marciszonka
26.10.11, 23:06
Witajcie. Przekopałam forum na temat tego, co się dzieje z 9 latkami, a co również jest u nas aktualnie "na tapecie". Po pierwsze wcale się nie cieszę, że nie my jedyni zaznaliśmy takiej jazdy, ale czuję ulgę, że nie zrobiłam jej jakiejś kosmicznej a nieświadomej krzywdy, tylko po prostu moja córeczka przepoczwarza się powolutku i zalicza bunt.
Mówiąc wprost - nie słucha nas kompletnie, choć my masę czasu słuchaliśmy jej. Bajzel w pokoju traktuję spokojnie - jej sprawa, czy może w nim coś znaleźć, czy nie. Ona się o to oczywiście stroszy i urządza awantury ("gdzie mi schowałaś mój kostium na gimnastykę!!!!!"), ale twardo się trzymam i nie wyręczam jej ani nie krzyczę.
Jest chorobliwie ambitna - pojęcia nie mam po kim, bo my oboje jesteśmy całkowicie pozbawieni instynktu spinania się celem dowartościowania. Jak jej coś nie wyjdzie - urządza awantury. Tłumaczyliśmy, ale jak pisałam wyżej - ma to w nosie. Nie słucha.
Potrafi gadać godzinami o swoich sprawach i my cierpliwie i uważnie słuchamy. Ale jak ją o coś prosimy to ona nas za cholerę nie słucha. Co więcej - zaczyna wtedy perorować o tym, jak to kłamiemy, że coś mówiliśmy. Choć od zawsze uczyliśmy i pokazywaliśmy, że kłamstwo nie jest niczym dobrym. Urządza zadymy na sto fajerek.
Oczywiście jesteśmy mamuty i nie mamy pojęcia o modzie (jako i o niczym). Bluzka, która jej się podoba w sklepie, ląduje po jednym założeniu do szkoły na dnie szafy, bo jakaś koleżanka powiedziała coś nie halo na jej temat.
Parę godzin temu sfrustrowana kolejną sytuacją związaną z własnymi ambicjami wydarła się na ojca że "nie zna gorszego człowieka od niego" oraz pierwszy raz w życiu uderzyła go w histerii... klepnęła, ale jednak. Jestem w szoku - u nas nikt nigdy nikogo nie bił. Jej tata jest uosobieniem spokoju, bardzo dobrym człowiekiem. Poświęca jej czas, rozmawia, słucha. Kocha ją po prostu.
Ale mi się lampka zapaliła - czy to nie pora na jakiegoś psychologa?
Czy damy radę sami czy to już przekroczyło granice, w których rodzic może sobie poradzić sam?
Przeprowadziliśmy się rok temu do innego kraju, ja wiem, że ona miała bardzo ciężki ten rok, bardzo trudną zmianę. Wspieraliśmy ją ze wszystkich sił. Nauczyła się dość biegle języka, ale ciągle sobie wyrzuca, że za mało. Ma niskie poczucie własnej wartości. Ale skąd? U nas zawsze były grane raczej wzmocnienia pozytywne.
Jestem podłamana, nie ukrywam, i potrzebuję Waszej opinii. Orka na ugorze to wychowanie.
Czy może któraś z Was wie, ile to trwa?