maliniaq
20.10.04, 09:28
Dziewczyny, jestem tak permanentnie wściekła, że mam ochotę kogoś pogryźć.
Pamiętacie moje niepokoje związane z Adasiem? Jego leczony milionem
antybiotyków katarek, potem temperatura prawie 40 st. Napiszę Wam jak to się
wszystko skończyło. 2 tygodnie temu w sobotę Adaś już 3 dzień gorączkował.
Tempka mierzona w pupie dochodziła nawet do 39,5 kresek. Rano wezwałam do
domu lekarkę która go prowadziła (głupia baba, ta która mu te antybiotyki
ładowała, ale pomyślałam, że skoro zaczęła i zna cały przebieg choroby, to
niech ją skończy do cholery leczyć i wtedy od niej odejdziemy). Ta stara....
przyjechała, pobawiła się z moim synkiem, powiedziała, że ona tu nie widzi
nic niepokojącego (faktycznie Adaś miał takie skoki raz nie miał gorączki, za
chwilę zaczynał płakać i było 39,5), i... mnie się kazała leczyć, no i
zainkasowała 50 zł. za wizytę. Zwyczajnie mi nie uwierzyła. No ale że
domagałam się zdecydowanej pomocy, bo wiedziałam, że dziecko jest pod wpływem
czopka p/gorączkowego (to było zalecenie p. "doktor", obniżać gorączkę
czopkami), no to przepisała kolejny antybiotyk Zinat czy coś takiego, tym
razem w zastrzyku i kazała zadzwonić o 17. Jak temp. nie spadnie sama, to
będziemy mu dawać tyo świństwo. Zadzwoniłam do tej.... (sorry dziewczyny, ale
jak sobie pomyślę, że przez nią mogłabym stracić dziecko, to mam ochotę ją
udusić własnymi rękami) o 17 i mówię jej że temp. jest nadal wysoka. A ona mi
na to, dosłownie: "to dajemy zastrzyki, niech się dzieje wola nieba".
Zdrętwiałam. Wola nieba to niech się dzieje w przypadku umierającego, któremu
medycyna już nie jest w stanie pomóc. Zawołałam do domu pielęgniarkę, ale ona
powiedziała, że lepiej zqaczekać, skonsultować z innym lekarzem to całe
leczenie, nie dawać kolejnego antybiotyku. No więc czekaliśmy. W niedzielę
mieliśmy pojechać na pomoc doraźną, lub wezwać innego medyka, choć potwornie
się bałam pokazywać Adasia kolejnemu konowałowi. Niestety nie zdążyliśmy. W
sobotę późnym wieczorem Adaś dostał gorączkę 40 st. Nier było na co czekać.
Mąż zadzwonił do przychodni żeby skorzystać z pomocy doraźnej, bo nocą żaden
lekarz nie przyjechałby do domu. Chciał wezwać karetkę, bo stan dziecka był
bardzo poważny, groziły mu drgawki. Pani dr w telefonie powiedziała znudzonym
głosem mężowi, żeby nie jęczał (dosłownie) jej do słuchawki, ona nie
przyjedzie bo musi być na dyżurze, a jak uważamy, że jest tak źle to sobie
możemy przywieźć dziecko do niej. Stan Adasia pogarszał się z minuty na
minutę, owinęłam go w kocyk i pojechjaliśmy do kolejnej "znachorki". Dziecko
było prawie nieprzytomne. Ona zbadała, stwierdziła że osłuchowo jest ok. i
kazała jechać do szpitala do laryngologa żeby obejrzał uszka. Laryngolog
bardzo serdecznie nas przyjął, powiedział że z uszkami dobrze, ale
zaproponował żeby zejść na oddział pediatryczny, i tam pokazać malucha
lekarzowi pediatrze. Poszliśmy. Po zbadaniu p. doktor (wreszcie jakaś
kumata), powiedziała, że trzeba zrobić badanie moczu i była w ciężkim szoku
jak się dowiedziała, że nikt nam go nie zlecił. Okazało się że dziecko ma
ostrą infekcję układu moczowego, białkomocz i ropomocz oraz odmiedniczkowe
zapalenie nerek. Spędziliśmy w szpitalu 6 dni, potem przewieziono nas do
Łodzi do CZMP, tam Adaś znów był poddany badaniom, leczeniu i diagnostyce.
Teraz jest w domu, wczoraj wyszliśmy, czuje się już lepiej choć wciąż jest na
antybiotyku. Ciągle słyszę w uszach słowa lekarki z tomaszowskiego szpitala:
gdybyście przyjechali dzień później, nerki mogłyby przestać działać....
Szok!!!!!!!!!!!!! Jak można być takim konowałem jak nasz lekarz pierwszego
kontaktu. Kiedy my byliśmy w szpitalu, mój mąż nie wytrzymał i poszedł do tej
lekarki, która leczyła dziecko antybiotykami. Podziękował jej grzecznie za
leczenie, odebrał 50 zł. za wizytę( oddała bardzo grzecznie, a na rozmowę
zaprosiła męża do innego gabinetu żeby pacjenci nie słyszeli), odebrał też
deklaracje całej naszej rodziny. Pani dr kiedy dowiedziała się że Adanio w
szpitalu, to stwierdziła, że faktycznie popełniła błąd w sztuce, nie przyszło
jej do głowy, że to mogą być nerki i dlatego nie zleciła badania moczu.
Próbowała się kłócić trochę z mężem, że każdy popełnia błędy, że on też
pewnie nie raz popełni błąd i żeby ją zrozumieć. Niestety dziewczyny, nie
umiemy z mężem być wyrozumiali. Na Adasia czekaliśmy tyle lat i ciarki mi po
plecach przechodzą, kiedy sobie pomyślę, że dziś... mogłoby go z nami nie
być, przez jakiegoś konowała, który ma czelność nazywać
się "lekarzem".Pozdrawiam. Agnieszka.