martan.2
09.09.09, 11:00
Mam ogromny problem-jak się rozstać z kimś kogo się nie kocha, a z kim ma się
malutkie dziecko. Jesteśmy parą już 6 lat- nie był to udany związek od samego
początku-oboje mieliśmy inne zainteresowania, znajomych a już sam fakt że
wychowaliśmy się w diametralnie innych rodzinach też miał wpływ na nasz
związek. Dosłownie- być bo być- jakoś to będzie. Ale 3 lata temu poznałam
kogoś kto dał mi wszystko to czego brakowało mi u tamtego partnera-miłość,
szacunek,bliskość, umiejętność słuchania itp. Nagle zrozumiałam że bycie w
związku to nie tylko same półsłówka rzucane gdzieś do telewizora, ciągłe
pretensje, wypominanie że jestem z takiej a nie innej rodziny, wmawianie że
brak mi ogłady, że utrzymuje mnie, że gdyby nie on to skończyłabym na dworcu
itp. Ale niestety- doskonała taktyka i granie na mojej wrażliwości spowodowały
że zakończyłam tamtą znajomość i wróciłam skruszona do niego. Mieliśmy
zacząć wszystko od nowa, bez wypominania sobie przeszłości, założyliśmy jakiś
plan na życie i pojawiło się dziecko 2 lata temu. I scenariusz się powtórzył-
chłód emocjonalny wobec mnie i dziecka, całe dnie w pracy żeby nas utrzymać(to
rozumiem, ale nie rozumiem że jak w czasie wolnym można siedzieć i pić piwo z
pilotem przed telewizorem a nie poświęcić chociaż chwili na zabawę z
dzieckiem). Jak już wymusiłam na nim kontakt z dzieckiem to rzeczywiście był
on wymuszony- raczej żebym mogła posprzątać. On w tym czasie „zajmował
się”synkiem. Zawsze bez radości, z kamienną twarzą...
Od stycznia tego roku przepaść między nami pogłębiła się, fakt- jest też w tym
moja wina, przestałam być wobec niego szczera jeżeli chodzi o finanse,a tak
ogólnie zaczęło się od drobnych kłamstewek (chociaż powiedzenie prawdy nie
spowodowałoby wielkiej tragedii). On zaczął rozgrzebywać przeszłość naszego
związku i zamiast patrzeć w przyszłość zaczęliśmy wypominać sobie przeszłość.
Znienawidził mnie do tego stopnia że codziennie wysłuchiwałam że jest tu tylko
ze względu na syna(on w większości pokrywa wydatki związane z domem, ja
niewiele zarabiam, a pracuję tylko do końca listopada), że niedobrze mu na mój
widok, że powinnam chodzić chyba na kolanach i dziękować mu i jego rodzinie że
mi(?)pomogli itp.,itd. Nie mam swoje rodziny, rodzice nie żyją już, z bratem
nie mam kontaktu, dalsza rodzina mieszka daleko. Jedyne co mam to cudownego
synka i mieszkanie po rodzicach. Ta złość i frustracja że jestem niejako
skazana na życie u boku człowieka który ma nie za nic, wywołała u mnie
najpierw jakąś dziwną formę depresji która po krótkim czasie przerodziła się w
bunt i złość. Postawiłam wszystko na jedną kartę- koniec, pakuj się, dziękuję
za pomoc, ale ja zaczynam nowe życie. W czasie zbiegło się to że
zaprzyjaźniłam się pewnym mężczyzną, dla mnie ta znajomość ma na razie formę
czysto platoniczną ale nie ukrywam że wiąże z nią większe nadzieje. I ojciec
mojego syna zareagował tak jak można było przewidzieć-najpierw drwiny- a jak
Ty sobie poradzisz bez moich pieniędzy, potem błagania żeby spróbować dla
dziecka, potem taktyka „kochającego tatusia”, a teraz zrobił ze mnie najgorszą
przed całą swoją rodzina kłamiąc im że mam romans i dla kilkutygodniowej
znajomości z innym mężczyzną pozbawiam syna ojca, straszy mnie że zabierze mi
dziecko (ma stałą pracę, kontakty, nieposzlakowaną opinię), a przede wszystkim
potrafi tak wmawiać innym to co chce że sam zaczyna temu wierzyć. Syn od
kilkunastu dni intensywnie mruga, okulista wykluczył wadę wzroku, ale on
twierdzi że to przez to iż spotkałam się ze swoim „kochasiem” i Bóg wie co
robiliśmy (bo dziecko ma też siniaki na nogach). Siniaki ma bo tata siłą
upychał mu je w koszyku sklepowym kiedy próbowało się dziecko wydostać. Ale on
tak to opisuje przekonywająco chociaż zna prawdę, że ja zaczynam wierzyć że to
rzeczywiście moja wina. No przecież to jest chore. Co ja mam teraz zrobić?
Poddać się po raz drugi i zacząć wszystko od nowa „dla dobra dziecka” czy
walczyć o to że mogę być jeszcze kiedyś szczęśliwa??? Nie mam nikogo, żadnej
rodziny ani przyjaciół którzy by mi pomogli.Jedyne co mam to ogrom jakieś
niesamowitej siły, nie wiem skąd ona się we mnie wzięła...