Zaczynam się załamywać...jakiś czas temu odstawiłam tabletki...pierwszy cykl
starań, test dodatni , wielka radość...po 4dniach okres więc albo ciąża
biochemiczna albo test fałszywie dodatni.Rozczarowanie.Kolejny cykl, potworne
bóle brzucha ,skurcze, kilka wizyt w szpitalu na izbie przyjęć ogólnie
szpitalny koszmar ...zastrzyki,długie godziny w poczekalni na izbie
przyjęć,ból i...po tygodniu tej gehenny beta dodatnia.To nie nerki ani
wyrostek to ciąża.Leżenie z wielką nadzieją ze może już będzie dobrze.Nie jest
- jeszcze nie widać fasolki...jajowód powiększony...plamienie, wizyty u
ginekologa, krwawienie.Kolejna wizyta na izbie przyjęć z której zostałam
wyrzucona bo krwawienie w ciąży to normalne jestem tu 5 raz i jestem
histeryczką. żebym sie odczepiła zrobiona kolejna beta...i poronienie...

"Słyszy pani nie jest pani w ciąży...już nie ma ciąży... a co pani płacze,na
co pani liczyła?? " Znalazłam dobrego ginekologa, nie można było stwierdzić
czy to była ciąża pozamaciczna czy po prostu jakaś wada zarodka którego
jeszcze nie było widać na usg. Pozwolił się starać od razu ponieważ poronienie
samoistne, wszystkie badania były ok... kolejny cykl na duphastonie jak nie
przyjdzie okres to na kontrole... okres się spóźnia już tydzień...nadzieja ze
może jednak to ciąża... jednak beta ujemna...dalej brak okresu trzeba
powtórzyć betę... 16 dni po owulacji znowu ujemna. Jutro kolejna wizyta u
lekarza. Trochę brakuje mi sił...to jakaś sinusoida nadziei i smutku... ze
test sie pomylił,że poronienie,ze okres się spóźnia ale to nie ciąża...Czuję
się coraz słabsza w tym wszystkim. Dobra praca, nowe mieszkanie, kochający
mąż...staramy się żyć normalnie- ale boję się kolejnego miesiąca i kolejnego
rozczarowania...

przepraszam ze w taki piękny dzień taki ciężki wątek, nie
oczekuję pocieszeń... muszę się tylko komuś wyżalić...za oknem codzienność i
znowu trzeba być silnym. Jeszcze tylko ten okres...i można zacząć wszystko od
nowa.