stokrotka_88
02.03.05, 17:12
Witam.Tak przypadkiem trafiłam na tę stronkę i po poczytaniu kilku postów
postanowiłam się dołączyć(jeśli mogę,oczywiście).
Zacznę od skrótu mojej historii.to będzie trudne do szybkiego opisania,bo
moja historia jest baaaaardzo pogmatwana.Ale dobra.
4lata temu,ważąc 55kg przy wzroście 162cm postanowiłam się
odchudzać.Wcześniej oczywiście też próbowałam,ale nigdy się nie udawało.Ale
teraz inaczej.Przestrzegałam diety bardzo rygorystycznie no i....wpadłam w
anoreksję.Z wagą 37kg trafiłam do szpitala(wiem,wiem,wyglądałam
koszmarnie).Przez 3 miesiące mojego pobytu tam(było krótko,bo poznałam super
ludzi i miałam wielką motywację,by wygrać i wyjść)myślałam,że juz jestem
zdrowa.Że wyjdę i koniec.Wyszłam z wagą 48.5kg.CZyli fizycznie wyglądałam
dobrze,czułam sie też super(ładna,zgrabna,szczęsliwa).Ale zaczęły się schody.
Niby jadłam normalne ilości,by utrzymać wagę(5posiłków)ale znowu wpadłam w
jakieś ramy,godziny....Między posiłkami żadnego pogryzania,a jem tylko to co
zaplanowałam wcześniej.Super....i znowu pewnego rodzaju"dieta"którą trzeba
przestrzegać(aha!i bez słodyczy i białego pieczywa-resztę jem).
Po roku trafiłam za pośrednictwem gazety na forum "Promyk nadziei.Anti-
ana".Było ono podobne do tego,pisały tylko inne osoby.Ja udzielałam się tam
również(możecie poczytać posty)a forum bardzo mnie motywowało do wygrania
walki.Już prawie byłam blisko zwycięstwa(przełamywałam lęki,jadłam"zakazane
potrawy-torty,słodycze,biały chleb),ale nagle na forum nikt nie pisał i mój
cały zapał sie skończył.Wróciły sztywne ramy i jedzenie tego,co ustalę(no i
odrzuciłam1posiłek-2śniadanie).Byłam samotna,nieszczęsliwa i...chuda(do
ok.43kg)bo te sztywne ustalenia i myślenie o jedzeniu powodowały moje
chudnięcie.
Ale nagle znalazłam przyjaciół i zakochałam się.I znów poprawa-w
wyglądzie,nastroju,nastawieniu do jedzenia....Było świetnie,znów myślałam,ze
wygram.
Niestety.Znowu złudne nadzieje.Zmieniłam szkołę i znów było ciężko z tym
zdrowieniem.Dodatkowo żyłam w ciągłym stresie i dopadła mnie jeszcze nerwica
natręctw(koszmar....nie chce mi się nawet tłumaczyć co to....moze
wiecie?).Cały trud zdrowienia przeżycił się na tę nerwicę.Zapomniałam,zę mam
wyjść z any,bo tamto było jeszcze trudniejsze.I walczyłam BARDZO mocno.Nie
skupiałam się na anie,ale to gorzej,bo nie wprowadzałam zmian do przodu.Po
7miesiącach walki z nerwicą mogę uznać,że jest o wiele lepiej,zaczynam
wreszcie wracać do normalności.nie muszę już tak ciężko z tym walczyć.To
jakoś przeszło samo(odpukać,bo kto wie czy nie wróci?boję się tego
bardzo).Ale poprawiło się na pewno i teraz wiem jaka to radocha normalnie żyć
bez nerwicy(oczywi ście nie do końca,ale....)TEraz pora na dowiedzenie się
jak to jest żyć bez any!!!!!!!!MAma nadzieję,że pisząc tu na forum wróci moja
motywacja,bo czytając wasze opisy widzę,ze można jeść i żyć normalnie zupełnie
(no bo co z tego,że mogę jesc pizze,jak to musi być TYLKO jako obiad?).Chcę
jeśc spontanicznie!Wtedy kiedy będę mieć ochotę i to,na co będę mieć
ochotę!!!!Ruszam do walki!Oczekuję waszego wsparcia i wierzę,ze się uda!
Pozdrawiam!Buziaki!