Dodaj do ulubionych

odrodzic się na nowo

26.04.09, 20:03
Witam Was wszystkich. Właśnie wróciłam z kolejnych dni skupienia. Wiele tam
myślałam, sporo czytałam na temat Boga, Jego miłosierdziu, uczestniczyłam w
mszach. I chcę się z Wami czymś podzielić. Ogólnie większość tego czasu
spędzałam sama ze sobą, na swoich rozmyślaniach.
Ale żeby dojść do meritum, muszę wrócić do pewnej sprawy.

Otóż, niedawno okazało się, że mam guza w piersi. W nadchodzącym tygodniu będę
robiła usg piersi oraz markery na wykrycie, czy są jakieś zmiany nowotworowe
(jestem w podwyższonej grupie ryzyka, gdyż moja rodzina niestety jest mocno
obciążona tą chorobą). Nie długo po tym odkryciu miałam terapię indywidualną,
na której powiedziałam, że chciałabym mieć raka, chciałabym mieć wyznaczoną
długość życia, bo może wtedy żyłabym pewniej, prawdziwej. No i szybciej
spotkałabym się z nimi.

I tam, na tych dniach skupienia po jednej z mszy doszło do mnie, jakże byłam
pełna pychy mówiąc w ten sposób, jakże głupia. I zapłakałam nad swoją pychą.
Pewien mężczyzna zaczął mi towarzyszyć w mym płaczu. Było już późno, ciemno i
zimno. Usiedliśmy na ławce, on opowiadał trochę o sobie, a mnie łzy płynęły
strumieniami. Tak bardzo mnie własna głupota zabolała. Jak mogłam tak mówić,
kiedy Ci co mają raka, zrobili by wszystko, żeby być zdrowymi.
Przy okazji zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę, wcale nie jest mi
wszystko jedno, co badania wykażą, bo przecież ja tak bardzo PRAGNĘ by założyć
rodzinę, mieć dzieci, dać im całą swą miłość i żeby kiedyś być może pomagać
osobom, które przeżywają to samo co ja - stratę po bliskich.
Powoli mój płacz zaczął przeradzać się w szloch a następnie w głośną
rozpacz. płakałam i płakałam. Łez nie było końca, potem już wypłakiwałam ten
ból, tą tęsknotę za Nimi. ów mężczyzna przy mnie trwał. Po prostu był obok. A
ja zawodziłam coraz mocniej.... moja dusza płakała, moja maska bycia silnej
(którą tak przywdziewam na codzień) opadła... trwało to całą wieczność. Byłam
zmęczona... ale o ile lżejsza. Wiedziałam, że to było dobre.
Na drugi dzień dużo z tym mężczyzną rozmawiałam. Opowiadałam mu o sobie, o
mojej rodzinie, o miłości, którą przelewałam na rodzeństwa, po tym jak uczyłam
swoją mamę gestów miłości, i tym, że coś zaczyna się zmieniać w moim sercu.
I wiecie co, on zapłakał, kiedy się żegnaliśmy... mówił mi o swojej
wdzięczności do Boga, za to że mógł mnie spotkać, że mógł zrozumieć dzięki
mnie pewne rzeczy, i że teraz będzie się bardziej starał aby dać więcej
miłości swojej córce. To było dla mnie niesamowite.... ta więź dusz, która nas
połączyła. Wiele ludzi tam miało dla mnie wiele podziwu i szacunku, bo ponoć
ja swoją osobą pokazałam, że wszystko można przeżyć. Piszę to nie dlatego by
się chwalić, bo ja wcale tak siebie nie odbieram jak inni ludzie mnie, ale
podzielić się mą radością, że moja osoba może komuś coś pokazać, czegoś
nauczyć, że komuś mogę być jeszcze potrzebna, mimo iż ja sobie wydaję się
bardziej wybrakowana niż pełna. Czuję się słaba i ułomna
Zaraz po tragedii odwróciłam się od Boga, którego wcześniej i tak dobrze
nie znałam. Złorzeczyłam, pytałam "dlaczego ja, dlaczego mnie to spotkało,
czemu całe życie mam pod górkę, czemu ciągle muszę pokonywać przeszkody?"
Odpowiedzi nie było.
Dopiero teraz, kiedy zaczęłam Go poznawać, Jego miłość zaczynam powoli je
widzieć. Choć to trudne, choć boli. Zaczynam dochodzić do wniosku, że właśnie
On mnie wybrał, abym mogła sama siebie zbawić, abym swoim krzyżem mogła siebie
odkupić. Ta tragedia zaczęła mi otwierać oczy na Niego, powoli się zbliżać
(choć oczywiście nie od razu). I może dzięki temu co przezyłam, będę mogła być
dobrym psychologiem dla ludzi, których mogę zrozumieć i przy nich trwać w ich
żałobie. Wiem, brzmi to wszystko górnolotnie, ale tak to właśnie zaczynam
widzieć.
Ja już zrozumiałam, że bez Boga nie rusze do przodu, nie zaznam spokoju,
nie będę szczęśliwa. Oczywiście dopiero zaczynam robić w tym kierunku małe
kroczki jak raczkujące dziecko.
Chcę zaprosić do moje życia Boga. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, co się
dzieje na mszach, uważnie słuchać. Mówi się, że cierpienie uszlachetnia i
chyba zaczynam widzieć w tych słowach prawdę. Bóg daje mi szansę by się do
Niego zbliżyć i by oddać mu swój ból. Tylko On może mi w tym pomóc, tylko On
może dać mi ulgę w cierpieniu.
Moja droga dopiero się zaczęła... moja przemiana....i chciałabym nie
zboczyć z tej drogi i nie zapominać o nim, i jak dziecko uczyć się mu ufać.
To "rodzi się w bólach", ale tylko takie narodziny moga być cenne i
wartościowe.

hmm...sama nie wierzę, że to napisałam. Mam nadzieję, że nie uznacie mnie za
nawiedzoną;-) bo daleko mi do takiej. Nawet jeszcze daleko mi do wiary pełnej
i niezachwianej.

Pozdrawiam i ściskam Was wszystkich
Obserwuj wątek
    • osmiorniczka030 Re: odrodzic się na nowo 26.04.09, 21:53
      Witaj!

      Masz calkowita racje. Mowi sie, ze smierc zamyka oczy jednym, a
      otwiera drugim. Powiem Ci, ze ja tez przechodzilam podobna droge po
      smierci Taty. Najpierw upadlam, a potem raczkowalam. Jak dziecko
      szukalam wlasciwej drogi. Az w koncu dotarlo do mnie, ze jedyna
      wlasciwa droga, to podazanie za Chrystusem i niesienie swojego
      krzyza razem z Nim. Niektore krzyze, na przyklad Twoj, sa bardzo,
      bardzo ciezkie. Ale cierpia wybrani przez Pana Boga. I Ty do nich z
      pewnoscia nalezysz. Teraz sama to zauwazylas, ze Pan Bog ma wzgledem
      nas swoje wlasne plany. Ciesze sie, ze odnalazlas Pana Boga, sens
      dalszego zycia, zrozumialas swoja misje, za ktora trzymam kciuki.

      Zycze Ci zdrowia. Bede sie modlic o pomyslne wyniki Twoich badan.

      Pozdrawiam.
    • halas1961 Re: odrodzic się na nowo 26.04.09, 21:54
      Dorotko, to jedne z najpiekniejszych słów jakie tu przeczytałam Tym bardziej, ze
      jesli ktos by zadal sobie trud i przesledzil od poczatku Twoje wpisy zobaczylby
      jak z samego dna rozpaczy mozna jednak powstac, mozna sie odrodzic. I jak
      napisala kiedyś Karnivora trzeba to zrobic samemu. Trzeba chciec, trzeba sie
      zmusic i wtedy oczy sie otwieraja i zaczynamy widziec rece, ktore sa wyciagniete
      do nas ichca podniesc, podtrzymac. Jesli sami nie bedziemy chcieli sie
      podzwignac nikt nie bedzie w stanie nam pomoc. I strasznie sie ciesz, ze Tak sie
      pieknie zaczyna Ci ukladac. Tak czesto martwilam sie o Ciebie kiedy pisalas
      pelne rozpaczy listy, tak bardzo chcialam Ci pomoc i teraz moja radosc nie ma
      konca. Jak to wspaniale i ja wiem ze Ci sie uda.
      • halas1961 Re: odrodzic się na nowo 26.04.09, 22:04
        Za szybko wyslalam poprzedni list.
        Kontynuujac, Wcale sie nie chwalisz. Trzeba pisac o tym ze udaje sie pokonywac
        przeciwnosci, ze zaczynamy miec jakies male sukcesy, ze ktos cieszy sie nasza
        obecnoscia, ze mozemy kogos wesprzec. Dlaczegoby o tym milczec. Masz byc z czego
        dumna i bardzo dobrze. I widzisz sama, jak Ci kiedys pisalam, ze jednak bez Boga
        takie Krzyze jak nasze nie do udzwigniecia. A ktos tu napisal ponizej, ze jak
        mozg umiera to i dusza umiera. Mialam odpisac, ale dalam sobie spokoj.
        Pomyslalam tylko moj Boze a jesli dotknie Cie taka tragedia jak mnie jak
        przetrwasz bez wiary, jak bedziesz dalej zyc bez wiary.
        I przeciez nie sa wytworem chorej wyobrazni zdarzenia i znaki stamtad. Bo nie
        tylko mnie sie one zdarzaja. Dorotko bedziesz wspanialym psychologiem, cudowna
        matką i żona - ja juz to czuje po tym co piszesz:):):)I ten czlowiek ktorego
        spotkalas, ktory sluchal i towarzyszyl Ci w oczyszczeniu. Jego tez postawil Pan
        na Twojej drodze. Ciesze sie, bardzo sie ciesze.
        Halina-mama Agatki
        • dorrita79 Re: odrodzic się na nowo 26.04.09, 22:32
          Dziękuję Wam za Wasze wpisy.
          Ja nie chcę nic mówić, ale Halinko, ta moja droga poniekąd dzięki Tobie się
          zaczęła więc i to Twój sukces i moja wdzięczność dla Ciebie.
          Pozdrawiam i ściskam Wszystkich, którzy jeszcze cierpią
          • grazyna1965 Re: odrodzic się na nowo 26.04.09, 23:33
            Dorotko, ja też ,,czytam" Ciebie odkąd znalazłam to forum. Od
            śmierci mojej Patryni /za kilka dni/ minie 15 miesięcy. Muszę się
            przyznać, że to własnie Twoja tragedia otworzyła mnie na innych
            ludzi, zobaczyłam, że nie tylko ja tak cierpię.Dostrzegłam z
            przerażeniem, że jest nas wielu i że każdy ma ,swoją historię".Twoja
            mną wstrząsnęła. Pamiętam co wtedy pomyślałam..,,i Ty Boże
            pozwoliłeś na to?". Tak, miałam straszny żal do Boga, byłam pełna
            gniewu. Ale to chyba normalne dla ludzi w żałobie. Nie wiedziałam
            kogo winić. Zaczęłam od Boga..potem oskarżałam siebie, kierowcę,
            który uderzył w samochód mojej córci. Do dzis nie potrafię uwolnić
            się od wyrzutów sumienia, że nie pojechałam wtedy z Patrynią. I
            chyba nigdy już nie uwolnię się. Ale już nie wołam do Boga, dlaczego
            pozwolił umrzeć mojemu dziecku. Teraz tak bardzo pragnę zbliżyć się
            do Niego. Szukam Go wszędzie, choć czasami jest mi tak trudno. Nie
            wiem dlaczego zginęła moja córcia, nie wiem czy śmierć 23 letniej
            dziewczyny ma jakiś sens, nie wiem czy ja uniosę ten krzyż. Nic nie
            wiem. Ale żyję, z dnia na dzień. Powoli staję na nogi, pracuję, choć
            nie tak dawno wydawało się to niemożliwe. A jednak. I dzisiaj, gdy
            przeczytałam Twój wpis Dorotko, to pomyslałam znów o sobie..skoro Ty
            Dorotko podnosisz się o i może dla mnie jest nadzieja.Wiem, to
            bardzo egoistyczne z mojej strony, ale tak własnie pomyslałam. Dałaś
            mi nadzieję. Życzę Ci sił w osiągnięciu tego wszystkiego o czym
            piszesz, wspaniałej rodziny, pracy. Jestem głęboko przekonana, że
            będziesz wspaniałą matką, żoną i wspaniałą psycholożką.
            Mocno Cię ściskam Dorotko
            Grażyna, mama Patryni
            • dorrita79 Re: odrodzic się na nowo 27.04.09, 00:08
              To normalne, ze kazdy z nas przezywa zlosc na pewnym etapie zaloby. Ja tez ja
              czulam, do Boga, do swiata, do Nich.
              Twoje wyrzuty sumienia na nic się zdadzą. Nie mogłaś temu zaradzić, nie miałaś
              na to wpływu. Tak widać (niestety) było Jej pisane. Daj sobie czas. Ja wierzę w
              to, że wyrzuty sumienia Cię opuszczą. Ale na wszystko trzeba nam czasu.
              Wiesz, po tym wszystkim co nas spotkało szukanie Boga nie jest łatwe. To
              kosztuje pewien wysiłek, jakieś samozaparcie, poddanie się. Dla mnie też to nie
              było/ nie jest łatwe. Bo jak zaufać, jak powierzyć, kiedy.....
              Potrzebowałam na to 2 lata czasu od tragedii by coś zaczęło się naprawdę w tym
              temacie zmieniać. Ale wiem, że jeszcze długa droga przede mną.
              A jeszcze trudniejsze jest szukanie sensu w czyjejś śmierci. Często czynniki są
              czysto ludzkie. W twoim przypadku był to samochód, w moim...długa historia. Ale
              Bóg pozwolił na to, by ludzka wolność ponosiła nie tylko swoje owoce ale i
              konsekwencje.

              Wiesz, patrząc na moje całe życie wcześniejsze, które wierz mi, było cholernie
              trudne od dziecka...i nie jeden na moim miejscu by źle skończył po takich
              traumach, ja potrafiłam wziąść z tej mojej przeszłości lekcje, zobaczyłam że
              gdyby nie zdarzyło się "A" nie było by "B" itd. To co mnie spotkało, zahartowało
              mnie w pewien sposób, uwrażliwiło na innych, spowodowało, że na złych
              doświadczeniach potrafiłam zbudować swoje życie, wyznaczyć sobie cel. Do
              wszystkiego doszłam sama, własnymi rękoma. Dzięki tamtym doświadczeniom stałam
              się szybko dojrzała, samodzielna itd.Z perspektywy czasu widziałam sens tego, co
              mnie wcześniej spotkało.

              Ale najtrudniej jest jak to "dzieje się", kiedy chce się wyć z bólu do księżyca.
              Dopiero z perspektywy czasu możemy zobaczyć coś nowego..... ale rzadko kiedy od
              razu.

              Znalezienie sensu w śmierci niezawinionej jest najtrudniejsze. Ale myślę, że
              łatwiej nam jest żyć, jeśli nadamy temu sens, jeśli pozwolimy by te nasze
              doświadczenia oprócz bólu i cierpienia dały też jakieś dobre owoce;
              przewartościowały nasze priorytety, pozwoliły zobaczyć, że wiele rzeczy, którymi
              wcześniej się przejmowaliśmy, wobec tej naszej tragedii są bez znaczenia. Że tak
              naprawdę liczy się miłość. Możemy pomagać innym, których dotknęła ta sama
              tragedia, możemy wzbudzać w innych nadzieję, możemy zbliżyć się do Boga i wiele
              innych. Ale na to wszystko trzeba czasu.

              To co napisałaś o sobie nie jest egoistyczne, jest zupełnie normalne. JA też tak
              miałam, świadomość, że inni przeżywają to samo co ja dodawało mi otuchy.
              Myślę, że dla każdego z nas jest nadzieja:-) Tylko musimy mieć oczy i uszy otwarte.

              Grażynko, ja ciesze się, że tu jesteś, że jesteś z nami i dzielisz się swoimi
              doświadczeniami. Pewnie i inni czerpią wiele z twoich wypowiedzi, być może i Ty
              dałaś innym nadzieję, a sama o tym nawet nie wiesz;-)
              Wiesz, te ostatnie dni mi pokazały, że Bóg naprawdę przemawia do nas przez
              ludzi, stawia ich na naszej drodze po coś. I stawia nas na innych drodze, też po
              coś.

              Daj sobie czas. Kiedy u mnie minęło 15 miesięcy od tragedii, to to był czas, w
              którym byłam w największym piekle i bólu. Wtedy by przez myśl mi nie przeszło,
              że za jakiś czas mogę tak czuć i myśleć jak to jest na dziś:-)

              Słońce i dla Ciebie zaświeci. Dla każdego w innym czasie, może do Ciebie
              wcześniej przyjdzie. Nie znacie dnia ani godziny...;-)

              Grażynko, myślę ciepło o Tobie
              Pamiętaj, że nie jesteś sama:-)
              Masz nas
              Dora
              • maretta111 Re: odrodzic się na nowo 27.04.09, 09:15
                Dorotko cieszę się że już jesteś na takim etapie, mi jeszcze chyba do niego
                daleko. Ciągle jeszcze mam żal do Boga, do siebie, do ludzi, do brata, ciągle
                jeszcze myślę że to może sen, koszmar, tak okrutnie tęsknię, wspominam jak brat
                ze mną był , ile on mi dał ile ja jemu, brakuje mi jego telefonów sms, zwykłych
                rozmów typu"co słychać", zazdroszczę innym że mają tak wiele,a ja tylko tracę.
                Martwię się o mamę czy to wytrzyma leży teraz w szpitalu, to był stan
                przedzawałowy,a to dzięki"wsparciu rodziny",a kolejny zawał...boję się
                myśleć(przeszła go jak dowiedziała się jak ciężki stan brata). Tak wiec ciesze
                się razem z Tobą że pomału wychodzisz z tego letargu, Twoje "wyjście" daje nam
                wszystkim nadzieje że może i nam będzie lepiej, tylko jak jeszcze długo?
                • dorrita79 badania 27.04.09, 23:32
                  Dzisiaj wybrałam się na badania markerów i innych (prywatnie) i okazało się, że
                  nie robią markera (który podobno istnieje) który ogólnie wykrywa czy jest jakiś
                  nowotwór czy nie (bo też chciałam mieć pewność apropo kości, że to nic
                  poważnego) a tu się okazało, że za każdy marker, który odpowiada za jakiś
                  konkretny organ, trzeba płacić osobno, więc ogólnie droga sprawa, na którą mnie
                  nie stać. Nie powiem, wróciłam trochę zdegustowana, bo chciałam sobie tą
                  niepewność zdjąć z barków, ale widać nie będzie mi to dane. Zatem póki co
                  pozostaje mi w czwartek usg. Pozdrawiam
                  • halas1961 Re: badania 28.04.09, 11:47
                    Dorotko, bądź dobrej mysli. Nieraz to tylko jakis wlokniak, albo cos
                    nie wymagajacego interwencji. U nas jest taki program dla osob
                    zagrozonych genetycznie choroba nowotworowa. Prowadzi to prpfesor
                    Lubiński na genetyce. Jesli w rodzinie byly przypadki nowotworu to
                    obejmuja opieka i robia wszystko bez kolejki. Co pol roku sami
                    wzywaja na jakies badania, bez wzgledu na to czy jest sie zdrowym
                    czy chorym. Mojej ciotki mama, babcia i siostra chorowaly na raka
                    piersi i drog rodnych.Ona oraz jej pozostale siostry sa tym
                    programem objete. Jak miala torbiele na piersi to od razu zalatwili
                    sprawe bez kolejek, czekania i za darmo. Co do markerow, to niestety
                    na niektore rodzaje raka nie ma czegos takiego jak markery, np.
                    jesli chodzi o raka nerki. Napisalam Ci o tym, zebys dowiedziala sie
                    w swoim miescie, bo byc moze takie badania genetyczne i opieka sa i
                    u Was. Porobiłabys sobie wtedy wszystko za darmo. Usg napewno bedzie
                    dobre, zobaczysz:)
                    Pozdrawiam
                    Halina
                    • dorrita79 Re: badania 28.04.09, 12:12
                      A orientujesz się, czy taki program jest w Warszawie? I czy muszę być
                      zameldowana w tym mieście?
                      W maju będę mieć wizytę u ginekologa, który jest też onkologiem, więc wypytam go
                      o wszystko, co mogę w ramach NFZ
                      Dziękuję za informacje i pozdrawiam;-)
                      • maretta111 Re: badania 29.04.09, 09:09
                        "O! nie rozpaczaj tak, dziecię, Że nie masz ojca i matki! Pan Jezus
                        chodzi po świecie I zrywa na łąkach kwiatki. Chodzi od wioski do wioski I z
                        kwiatów wianeczki zwija. Szczęśliwym uśmiech ojcowski Do chaty rzuca i mija.
                        Lecz gdy sierotę napotka W chacie zwalonej od gromu ,Natenczas zjawia się słodka
                        Twarz Jego na progach domu. I boskie wyciąga dłonie ,Aby przytulić sierotę
                        ,Niesie jej blaski i wonie, Kwiatki niebieskie i złote. A każdy kwiatek
                        niebieski, Którymi Pan Jezus obdarzy, Osusza sieroce łezki Wejrzeniem matczynej
                        twarzy. I w sercu nabrzmiałym łzami Wciąż pączki wypuszcza świeże Jasnymi
                        niebios barwami duszę sieroty ubierze. A każdy kwiatuszek złoty W przewodnią
                        gwiazdę się zmienia I lśni nad czołem sieroty Iskrą czystego natchnienia. Choć
                        pójdzie drogą boleści, Choć nie zna rodzinnej strzechy,w swych piersiach
                        dziedzictwo mieści Pełne niebiańskiej pociechy. Więc nie rozpaczaj tak, dziecię, Że
                        nie masz ojca i matki!Pan Jezus chodzi po świecie I zrywa na łąkach kwiatki."
                        • halas1961 Re:wiersz maretty 29.04.09, 13:34
                          MArto, tak wlasnie mi powiedzial pewna starsza pani, kiedy agatka
                          odeszla, ze Bog zabiera i zrywa ze swego ogrodu najpierw te
                          najpiekniejsze kwiaty. JAk kazdy madry ogrodnik...
                          Halina-mama Agatki
                      • dorrita79 Re: badania 01.05.09, 14:51
                        Zawiadamiam, że badanie wyszło pomyślnie:-)
                        Także narazie bez obaw:-)
                        Jednak zapytam mojego ginekologa-onkologa o możliwość wzięcia udziału w takim
                        programie, o jakim mówiłaś Halinko.
                        pozdrawiam
                        • dorrita79 upadki 13.05.09, 17:58
                          Odradzam się i upadam. Podnoszę się z kolan... upadam. Wiem, w którą stronę iść
                          a jednak potrafię z niej zboczyć wciąż i wciąż. I tak w kółko... Brakuje mi
                          konsekwencji.... chyba we wszystkim od czasu tragedii, tak bardzo mi się nie
                          chce ponosić wysiłku. Dziwne, bo kiedy wstaję z kolan, kiedy życie nabiera
                          barw... czuję, że jest mi lżej, jakoś tak radośniej, inaczej... a jednak wciąż
                          upadam, by już nie było lżej. Skąd te moje upadki więc? Na terapii uświadamiam
                          sobie, że mimo tej mojej chęci widzenia sensu w tym wszystkim, mimo wiary, że Im
                          jest tam już lepiej, to moje uczucia, te które tak chowam głęboko, które staram
                          się zdusić, one wciąż krzyczą "boli". Poczucie krzywdy odradza się na nowo a
                          moja dusza krzyczy "nie mam zgody na to... chcę znów moją rodzinę....jest mi
                          źle!!!!". Ale ja, taka mądra, chcę ja zagłuszyć, chcę przekreślić grubą kreską,
                          jakby tego nie było, chcę zapomnieć.... A przecież się nie da! I co z tego, że
                          wiem, że się nie da, kiedy znowu powtarzam te same błędy, i co z tego, że tyle
                          wiem, kiedy robię coś wbrew własnemu dobru, próbując ukrucić jakiekolwiek
                          nieprzyjemne emocje. A potem jakaś niespodziewana sytuacja przypominająca na
                          nowo, że ich już nie ma otwiera ranę która dźga jak sztylet.... I wtedy czuję
                          się jak bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć niepohamowanym płaczem. Ale
                          ja znowu chcę być mądrzejsza i przechytrzyć te uczucia, stłamsić je.... ale
                          wiem, że one wybuchną wcześniej czy później, tylko z większą mocą. Dlaczego więc
                          to robię? Dlaczego tak usilnie chcę oszukać siebie? Nie wiem. Chyba strasznie
                          się boję jakichkolwiek nieprzyjemnych uczuć. Jestem przyzwyczajona do bycia
                          silną, do stania twardo na ziemi... dlatego tak strasznie trudno zaakceptowac mi
                          własną słabość... bo nie przywykłam do tego... bo życie od dziecka hartowało
                          mnie do bycia silną. A tu klops... bywam słaba, tyle że nie mam własnej zgody na
                          to, a to powoduje, że dodatkowo się nakręcam....bo nie znoszę tej słabości w
                          sobie, bo jej wcale nie chce. Ambiwalencja na maxa....ot, cała ja.
                          • mariola008 Re: upadki 13.05.09, 18:16
                            To takie ludzkie i naturalne. Nie uciekniemy od samych siebie i od uczuć, które
                            nami targają. Ja po roku już wiem, że z pokorą należy znosić te upadki. Taki moj
                            los i nie mam wyboru. Najważniejsze, że pamięć o tych co odeszli pozostanie z
                            nami do końca. To tak jakby dalej żyli.
                            • dorrita79 Re: upadki 14.05.09, 09:01
                              Dziękuję Ci Mariolko za wpis. Właśnie -pokora, to jest to co zgubiłam po
                              tragedii (choć wielu ludzi twierdzi inaczej). Brakuje mi pokory, brakuje mi
                              pełnego zawierzenia Bogu, że wszystko jest na swoim miejscu, tak jak być
                              powinno. Zazdroszczę Ci tej pokory. Bardzo chciałabym na nowo ją odzyskać, ale
                              jak się okazuje, w moim wydaniu wcale nie jest to takie proste;-) Bo lubię
                              "tupać nóżkami" i chcieć, by było tak jak ja chcę. A tu życie mówi "a takiego!".
                              Mam 30 lat i moje doświadczenie życiowe podpowiada mi, że jednak częściej jest
                              nie tak jak ja chcę, ale ta 3letnia dziewczynka we mnie wciąż żyje złudzeniami,
                              że może jednak tym razem ....;-)
                              pozdrawiam cieplutko
                              • dorrita79 :-((( 19.05.09, 22:58
                                Właśnie niespodziewanie umarł tata Darrena. Szukamy najbliższego lotu do
                                Anglii...boje się tych uczuć, przeżywania wszystkiego od nowa, ale muszę być
                                silna dla niego.
                                A wczoraj Kasia skończyłaby 13 lat...i mam doła od wczoraj...a tu jeszcze taki cios
                                • grazyna1965 Re: :-((( 19.05.09, 23:10
                                  Dorotko,tak mi przykro :( Myślami jestem z Tobą.
                                  Grażyna,mama Patryni
                                  • dorrita79 Re: :-((( 20.05.09, 08:09
                                    dziękuję Grażynko. Dzisiaj po południu wylatujemy. Mam tyle mieszanych uczuć,
                                    ale wiem, że teraz nie ja jestem najważniejsza. Szkoda tylko, że w takich
                                    okolicznościach będę musiała poznać jego rodzinę. Nie wiem jak ja się tam
                                    odnajdę w tym wszystkim. Dodatkowo mój język angielski daleko jest od perfect. Z
                                    Darrenem się dogaduję, ale jak oni tam wszyscy będą śmigać... mam nadzieję, że
                                    nie odczuję tam samotności i zbytniej izolacji (biorąc pod uwagę moje lęki przed
                                    nowymi ludźmi)
                                    pozdrawiam
                                    • halas1961 Re: :-((( 20.05.09, 08:49
                                      orotko, jak to jest ze ja tez dopiero niedawno przestałam się bac
                                      nowych ludzi. I to jeszcze nie całkiem do końca. Dasz rade. Trzymam
                                      za Ciebie kciuki i poproszę o wsparcie wiadomo kogo. Dorotko ja
                                      poznałam rodzine mojego męża tez w czasie pogrzebu jego mamy. Trzy
                                      miesiące przed naszym slubem zmarła nagle na zawał. A teść zmarł gdy
                                      mąż był w siódmej klasie. Dorotko zobaczysz że przyjmą Cię
                                      zyczliwie. Bo Ty wiesz co oni czują. A to się wyczuwa, czy ktos nas
                                      rozumie czy nie
                                      Halina-mama Agatki
                                      • dorrita79 :-))) 04.06.09, 12:17
                                        Nareszczie w Polsce!!;-) To był trudny czas, ale jakże owocny:-) Trochę nudy,
                                        trochę łez....ale ogólnie dobrze. Wszyscy wspieraliśmy się nawzajem i
                                        przeszliśmy ten czas wspólnie. Z jego rodziną tj. mamą, bratem się
                                        pokochaliśmy... Ot taką sobie tam byłam małą księżniczką dla jego rodziny,
                                        znajomych i oczywiście Darrena hehe.

                                        W tym miesiącu zaplanowaliśmy zaręczyny, a w przyszłym roku prawdopodobnie na
                                        wiosnę ślub w Anglii:-) Jestem taka szczęśliwa z mym Facetem.

                                        Jeżeli chodzi o pogrzeb i wszystkie sprawy z tym związane, to w Anglii wszystko
                                        wygląda inaczej, duuużo lepiej niż w Polsce. Rodzina otrzymuje wsparcie od
                                        różnych instytucji itd.
                                        Także mam już wstępny zarys "biznesplanu" by zmienić to w naszym kraju. Także
                                        czeka mnie długi pracowity okres. Ale o tym opowiem za... może rok:-)

                                        Ściskam wszystkich mocniutko
                                        • halas1961 Re: :-))) 04.06.09, 13:44
                                          Dorotko, a więc widzisz, że jednak warto było walczyc o siebie i o
                                          wyjście z cierpienia. Glęboko wierzę, ze to bedzie teraz Twoja nowa
                                          szczęśliwa rodzina. Juz Cię widzę otoczoną grupką maluchów w
                                          ogrodzie:):):) Cieszę się jak zawsze razem z Tobą. I pomimo
                                          dzisiejszego smutnego dla mnie dnia Twój list sprawił, ze się
                                          uśmiechnęłam. Dziękuję
                                          Halina - mama Agatki
                                          • maretta111 Re: :-))) 04.06.09, 15:01
                                            dobrze ze już wróciłaś przytulam i pozdrawiam
                                            • bie-tka Re: :-))) 04.06.09, 20:48
                                              Ja również Dorotko cieszę się ze wróciłaś, że promieniejesz
                                              radoscią. Serce sie raduje na widok Was szczęśliwych (nasza-
                                              klasa).Przytulam mocno i pozdrawiam serdecznie Ela mama Adasia.
                                          • dorrita79 Re: :-))) 05.06.09, 12:28
                                            Droga Halinko, rozumiem Twój smutek związany ze świętem Agatki... Ja też
                                            ostatnio obchodziłam urodziny mojej siostrzyczki Kasi...no i ten dzień
                                            dziecka... Nadal jest to dla mnie trudne... ale gdzieś tam jest we mnie spokój,
                                            bo wiem, że im jest już dobrze, że są uśmiechnięci od ucha do ucha i szczęśliwi
                                            tak, jak nigdy na ziemi nie byli. To dodaje mi otuchy.
                                            Przytulam Cię do serducha
                                            • dorrita79 ból, którego nie da się oszukać 28.06.09, 08:38
                                              Od dłuższego czasu działo się ze mną coś dziwnego.... miałam poczucie, że jestem
                                              pełna, że nic więcej nie jestem w stanie pomieścić: żadnej nowej wiedzy,
                                              informacji, NIC. Nie byłam w stanie się na niczym skoncentrować. Nastrój miałam
                                              raczej obniżony. Fakt, że ostatnio wiele się działo ...sporo stresu związanego z
                                              pewnymi sytuacjami, ale też miałam powody do radości, do bycia dumną z samej
                                              siebie. ale tej radości nie było. Myślałam,że to hormony... ale teraz wiem, że
                                              nie. Czara wczoraj się przelała.

                                              Zaczęło się niewinnie. Poszliśmy do kina na komedie -film świetny, ale też jego
                                              tematyka gdzieś dotykała problemu straty. Po filmie łzy zaczęły się lać po
                                              policzkach. Wróciliśmy szybko do domu i wtedy wybuchłam płaczem. Płakałam i
                                              płakałam. a kiedy wydawało się, że już się uspokoiłam, zaczynał się kolejny
                                              wybuch płaczu. W końcu przerodził się w spazmatyczny płacz... zaczęłam odczuwać,
                                              że tak strasznie mi Ich brakuje, że tak strasznie za nimi tęsknię. W końcu
                                              dopuściła te myśli i uczucia do siebie. Ból przeszywał mnie od stóp do głowy.
                                              Miałam poczucie, że jeszcze chwila i serce mi pęknie. Doszło do hiperwentylacji,
                                              w głowie się kręciło, nóg nie czułam, oddechu nie mogłam złapać. Zaczęło to
                                              wyglądać bardzo groźnie. Mój luby zaniósl mnie na balkon, na świeże powietrze i
                                              przypominał mi, żebym oddychała. Widziałam strach w jego oczach... zresztą sama
                                              byłam przerażona. trwało to wszystko z 3 godziny (wolę się dzisiaj w lustrze nie
                                              przeglądać;-)) Przyszedł do mnie tak potężny ból.... jaki czułam niedługo po
                                              tragedii. Ból...który potrafi zabić.

                                              Wniosek jaki się nasuwa to taki, że podświadomości nie oszukam. Mogę starać się
                                              nie myśleć, że ich już nie ma, mogę uciekać od tych uczuć, żyć jakby nigdy nic,
                                              ale....prędzej czy później ból i tak mnie dopadnie w najmniej spodziewanym
                                              momencie. W końcu czara musi się przelać.
                                              Tak tak.... wciąż uciekam przed uczuciami związanymi ze stratą. Na głowę wiem,
                                              że im tam już jest dobrze, że oni nie cierpią, że oni gdzieś są... dużo
                                              szczęśliwsi....ale serce wciąż nie ma zgody na to. Droga do akceptacji jeszcze
                                              daleka. Tylko tak trudno stawiać temu czoła... wciąż uciekam przed tym bo boję
                                              się właśnie, że ten ból może mnie zabić. Ale im więcej i dłużej staram się
                                              chować to w sobie...tym bardziej ten ból, który może zabić jest realny (czego
                                              prawie doświadczyłam wczoraj). Ale wiem, że innego wyjścia nie ma. Trzeba mówić
                                              o tym, o swojej stracie, tęsknocie... jeśli chcemy kiedyś normalnie żyć. Niby
                                              taka mądra jestem a wciąż głupia. Tyle rzeczy wiem, jednak w
                                              zastosowaniu.....kiepska jestem. Chciałoby się przechytrzyć siebie ale się nie
                                              da. Moim problemem jest ciągle to, że chce być silna za wszelką cenę, że wydaje
                                              mi się, że sama sobie poradzę. Ale mam rację - WYDAJE mi się.

                                              Dlatego dobrze,że jest ta grupa, gdzie możemy znaleźć zrozumienie, akceptacje..
                                              gdzie możemy opowiadać o swej stracie, o tym co się w nas dzieje i znajdować
                                              wsparcie, ukojenie. To jest cholernie ważne dla procesu zdrowienia i wychodzenia
                                              z żałoby.
                                              Dziękuję że jesteście!

                                              Swą wypowiedź chciałam zakończyć czymś optymistycznym:
                                              kiedy wczoraj powoli dochodziłam do siebie...łzy już tylko swobodnie płynęły po
                                              policzkach, oddech zaczął wracać do normy.... luby starał mi się przekazać, że
                                              oni wciąż są...obok nas ... w radiu zaczęła lecieć piosenka, a w refrenie słowa
                                              "zawsze będziemy Cię kochać". Musze Wam powiedzieć, że byłam pewna, że to moja
                                              Rodzina chce mi przekazać, że oni Są i troszczą się o mnie.

                                              Chaotycznie wszystko napisałam, ale nie ważne.... ważne jest to, że chciałam się
                                              z Wami podzielić swoim doświadczeniem

                                              spokojnej niedzieli życzę Wszystkim
                                              • halas1961 Re: ból, którego nie da się oszukać 28.06.09, 11:02
                                                Dorotko, masz rację nie da sie przechytrzyć swoich emocji, tęsknoty, bólu. Ja
                                                też taka silna niby, wszystkich starająca sie pocieszyc...Tysiące zajęć
                                                wymyslająca dla siebie. Dzielna kobieta...Mój Boże jakie to mało prawdziwe. Ta
                                                dzielna upadająca tak czesto, ta dzielna którą rani byle jakie słowo, zachowane
                                                bliźniego, nadwrażliwa, jak mówią niektórzy... Dzielna kobieta, którą tak
                                                zabolało, że jednak musi sama się zmagać, że nie znajdzie przewodnika
                                                duchowego...I dziś na mszy było kazanie do mnie...Może takie właśnie na dzień
                                                dzisiejszy przypadało czytanie, albo Bóg czy moja Agatka chcieli mi pokazać, że
                                                sama nie jestem. O wskrzeszonej córce Jaira... O kobiecie która dotknęła się
                                                szaty Jezusa i uzdrowił ją, bo tak bardzo tego pragnęła i wierzyła...Taki szloch
                                                mną wstrząsnął, głupio mi było, ale nie byłam w stanie opanować łez. Mówię Ci
                                                Dorotko, tak jakby mnie osobiście chciał Bóg przekazać: "Do Ciebie teraz mówię,
                                                Ciebie pocieszam, specjalnie do Ciebie". Nadal uważam ,że człowiek potrzebuje
                                                drugiego człowieka. Ale uświadomiłam też sobie, że nie będę szukac na siłę tego
                                                co mi być może wcale nie będzie pomocne. Uświadomiłam sobie, ze Was Bóg mi dał
                                                jako ludzi dla mojej pociechy. I że jeśli nie mogę przyswoić sobie czegoś,
                                                zrozumieć tak widocznie narazie powinno pozostać. My chyba oprócz tego, że
                                                bardzo chcemy liczyć na bliźnich również i zbyt wiele chyba czasem oczekujemy od
                                                siebie. Po raz którys juz z rzędu dziekuję że Was wszystkich maiałam szczęście
                                                poznać. Dziekuję...
                                                Halina-mama Agatki
                                                • grazyna1965 Re: ból, którego nie da się oszukać 28.06.09, 15:29
                                                  Dziewczyny, macie rację..też tak mam. Jak wpadam w wir pracy, zajęć
                                                  od rana do wieczora to jakoś leci, żyję w jakimś schemacie dnia,
                                                  który pozwala zapełnić czas. Ale są też i takie chwile gdy nie radzę
                                                  sobie zupełnie, gdy czuję, że zasypuje mnie tona gruzu. Wczoraj
                                                  byłam na spotkaniu z moimi koleżankami, taki babski wieczór. One
                                                  znały moją Patrynię, bardzo dobrze. Patra nawet zachęcała mnie do
                                                  tych spotkań, lubiła gdy spotykałam się z nimi.Po śmierci Patry
                                                  kilkakrotnie już spotkałam się z nimi..ale wczoraj tak strasznie
                                                  odczułam swoją ,,inność"..słuchałam ich opowieści o dzieciach, o
                                                  problemach dnia dzisiejszego..ich żartów. Chciały dobrze, wiem, ale
                                                  nie było dobrze. Czułam tak ogromną pustkę, że po powrocie do domu
                                                  wpadłam w straszne przygnębienie. Tęsknota za tym co miałam zwaliła
                                                  mnie z nóg. Musiałam się wypłakać, wyżalić i dopiero zasnęłam.
                                                  Myślę, że nie jestem gotowa na takie spotkania. Miałam wrażenie, że
                                                  jestem tam intruzem a na ich uwagi / pewnie wynikające z troski /
                                                  odpowiadałam agresją. Czułam to. Złość, agresja..nie byłam kiedyś
                                                  taka. Moim azylem jest mój dom. To tutaj czuję się najlepiej.
                                                  Wystarczy, że mąż jest obok.Tutaj mogę pisać, oglądać zdjęcia
                                                  Patryni..czytać. Ja, która kiedyś nie mogłam żyć bez ludzi, bez
                                                  spotkań, bez rozmów z nimi, teraz odsuwam sie od nich bo żle się
                                                  czuję w ich obecności.Najbardziej boli mnie to, że wszyscy myślą, że
                                                  skoro pracuję już, że przytyłam / podobno dobrze!!! wyglądam/ to już
                                                  jest wszystko dobrze, że nie cierpię. Jak bardzo mylą się. Mam
                                                  ochotę krzyczeć, że jest mi tak strasznie źle, że umieram każdego
                                                  dnia z rozpaczy i tęsknoty za Patrą i że nienawidzę tego życia bez
                                                  Niej. Ale jeśli zaczynam mówić o tym to niestety wprawiam ich w
                                                  zakłopotanie..szybko zmieniają temat i zaczynają gadać o pierdołach,
                                                  na które ja nie mam sił. Tak to wygląda. Każdego dnia szukam
                                                  motywacji do życia ale nie mogę poukaładać myśli. Czasami mam
                                                  wrażenie, że to już nie moje życie, że oglądam jakiś film, który nie
                                                  może się skończyć. Tak Halinko, nie da się przechytrzyć swoich
                                                  emocji, tęsknoty, bólu. Nie oszukamy się.Ale jakie mamy wyjście? Jak
                                                  poukładać myśli żeby nie zwariować? Nie wiem..jeszcze nie wiem.
                                                  Dzisiaj niedziela, najgorszy dzień dla mnie. Może msza wieczorna
                                                  odrobinę postawi mnie na nogi..
                                                  Pozdrawiam Was cieplutko
                                                  Grażyna,mama Patryni
                                                  • dorrita79 a ja sie dzisiaj tak strasznie cieszę:-)) 28.07.09, 16:07
                                                    Bo właśnie obroniłam się na 5 i od dzisiaj jestem magistrem psychologii:-)
                                                    Także, w wolnych chwilach...będę znowuż tu zaglądać

                                                    ściskam wszystkich
                                                    Dora
                                                  • 999mamuska Re: a ja sie dzisiaj tak strasznie cieszę:-)) 28.07.09, 19:43
                                                    Dorotko bardzo się cieszę i gratuluję.Oby dalej układało Ci się życie na 5,tak
                                                    wiele przeszłaś,że należy Ci się za to jakaś rekompensata.
                                                    Pozdrawiam serdecznie.
                                                  • dorrita79 Re: a ja sie dzisiaj tak strasznie cieszę:-)) 29.07.09, 14:38
                                                    Baaardzo Wam dziękuję za gratulacje. Niemożliwe stało się możliwym:-)

                                                    Ostatnio bardzo zaniedbałam to forum, ponieważ siedziałam w książkach i
                                                    zakuwałam pytania z 5 lat.

                                                    Nawet nie umiem oddać tego, jak się teraz czuję. Jeszcze w styczniu tego roku,
                                                    myślałam, że nie dam rady, że się poddam. Studia skończyłam 2 lata temu, ale
                                                    przez tragedię zawiesiłam seminarium magisterskie. Myślałam, że już nie podejmę
                                                    się takiego wysiłku, że mój mózg tak wyleniwał przez ten ostatni czas, że jest
                                                    to przekraczające na teraz jego zdolności;-) Było ciężko, czułam się chora,
                                                    ciągłe mdłości....napewno, było to dla mnie za dużo na raz po tak dłuuugiej
                                                    przerwie. Ale dałam rady!:-) I czuję się dumna z siebie.
                                                    Żałuję, że tej radości nie mogę dzielić realnie z mamą, moją rodziną, że nie
                                                    mogę zadzwonić i powiedzieć "Mamo, jestem już magistrem". Żałuję.
                                                    Ale wiecie co, moja ciocia, siostra mojej Mamy, wysłała mi smsa z gratulacjami i
                                                    słowami typowymi dla mojej Mamy. To chyba znak od Niej, że wie, i że cieszy się
                                                    razem ze mną.

                                                    pozdrawiam
                                                    Dora




                                                    999mamuska napisała:

                                                    > Dorotko bardzo się cieszę i gratuluję.Oby dalej układało Ci się życie na 5,tak
                                                    > wiele przeszłaś,że należy Ci się za to jakaś rekompensata.
                                                    > Pozdrawiam serdecznie.
                                                  • osmiorniczka030 Re: a ja sie dzisiaj tak strasznie cieszę:-)) 29.07.09, 00:51
                                                    Moje gratulacje, Pani Psycholog... :-)
                                                  • hanka_m Re: a ja sie dzisiaj tak strasznie cieszę:-)) 29.07.09, 13:24
                                                    Gratulacje,wspaniale Dorritka!
                                                  • halas1961 Re: a ja sie dzisiaj tak strasznie cieszę:-)) 29.07.09, 15:00
                                                    Dorotko, popatrz jak wielu ludzi cieszy się razem z Toba. I ja się
                                                    dołączam do gratulacji. I wierzę, ze dalsze Twoje plany zawodowe o
                                                    ktorych kiedys pisałaś tez uda sie zrealizowac. Tylu masz przeciez
                                                    pomocników z tej drugiej strony tęczy (jak pisze Ania). Dorotko choc
                                                    zadzwonic nie mozesz to mama pewnie swiętuje równiez i chwali się
                                                    swoją dzielną córeczką przed Bogiem i innymi co juz tam... Jeszcze
                                                    raz Ci gratuluję:)
                                                    Halina-mama Agatki

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka