helena_keller
13.11.08, 10:24
Zanim opiszę mój problem pragnę zaznaczyć, że znalezienie dla
niego rozwiązania ma dla mnie ogromne znaczenie, dlatego jeżeli ktoś
nie ma niczego istotnego do powiedzenia poza wyładowaniem swoich
frustracji to proszę , żeby nie ubierał tego w słowa - i bez tego
jestem wystarczająco zdołowana.
Problem dotyczy mojego dziecka(chłopiec 10 lat). Od zawsze był
niejadkiem, ale od pewnego czasu(1/3 jego życia)problem z jedzeniem
zaczął narastać. Rok temu drastycznie "spadł z wagi", do tego
stopnia, że podejrzewałam anoreksję ewentualnie jadłowstręt
psychiczny. Poza tym były i inne dolegliwosci. Po licznych wizytach
u lekarzy "różnej maści", tudzież pobytach w szpitalach, rozpoznano
nieswoiste zapalenie jelit, z oczywistymi zaburzeniami wchłaniania.
Dziecko zostało ustawione na lekach i przez pół roku był spokój. Od
sierpnia problem zaczął się na nowo. Sukcesywnie, powoli, ale
jednak "leci z wagi". Poza tym nic mu nie dolega, nic go nie boli.
Lekarze są w kropce, bo na zdrowy rozum nie powinien z tej wagi
lecieć przy takich wynikach i leczeniu, zastanawiają się nad
wprowadzeniem sterydów, ewentualnie nad leczeniem biologicznym, ale
ze zrozumiałych względow na razie wstrzymują się przed jego
wprowadzeniem.
Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jak bezsilni czujemy się my -
rodzice. Mamy pełną świadomość, że nzj wiąże się z zaburzeniami
wchłaniania, ale musi się miec jeszcze co wchłaniać a on po prostu
nie je, tzn. je bardzo mało, a każy posiłek okupiony jest prośbami,
groźbami itp. Powiem szczerze mam dość. Na samą myśl o zbliżającej
się porze jedzenia zaczynam się bać. Na litość boską przecież chcę
dla niego jak najlepiej i nie wiem czy on nie chce czy nie może
zrozumieć, że chodzi o jego , nawet nie zdrowie, ale życie.
Zaczęłam się zastanawiać czy on czuje się kochany, że może te
jego problemy z jedzeniem mają podłoże psychiczne, emocjonalne
(czekam na wizytę u psychiatry). W moim odczuciu poświecamy mu dużo
czasu, chociaż pewnie nie tak jak on by chciał, ale po prostu
najzwyczajniej w świecie w tygodniu nie mamy na to czasu( mamy
niepełnosprawne dziecko). Kocham moje dziecko, ale jestem osobą
raczej " na dystans", i chociaż naprawdę się staram (nigdy nie
odmawiam mu czasu na rozmowę, jeżeli wyraża chęć "pogadania") to
może dla niego to za mało. Jest dzieckiem inteligentnym, a przede
wszystkim bardzo wrażliwym.
I tu pojawia się moja prośba - błagam, podzielcie się ze mną
swoim doświadczeniem - jak okazujecie miłość swoim dzieciom, ile
czasu im poświecacie, jak ten czas wygląda. Będę wdzięczna za
wszelkie rady i sugestie.