Dodaj do ulubionych

adaptacja - jak to zrobiłam

07.11.11, 19:26
Nasz syn ma obecnie 20 miesięcy.

Kilka miesięcy temu wyjechaliśmy z Polski do Szwajcarii. Niestety do części niemieckojęzycznej, a ja niemieckiego nie znam.

Miasta lub kościoły często oferują grupy konwersacyjne, a niektóre z nich dają opieke nad dzieckiem. Zapisałam się na taki kurs. Dzieci mają osobny pokój, dużo zabawek, są trzy opiekunki.

I tak poszłam kilka razy. Niestety z zajęć nic nie wyniosłam, bo siedziałam z dzieckiem. Panie opiekunki są zwolenniczkami humanitarnej adaptacji (choć jak rodzic chciał niehumanitarnie, to się nie sprzeczały). Ich celem było doprowadzenie do takiej sytuacji, że matka powie dziecku, że wychodzi, a dziecko zrobi papa lub po prostu nie będzie rozpaczało. Mówiły też panie, że płacz do 5 minut jest ok, ale więcej to już nie. I tak za każdym razem jak szłam na zajęcia, to po kilku minutach po mnie przychodziły.

Byłam tak załamana tą sytuacją, że rozważałam rezygnację z kursu... W dzień poprzedzający zajęcia myslałam o tym, że znów będę siedziała w przedszkolu zamiast się czegoś nauczyć.

I tu z pomocą przyszedł mąż!
Zaproponował, że będzie chodził ze mną i zobaczymy jak bedzie przebiegała separacja Stasia od taty zamiast od mamy.

I wiecie co? Byliśmy na takiej zasadzie już trzy razy.
Za pierwszym razem odprowadził go mój mąż, posiedział z 5 minut i wyszedł! Musiał dwa razy interweniować (w ciągu 2 godzin).

Za drugim razem też interweniował dwa razy, ale jak przyszłam odebrać dziecko, to stało na krześle trzymając panią za ręce i dobrze się bawiąc.

Za trzecim razem mąż został na korytarzu, a ja odprowadziłam Stasia, zostałam 5 minut, pożegnałam się i wyszłam. I wcale nie płakał! Mąż interweniował raz (Staś wpadł w rozpacz jak inna dzieczynka długo płakała).
Chcemy jeszcze spróbować ze 2 razy z taką asekuracją a później już tylko ja.

Wyszło długo.
Wiem, że nie w każdej rodzinie da się zaangażować męża, ale może niektórym ten sposób pomoże.
Obserwuj wątek
    • Gość: domza2 Re: adaptacja - jak to zrobiłam IP: *.rzeszow.vectranet.pl 08.11.11, 10:30
      W przedszkolach bardzo często panie proszą , aby to tatusiowie odprowadzali dzieci, bo lepiej sobie z tym radzą zarówno tatusiowie , jak i dzieci. U nas w okresie zachwytu przedszkolem odprowadzałam ja, było zupełnie bezproblemowo. Jak zaczął się okres zniechęcenia, odprowadzał tato i było lepiej niż przy mnie, chociaż ja nie byłam nigdy spanikowana przy tym odprowadzaniu. Ale zasada była dla nas jasna - odprowadza jeden rodzic, by dziecko nie czuło rozdarcia i szansy zwrócenia się do tego drugiego, gdy jeden będzie wychodził. Na każde dziecko działa coś innego. Ale najważniejsze, moim zdaniem, to przyjąć, że smutek rozstaniowy jest zupełnie naturalny i że dziecko musi przejść przez ten etap rozstania z rodzicem. Nie można tego przyspieszać, czy szukać sposobów, aby "oszukać" dziecko (to częste), ale przyjąć to na klatę:)), choć to niełatwe dla rodziców maluchów debiutujących w społeczeństwie:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka