mojasyrenka
04.04.10, 19:23
Witajcie. Na wstępie chciałam Wam życzyć wszystkiego dobrego z okazji Świąt.
Jestem nowa na tym forum i chciałabym poprosić Was o radę, może wskazówkę, bo
ja nie widzę wyjścia z sytuacji w której obecnie jesteśmy. Zacznę od tego, że
oboje z mężem pracujemy( tzn. ja jestem na zwolnieniu 32tc,) spodziewam się
drugiego dziecka, mamy już 3,5 roczną córeczkę, więc odpukać nie brakuje nam
teraz pieniędzy. Nasz problem polega na tym, że nie mamy gdzie mieszkać, tzn.
wynajmujemy obecnie kawalerkę w W-wie, a stałe zameldowanie mamy zupełnie
gdzie indziej. Nie możemy mieszkać tam gdzie jesteśmy zameldowani. Mój ojciec
nie żyje od wielu lat, na moją matkę nigdy nie mogłam liczyć. Miałam okropne
dzieciństwo, leczyłam się i będę leczyć na depresję z powodu ciężkich przeżyć
w dzieciństwie. Nie użalam się nad sobą, z natury chyba jestem silna i choć
zostałam wyrzucona z domu w wieku 19 lat, po maturze wyjechałam do W-wy,jakoś
się pozbierałam dzięki Bogu, skończyłam studia, sama się utrzymywałam i nigdy
nikogo nie musiałam prosić o pomoc. Mój mąż ma tylko matkę, na nią też
niestety nie możemy liczyć, sama jest bardzo bezradna osobą. Nie ma mowy o
wspólnym mieszkaniu...
Odkąd jestem w Warszawie czyli od 11 lat mieszkam, a teraz mieszkamy w
wynajętych mieszkaniach. Próbowaliśmy złożyć wniosek o mieszkanie socjalne już
kiedyś ale wniosek nam odrzucono, teraz okazuje się, że mamy przekroczony
dochód, by starać się o takie mieszkanie a pozatym wynajmujemy na czarno i
ciężko udokumentować, że akurat mieszkamy w W-wie. Jeśli chodzi o nasze
zarobki to ja zarabiam 1700 zł a mąż 2400 więc nie są to kokosy ale na
mieszkanie socjalne jesteśmy zbyt bogaci. Myśleliśmy o kredycie, ale mamy 0
oszczędności własnych a kto kupował mieszkanie wie, z jakimi kosztami trzeba
się liczyć ( zaliczka dla sprzedającego zwykle 10%, prowizja dla banku,
notariusz). Utrzymujemy się sami , za wynajem płacimy sporo, wiadomo jakie są
ceny wynajmu i nie stać nas na odłożenie pieniędzy, zwłaszcza, że za chwilę
znowu będziemy żyć z jednej pensji. Myślałam też o mieszkaniu z TBS-u ale
teraz w W-wie i okolicy się nie buduje nic nowego a tez przecież trzeba
wpłacić partycypację, na którą też można wziąć kredyt ale tylko do 50,00 tyś.
Partycypację wpłaca się jakieś 2 lata przed wprowadzeniem a kredyt przecież
trzeba spłacać..
Właśnie mam wrażenie, że wszystko "można" tylko jak czegokolwiek się
próbujemy chwycić to okazuje się o niemożliwe. I koło się zamyka... już nie
wiem co robić. Czasem przychodzą mi do głowy gorzkie refleksje, ze tacy ludzie
jak my nie powinni istnieć,mieć dzieci (może to i prawda, ale każdy ma chyba
prawo do tego by założyć rodzinę) czuję się sama jak palec, nikt mnie nie
rozumie i nie mam z kim o tym porozmawiać. Jak rozwiązać naszą sytuację???
Może któraś z Was tez miała podobny problem i może coś doradzić, może ja
jestem na to wszystko za głupia, nie wiem. Szukam porady, bo nie mam z kim
pogadać a męczy mnie to okrutnie i boję się, że jak kiedyś coś się stanie mąz
straci pracę np. to wylądujemy pod mostem. Mam nadzieję, ze Was nie zanudziłam
swoim postem. Zdaję sobie sprawę, że moja sytuacja nie jest beznadziejna,
najgorsza, ale uwierzcie mi jestem chwilami bezsilna, ten ciągły lęk o dach
nad głową. Liczenie na to, czy właściciele sprzedadzą czy nie sprzedadzą
mieszkania w którym właśnie mieszkamy i znowu trzeba będzie się wyprowadzić. I
nie każdy chce wynająć mieszkanie rodzinie. Nic nigdy nie można sobie kupić bo
w drugim mieszkaniu się np.zdubluje lub nie zmieści. A przede wszystkim chodzi
mi o moje dzieci, które tak jak inne chcą mieć swój"dom" i to mnie najbardziej
boli, że tego im nie potrafię zapewnić, choć o wszystko w życiu staram się
walczyć , nie poddawać- tego nie potrafię po prostu przeskoczyć...