dorrita79
26.04.09, 20:03
Witam Was wszystkich. Właśnie wróciłam z kolejnych dni skupienia. Wiele tam
myślałam, sporo czytałam na temat Boga, Jego miłosierdziu, uczestniczyłam w
mszach. I chcę się z Wami czymś podzielić. Ogólnie większość tego czasu
spędzałam sama ze sobą, na swoich rozmyślaniach.
Ale żeby dojść do meritum, muszę wrócić do pewnej sprawy.
Otóż, niedawno okazało się, że mam guza w piersi. W nadchodzącym tygodniu będę
robiła usg piersi oraz markery na wykrycie, czy są jakieś zmiany nowotworowe
(jestem w podwyższonej grupie ryzyka, gdyż moja rodzina niestety jest mocno
obciążona tą chorobą). Nie długo po tym odkryciu miałam terapię indywidualną,
na której powiedziałam, że chciałabym mieć raka, chciałabym mieć wyznaczoną
długość życia, bo może wtedy żyłabym pewniej, prawdziwej. No i szybciej
spotkałabym się z nimi.
I tam, na tych dniach skupienia po jednej z mszy doszło do mnie, jakże byłam
pełna pychy mówiąc w ten sposób, jakże głupia. I zapłakałam nad swoją pychą.
Pewien mężczyzna zaczął mi towarzyszyć w mym płaczu. Było już późno, ciemno i
zimno. Usiedliśmy na ławce, on opowiadał trochę o sobie, a mnie łzy płynęły
strumieniami. Tak bardzo mnie własna głupota zabolała. Jak mogłam tak mówić,
kiedy Ci co mają raka, zrobili by wszystko, żeby być zdrowymi.
Przy okazji zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę, wcale nie jest mi
wszystko jedno, co badania wykażą, bo przecież ja tak bardzo PRAGNĘ by założyć
rodzinę, mieć dzieci, dać im całą swą miłość i żeby kiedyś być może pomagać
osobom, które przeżywają to samo co ja - stratę po bliskich.
Powoli mój płacz zaczął przeradzać się w szloch a następnie w głośną
rozpacz. płakałam i płakałam. Łez nie było końca, potem już wypłakiwałam ten
ból, tą tęsknotę za Nimi. ów mężczyzna przy mnie trwał. Po prostu był obok. A
ja zawodziłam coraz mocniej.... moja dusza płakała, moja maska bycia silnej
(którą tak przywdziewam na codzień) opadła... trwało to całą wieczność. Byłam
zmęczona... ale o ile lżejsza. Wiedziałam, że to było dobre.
Na drugi dzień dużo z tym mężczyzną rozmawiałam. Opowiadałam mu o sobie, o
mojej rodzinie, o miłości, którą przelewałam na rodzeństwa, po tym jak uczyłam
swoją mamę gestów miłości, i tym, że coś zaczyna się zmieniać w moim sercu.
I wiecie co, on zapłakał, kiedy się żegnaliśmy... mówił mi o swojej
wdzięczności do Boga, za to że mógł mnie spotkać, że mógł zrozumieć dzięki
mnie pewne rzeczy, i że teraz będzie się bardziej starał aby dać więcej
miłości swojej córce. To było dla mnie niesamowite.... ta więź dusz, która nas
połączyła. Wiele ludzi tam miało dla mnie wiele podziwu i szacunku, bo ponoć
ja swoją osobą pokazałam, że wszystko można przeżyć. Piszę to nie dlatego by
się chwalić, bo ja wcale tak siebie nie odbieram jak inni ludzie mnie, ale
podzielić się mą radością, że moja osoba może komuś coś pokazać, czegoś
nauczyć, że komuś mogę być jeszcze potrzebna, mimo iż ja sobie wydaję się
bardziej wybrakowana niż pełna. Czuję się słaba i ułomna
Zaraz po tragedii odwróciłam się od Boga, którego wcześniej i tak dobrze
nie znałam. Złorzeczyłam, pytałam "dlaczego ja, dlaczego mnie to spotkało,
czemu całe życie mam pod górkę, czemu ciągle muszę pokonywać przeszkody?"
Odpowiedzi nie było.
Dopiero teraz, kiedy zaczęłam Go poznawać, Jego miłość zaczynam powoli je
widzieć. Choć to trudne, choć boli. Zaczynam dochodzić do wniosku, że właśnie
On mnie wybrał, abym mogła sama siebie zbawić, abym swoim krzyżem mogła siebie
odkupić. Ta tragedia zaczęła mi otwierać oczy na Niego, powoli się zbliżać
(choć oczywiście nie od razu). I może dzięki temu co przezyłam, będę mogła być
dobrym psychologiem dla ludzi, których mogę zrozumieć i przy nich trwać w ich
żałobie. Wiem, brzmi to wszystko górnolotnie, ale tak to właśnie zaczynam
widzieć.
Ja już zrozumiałam, że bez Boga nie rusze do przodu, nie zaznam spokoju,
nie będę szczęśliwa. Oczywiście dopiero zaczynam robić w tym kierunku małe
kroczki jak raczkujące dziecko.
Chcę zaprosić do moje życia Boga. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, co się
dzieje na mszach, uważnie słuchać. Mówi się, że cierpienie uszlachetnia i
chyba zaczynam widzieć w tych słowach prawdę. Bóg daje mi szansę by się do
Niego zbliżyć i by oddać mu swój ból. Tylko On może mi w tym pomóc, tylko On
może dać mi ulgę w cierpieniu.
Moja droga dopiero się zaczęła... moja przemiana....i chciałabym nie
zboczyć z tej drogi i nie zapominać o nim, i jak dziecko uczyć się mu ufać.
To "rodzi się w bólach", ale tylko takie narodziny moga być cenne i
wartościowe.
hmm...sama nie wierzę, że to napisałam. Mam nadzieję, że nie uznacie mnie za
nawiedzoną;-) bo daleko mi do takiej. Nawet jeszcze daleko mi do wiary pełnej
i niezachwianej.
Pozdrawiam i ściskam Was wszystkich