Poród zaczął się w nocy z piątku na sobotę. Skurcze znośne, choć ból
promieniuje z krzyża... Przesypiam noc. Rano skurcze co jakieś 20 min, jest
znośnie. ok godz 13 robi się mniej przyjemnie, skurcze co 10 min. O 14 decyzja
- jedziemy na porodówkę, skurcze co 6 min.
W szpitalu oczywiście masa papierologii, jednak stres robi swoje i jest jakoś
bardziej znośnie. Lekarz decyduje o podłączeniu oksytocyny, jednak, że jestem
po cesarce (6 lat temu), dawka ma być delikatna, powolutku. Na łóżku porodowym
już nie jest tak pięknie. Boli jak chol...ra. Ból z krzyża - najgorszy z
możliwych. Położna próbuje założyć wkłucie do żyły, jednak ja powoli szleję,
wpadam w jakąś histerię! Ból jest nie do wytrzymania. Położna nie podłącza
oksytocyny, ja dostaję jakąś rurkę do wąchania (???) Panikuję, zwijam się w
kłębek, odchodzą mi wody... No i teraz to już zaczyna się jazda! Nie widzę i
nie słyszę już po prostu nic... Czuję, że mnie tarmoszą, coś do mnie krzyczą,
każą przełazić na jakiś stół. Jest mi wszystko jedno - byle przestało boleć,
byle przestało boleć! Mój otumaniony mózg wyławia słowo "cesarka" i z jednej
strony odczuwam ulgę, bo wiem, że zaraz skończy się moja męka, z drugiej
strony boje się jeszcze bardziej, bo wiem, że coś musiało się stać... Nie wiem
co... BOLI!! Dostaję jakąś maskę przez którą każą mi oddychać, jednak ja się
duszę, nie mogę złapać tchu, panicznie uciekam głową i nareszcie jakiś gaz -
odpływam, NIE BOLI!!
Budzę się i jak przez mgłę widzę obok siebie mojego męża - siedzi i płacze,
coś do mnie mówi, jednak ja go nie rozumiem, nie słyszę, ale widzę, że jest i
to mi wystarcza. Potem dowiaduję się, że to sala wybudzeniowa i nie bardo
chcieli go tam wpuścić, właściwie to nie chcieli, ale się uparł... Coś zaczyna
do mnie pomalutku docierać - Pytam o synka - zdrowy i piękny. Ze mną nie było
dobrze - pękł mi szew po poprzednim cięciu i straciłam bardzo dużo krwi. Mam
wkłucia chyba w każdej cząstce swojego ciała, przez które pompowali we mnie
krew i osocze, jestem otumaniona, nie wiem, czy narkozą jeszcze, czy morfiną,
którą podają na uśmierzenie bólu.
Żyję jednak, a dzidziuś zdrowy - to najważniejsze. M. powtarza do mnie ze 30
razy - chyba żebym zrozumiała - że pojedzie teraz do domu i przyjedzie
wieczorem. Zrozumiałam. Coś nawet powiedziałam...
Przyjeżdża wieczorem, ale jest z córką i nie wpuszczają go do mnie.
Na drugi dzień jest z samego rana i z płaczem opowiada mi całą historię mojego
porodu, którą ja pamiętam tylko do połowy... Mówi, że jeszcze nigdy w życiu
tak się nie bał...
Dostał upomnienie od lekarza, że za późno przyjechaliśmy (choć ja tak nie
uważam), że jeszcze pół godziny, i mogłoby się to skończyć tragicznie. Dostał
też ostrzeżenie, że skoro mamy już córkę i syna, to może czas pomyśleć o
jakiejś DOBREJ antykoncepcji... Jednym słowem więcej porodów mogę nie przetrwać...
Dziś czuję się już naprawdę dobrze... jestem z tych, na których to wszystko
goi się jak na psie...
Synuś przepiękny - 3000g, 57 cm, blondynek, a na imię - chyba Igorek

ale to
nic pewnego. Kocham go całym sercem.
A wam nie życzę takich porodów.