plaudite
05.07.09, 11:33
po 22 w piątek dzwoni telefon
słyszę, ale nawet nie chce mi się sprawdzić co to
ale w końcu, po jakimś czasie zaglądam
i okazuje się, że to koleżanka z terapii
oddzwaniam, bo może zdycha
albo kogoś planuje zamordować
więc pytam - Co się dzieje?
a koleżanka do mnie:
- ..., właśnie do mnie dotarło, że ten ostatni tydzień był cholernie ważny.
Siadaj i myśl.
usiadłam nie starając się myśleć
bo co miało dotrzeć - dotarło wcześniej
MIANOWICIE:
kiedyś w emocjach najmocniejszych ukłuło mi się przekonanie
(właściwie postulat raczej), że ja, taka jaką jestem
nie powinnam angażować się w żadne bliższe relacje z innymi ludźmi
oparte na regularności, intymności, wspólnocie interesów
bo: a) są dla mnie nie do zniesienia
b) ja w związku z punktem a. sama nie do zniesienia się staję
mam sztywne autodestrukcyjne wzorce zachowań
mam nienormalnie duży dystans do siebie i tego oczekuję od innych
kiepsko znoszę zmiany, a jeszcze gorzej powodzenie
mam nieuleczalną skłonność do wchodzenia w konflikty -
do tego z awantur niezdrową frajdę.
okupowaną zresztą stłumieniem
i ograniczeniem ekspresji emocji do uczucia dławienia
terapia pokazuje, że miałam rację
bo dobre i pozytywne jest tylko to
co jest rzadkie i oparte na jednym wątku
odsetek ludzkości - w szacowanej wielkości około 35%
- albo czuje się przeze mnie atakowana
- albo ma potrzebę udowodnienia sobie, że się mnie nie boi
- albo głęboko przeżywa coś co powiedziałam (a ja zwykle mówię dla mówienia)
- albo ma potrzebę udowodnienia czegoś mnie (najczęściej, żem podłą jest)
W KAŻDYM RAZIE:
nie dla mnie z ludźmi zabawa
dla mnie zabawa ludźmi
albo obok nich
tylko trzeba się nauczyć ich nie potrzebować