female.psycho
26.01.08, 22:35
Mam przed sobą dwie jeszcze nie przeczytane pozycje: "Gdy runą mury milczenia" oraz "Bunt ciała". Niestety, tylko te dwie udało mi się dostać. Przejrzałam pobieżnie treść i mam wrażenie, że autorka ma bardzo wiele racji, ale jest zbyt zapalczywa i nieco zaślepiona. Dlaczego nic nie wspomina o ludziach, którzy pomimo trudnego dzieciństwa nie mają problemów ze sobą? Przecież życie to nie wzór matematyczny. Rodzeństwo zazwyczaj wychowuje się w identycznych warunkach, a potem okazuje się, że dzieci tych samych rodziców są zupełnie inne, inaczej wychowują swoje dzieci, inaczej odczuwają wszystko i inaczej patrzą na świat. Chyba jest gdzieś w człowieku jakiś wewnętrzny "core", kręgosłup moralny, osobowość, dusza, sumienie i to stanowi o nas, jako ludziach. Spoglądając na wychowanie z perspektywy Miller można popaść w obłęd. Należałoby kontrolować każdy swój ruch, słowo, gest, bo przecież wszystko to może mieć wpływ na kształtowanie osobowości naszego dziecka. Tymczasem okazyjne zdenerwowanie i taka zwykła ludzka słabość - tego chyba też nasze dzieci muszą się nauczyć. Bo to po prostu życie. Fakt, że pacjenci Miller to dzieci skrzywdzone przez rodziców nie oznacza przecież, że nie ma całej rzeszy innych skrzywdzonych, którzy radzą sobie śwetnie. A może ja się mylę? Co o tym myślicie?