednia" - oczekujac najgorszego wylapujemy
        sygnaly ktore potwierzaja to czego sie boimy.

        Mysle sobie, ze w tym co napisala Verona jest o wiele, wiele za malo informacji
        o jej sytuacji - zbyt malo by ferowac osady.

Pełna wersja