kajos5 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 26.09.12, 20:09 a moim zdaniem wcale nie chcesz rzeczowej porady - odrzucasz niemal wszystko co ci tu napisano. Ty chcesz usłyszeć że wszystko jest ok, że super z ciebie żona a on z pewnością kiedyś to doceni i zmieni swoje postępowanie. Odpowiedz Link Zgłoś
xika_da_selva Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 26.09.12, 20:43 esteraj b.madrzep rawi, wczytaj sie w jej posty. Owszem, wyglada to jak przemocowy zwiazek, zakladam jednak ze jestescie stosunkowo mlodzi. Moze facet nie wie, ze mozna sie zachowywac inaczej? Dlatego musisz dbac o wlasna ¨integralnosc¨, a nie skupiac sie na facecie. Wyglada to tak, jakbyscie obydwoje szukali potwierdzenia wlasnej wartosci w tym drugim:on poprzez szykanowanie ciebie, a ty poprzez uslugiwanie mu. Rady Esteraj sa dobre, poniewaz zachowujac sie w ten sposob nabierasz wartosci nie tylko w swoich oczach, ale i byc moze w meza (chociaz pewnie dlugo sie do tego nie przyzna i tobie poczatkowo nie powinno na tym zalezec). No bo co zlego w tym, ze bedziesz ogladac jakis program, nawet jesli jest idiotyczny? Jesli ty podjelas decyzje, zeby to obejrzec, to znaczy nie wiecej i nie mniej, ze bedziesz dany program ogladac. I tyle. On sobie bedzie siedzial w innym pokoju, a ty zadowolona przed TV. W czym problem? Jesli wciaz sie bedzie nasmiewal i nazywal ciebie idiotka, zawsze mozesz mu powiedziec cos w stylu: to kim jestes ty, skoro ozeniles sie z idiotka?. Faceci zazwyczaj maja slaby refleks w utarczkach slownych i graja na wyswiechtanych juz zdaniach. Wiesz, ludzie czesto mowia glupoty. Naprawde. Byc moze on w ogole na poczatku nie zdawal sobie sprawy z powagi wlasnych slow. Potem, przy braku reakcji nastapila eskalacja takich zachowan. A teraz to juz niemal po ptakach, bo jesli bedziesz plakac, cierpiec itp, to bedzie plachta na byka, takie zachowanie w tym kontekscie czesto niemal zapraszaja do podlozenia nogi. Dlatego jedyne co mozesz zrobic, to racjonalnie ¨argumentowac¨- asertywnie oczywiscie, bez zbednych tlumaczen, ze ...to co pisala Esteraj w jej chyba pierwszym poscie, byc pewna siebie i co najwazniejsze, nie ogladac sie tak na meza. Moze sie zaskoczysz. Moze Twoj facet pozytywnie zareaguje na zmiany Twojego zachowania.. Uwaga, pozytywnie nie oznacza, ze powie: och, kochanie, ale jestes asertywna, odkrylem w tobie wartosciowa kobiete i od teraz bede cie kochal miloscia bezgraniczna, ale byc moze jego reakcje beda adekwatne do sytuacji, od: aha, to sobie ogladaj co chcesz, do ok, to ja pojde do drugiego pokoju poczytac Odpowiedz Link Zgłoś
xika_da_selva Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 26.09.12, 20:47 i dziewczyny tez maja racje: racjonalne pytania nie tylko zbijaja z pantalyku, ale tez zmuszaja do myslenia. Przy takich odzywkach faceta zapytalabym sie, co chce w ten sposob osiagnac. I oczekiwalabym odpowiedzi. Mozesz tez zagrac w ten sposob: wiesz, ze sie martwie/ smuce/ denerwuje, kiedy mnie traktujesz w ten sposob. Czy naprawde chcesz zebym byla smutna? Najlepiej w ogole, zebys sie autentycznie zdenerwowala. Osobom zahukanym czesto brakuje prawdziwego i realnego GNIEWU. Odpowiedz Link Zgłoś
mokryleon Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 26.09.12, 21:55 Wydaje mi się, że już zadawałam takie pytania. Odpowiedź na nie zwykle jest dość podobna: (agresja, krzyk, machanie rękami) "daj mi spokój, ja nie wytrzymam, kiedyś się powieszę/rozbiję/zapiję i będziesz wreszcie zadowolona" Przy czym to nie następuje wcale po jakiejś długiej sprzeczce czy tzw gderaniu tylko po zadaniu krótkiego pytania, spokojnym tonem. Odpowiedź jest też często nielogiczna i jest odpowiedzią na jakieś kompletnie inne pytanie, którego nie zadałam. Czasami brzmi to zupełnie niedorzecznie. Jeszcze wyobrażam sobie opcję: ja: - co chcesz przez to osiągnąć on: - nic (pochmurna mina przez kilka godzin) ja: - czy chcesz żebym była smutna ? on: - ja po prostu mam wszystkiego dosyć Odpowiedz Link Zgłoś
hatsu33 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 26.09.12, 22:17 Czy Ty jesteś pewna, że Twój mąż Cię kocha?? Przepraszam, ale z tego co opisujesz, to wynika, że się z Tobą strasznie męczy, jest z poczucia jakiejś dziwnie pojętej przyzwoitości albo nie ma innego wyjścia. Jesteś pewna, że Cię kocha, czy też wolisz nie wiedzieć? Odpowiedz Link Zgłoś
yenna_m Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 00:54 ja mam wrażenie, że mąż o prostu autorki nawet nie lubi Odpowiedz Link Zgłoś
nowy99 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 26.09.12, 23:50 Jak nic wychodzi to, co ci zarzucilam wyzej. Jest umęczony twoimi pytaniami, prośbami. Najgorsze, ze teraz mam juz pewnosc, ze zmęczony material juz nie kocha i ma dosc. Zrob cos z tym, bo jeszcze chwila i gosc zwieje. Jak nic wychodzi, ze zameczylas go swoimi chceniami. Albo pobraliscie sie nie z wzajemnej milosci i teraz sie meczycie, albo te mlodziencza milosc zadusiliscie oboje: on swojaoziebloscia, ty upierdliwoscia i chceniami. Tylko kto zaczął? A z ta nadzieja jest tak, ze kobieta ma nadzieje, ze po slubie maz sie zmieni, a facet ma nadzieje, ze po slubiekobieta sie nie zmieni... Odpowiedz Link Zgłoś
julita165 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 26.09.12, 22:42 Moim zdaniem opcje są trzy: 1. zlewasz go jak on Ciebie tj. rób tylko to na co Ty masz ochotę czy jest Tobie potrzebne a w ogóle ignoruj jego, ewentualnie nie ignoruj całkiem tylko komunikuj ( oczywiście miłym tonem ) czego od niego chcesz typu wynieś śmieci, posprzątaj łazienkę czy kup marchewkę. Ale z uśmieszkiem. Rozmawiaj jak tylko Cię zahacza, nie dawaj pretekstu do kłótni i zwalania winy na Ciebie. Coś w stylu - on skwaszony - Ty uśmiechnięta, nie widzisz że coś mu "dolega" tylko organizujesz sobie czas jak lubisz i radośnie opowiadasz jak Ci dobrze. Jak Cię kontruje, że to głupoty - odpowiedz, że to Tobie miało być miło a nie jemu i Tobie jest fajnie a jak mu z tym źle to już nie Twój problem. Może dotrze, że nie jest pępkiem świata i szczytem Twoim marzeń i bez niego też może być Ci w życiu dobrze i zastanowi się czy jemu aby na pewno też. No i oczywiście kompletnie nie masz czasu na zaspokajanie jakichkolwiek jego potrzeb. To jest opcja jeśli jeszcze Ci na nim zależy bo moim zdaniem tylko tak dotrze do niego co może stracić i jeśli jemu jeśli też troszkę się chce to może się zmieni 2. zlewasz go jak w pkt 1 tylko bardziej dosadnie, nic nie udajesz, ignorujesz i o ile oboje to zniesiecie możecie tak dożyć późnej starości 3. rozwód. Ja z moim mężem miałam kiedyś podobny, choć nie aż tak nasilony problem. Zastosowałam pkt 1 i od czasu do czasu znów muszę go w ten sposób "dyscyplinować" i jest między nami dobrze. Moim zdaniem nie można być dla faceta za dobrą bo oni tego nie szanują tylko się tym nudzą. Oni wiecznie muszą gonić króliczka aczkolwiek to dla obu stron jest męczące. Odpowiedz Link Zgłoś
jola-kotka Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 05:31 Ale burak,szok. Jedyna sensowna rada -rozwiedz sie,zanim zniszczy cie psychicznie i sprawi,ze wasze dziecko bedzie nieszczesliwe. Jak ja bym mu dala kolacyjke to by ja z ryja tydzien zmywal. Odpowiedz Link Zgłoś
esteraj Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 11:10 Mokraleonko, Twój problem polega na tym, że jesteś bardzo ambitną kobietą. Prawdopodobnie ukształtowały się w Tobie przekonania, że tylko ktoś idealny, mądry, rozważny zasługuje na podziw i uczucie. Być może byłaś świadkiem wyśmiewania się z ludzi, którzy robią z siebie błaznów lub nieodpowiednio się zachowują. Ty robiłaś wszystko by taką nie być. Mówiono Ci: "co ludzie powiedzą" i na ich opinii opierałaś swoją wartość. Takich przekonań jest w Tobie wiele, tylko czy one są Twoje, czy Ci je wmówiono? Bronisz swojego męża, choć wewnętrznie czujesz, że coś tu nie gra. Wszystkie zalety, które on posiada są ważne, jednak trzeba przyznać, że ma swoje wady. Uważałaś, że te pozytywne jego cechy charakteru zapewnią Ci szczęście, bo przecież one są powszechnie uznawane: wierność, dotrzymywanie słowa, inteligencja, uczciwość, obowiązkowość, pracowitość... Ale człowiek potrzebuje jeszcze czegoś więcej. Potrzebuje miłości i poczucia bliskości. Często tak się zdarza, że człowieka nie nauczono okazywania uczuć. Szczególnie jest to widoczne u mężczyzn, bo przecież przytulanie się, smutek czy łzy są takie niemęskie... Jeśli mężczyzna jest delikatny i "słodki" to przecież gej, mięczak, lovelas... W większości mężczyźni uważają, że troska o rodzinę i dbanie o jej dobro materialne to właśnie oznaka miłości. Kobiety natomiast sądzą, że ugotowany obiad i posprzątany dom są symbolem idealnej żony. Ja wierzę, że Twój mąż to porządny człowiek, choć dopuszcza się rażących zachowań. Sądzę, że przez lata utwierdził w sobie pogląd, iż jako mężczyzna stanowi głowę rodziny i jest za nią odpowiedzialny. To może być nawet dla niego bardzo uciążliwe. Przekonał się, że krzykiem, poniżaniem może uzyskać posłuszeństwo. On nie zna innych zachowań. Przecież w końcowym efekcie i tak było po "jego". Twój mąż kieruje się utartymi wzorcami i zachowaniami. Można to zauważyć chociażby po tym, że kiedy zadajesz mu niestandardowe pytania, on nie wie co ze sobą zrobić, jak odpowiedzieć i wtedy ucieka lub odpiera atak zrzucając znów winę na Ciebie. Co możesz zrobić w takiej sytuacji? Ucz go innych zachowań. Wpływaj na jego świadomość. To wspaniale, że umiesz kontrolować swoje emocje i spokojnie rozmawiać. Być może jeszcze nie wiesz jakich używać argumentów, bo sama również poznajesz nowe sposoby życia, przyzwyczajenia, postępowania... Pokazuj mu co powinien zrobić, żeby sprawić Tobie przyjemność. Używaj kontrastów mówiąc: "kiedy mnie krytykujesz, czuję się źle, a gdy chwalisz, motywujesz mnie; jakie w związku z tym chcesz wywołać we mnie uczucie?" "gdy mnie przytulasz, czuję się dla Ciebie ważna i kochana; gdy uciekasz przede mną, czuję się odrzucona" Weź jego rękę i obejmij ją siebie. Pokaż mu, że to nic złego i że sprawia Ci to przyjemność. Jeśli powie, że jest to głupie i jakaś dziecinada, zapytaj, czy na pewno on tak uważa. Czy nie jest mu przyjemnie, gdy Ty okazujesz mu takie rzeczy. Być może stwierdzi, że takie zachowania zarezerwowane są dla bab. Przekonaj go, że to nie prawda i że jest to dla Ciebie bardzo ważne. Odwracaj role, czyli jakby to było gdyby on miał być na Twoim miejscu lub miejscu syna. Czy on chciałby, żeby ktoś go tak traktował? Zadawaj mu wciąż pytania o rezultat: co on chce osiągnąć takim sposobem bycia, dokąd zmierza... Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 11:29 >Wydaje mi się, że już zadawałam takie pytania. Odpowiedź na nie zwykle jest dość podobna: (agresja, krzyk, machanie rękami) "daj mi spokój, ja nie wytrzymam, kiedyś się powieszę/rozbiję/zapiję i będziesz wreszcie zadowolona" Ponieważ boisz się panicznie przyznać, że Twój mąż nie jest ideałem, cały czas umniejszasz jego przewinienia i starasz się wykazać, że to Twoje wygórowane wymagania go stresują. Ale między wierszami czasami coś Ci się wymyka. Jak o tym nazwaniu dziecka debilem czy o agresji, krzyku i machaniu rękami (skąd ja to znam). Czyli nie tylko wyśmiewanie, krytykowanie, umniejszanie, poniżanie Ciebie, ale też agresja. Czy Ty naprawdę nie widzisz, jak to się wszystko wzajemnie wyklucza, jak jest niespójne? Obraz wspaniałego męża, doskonałego człowieka i kogoś, kto poniża na każdym kroku najbliższą osobę, zachowuje się agresywnie? Jesteś więcej niż dobrą żoną, dajesz mu swoje uwielbienie, ktore jest tak ważne na mężczyzny, a on mimo to odpłaca się lekceważeniem Ciebie, niedocenianiem, stałą i bardzo agresywną krytyką. Boisz się go, to widać gołym okiem. Mam jeszcze jedno pytanie, trochę osobiste, ale dla mnie bardzo ważne: czy jesteście z mężem gorliwie wierzący? To nie jest oceniające lub podchwytliwe pytanie. Odpowiedz Link Zgłoś
edw-ina Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 11:50 Są ludzie, którym kilka cech negatywnych przesłania wszystkie pozytywne, choćby było ich trzy razy więcej i nie raz były tego przykłady na forum, a są tacy, którzy mają dokładnie odwrotnie. I tutaj mamy ten drugi przykład. Osobiście mam kuzynkę, której mąż to kawał szui i choć sama zainteresowana dostrzegała część jego negatywnych cech i zachowań, to potrafiła całą swą nadzieję uwiesić na tych kilku pozytywnych. Do tej pory pamiętam, jak przekonywała wszystkich, że ma świetnego męża, bo myje okna. Wolała za to przemilczeć, że regularnie przepija wypłatę, że jest agresywny, chamski itp. Ważne było, że myje okna. Autorka tego wątku zdaje się funkcjonować podobnie. Odpowiedz Link Zgłoś
agcerz Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 11:51 Oto rzeczowa porada: uciekaj ze związku z przemocowcem. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 12:20 > (agresja, krzyk, machanie rękami) "daj mi spokój, ja nie wytrzymam, kiedyś się > powieszę/rozbiję/zapiję i będziesz wreszcie zadowolona" Bardzo klasyczne odzywki z repertuaru przemocowca: przez ciebie się zabiję! Odpowiedz Link Zgłoś
azcza78 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 12:32 Jestem w podobnej sytuacji. U mnie tylko nie ma jeszcze przekleństw i bezpośredniej agresji, za to mam obrażanie się na kilka dni, karanie brakiem seksu itp. Fakt, że mam też "miesiące miodowe". Przestałam reagować i przejmować się jego obrażeniami się, krytykami itp. On się oczywiście obraził jeszcze bardziej. Straszy mnie odejściem, a ja nie robię na razie z tym nic. Nie wiem czy ta metoda coś da. Od miesiąca niemal ze sobą nie rozmawiamy. Poszłam do psychologa, ale na razie były spotkania tylko konsultacyjne. Za tydzień ma mi dopiero powiedzieć na czym ma polegać terapia i czego ma dotyczyć. Nie wiem co mi powie psycholog, ale na chwilę obecną jestem gotowa to małżeństwo skończyć. Żadna cecha typu wierność czy pracowitość, nie jest warta stresu jaki mam obecnie, zastanawiając się, a czym mi tym razem dowali, a o co się obrazi i jak przykry będzie. A przede wszystkim tego przerażenia jak pomyślę, że wobec naszej córki, obecnie uwielbianej jako niemowlak, będzie taki sam. Odpowiedz Link Zgłoś
asfo Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 15:47 Szczerze? Jakby mi mąż się tak odzywał, to wcale bym za niego nie wyszła. A jak słyszę coś takiego od innych ludzi, to odmawiam dalszej komunikacji dopóki nie zmodyfikują sposobu zwracania się do mnie. Absolutnie przestań mu nadskakiwać i powiedz mu, że będziesz dla niego miła tylko w wypadku, kiedy on będzie miły dla ciebie. Jeśli faktycznie Cię kocha, to przynajmniej spróbuje. Nie gotuj mu skomplikowanych obiadków, nie przynoś piwa, przestań się łasić, zajmij się swoimi przyjemnościami. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 27.09.12, 16:04 >Od pewnego czasu jestem stale przygnębiona, nie widzę sensu życia. Zgubiłam gdzieś miłość własną i zdaje mi się, że zaczęłam sama siebie nienawidzić. Może brzmi to w sposób egzaltowany, ale nie potrafię tego inaczej wyrazić. Bez przerwy się tłumaczę. Czuje się tak, jak gdybym wstydziła się sama siebie. Kontakt z dzieckiem nie sprawia mi już radości. Praca też nie. Wstydzę się tego, z czego kiedyś byłam dumna. Czuję się odrzucona, niepotrzebna, pełna wad. Pilnuję się żeby nie powiedzieć jakiegoś głupstwa, choć obiektywnie: jestem wykształcona, logicznie myśląca i rozważna. (..)Czuję się nieudanym egzemplarzem. Nie umiem podjąć żadnej decyzji. Nie potrafię zaplanować dnia. Jestem przeraźliwie samotna. Przeczytaj sobie to kilka razy na głos i odpowiedz na pytanie: dlaczego tak się stało? Sama wyciągnęłaś (bardzo słuszne) wnioski, że tak wpływa na Ciebie sposób traktowania przez męża, ktory umniejsza wszystko, co robisz, nie szanuje Cię, wiecznie krytykuje. Czy dobry, prawy człowiek robi takie rzeczy drugiemu człowiekowi? Przeczytałam kiedyś w jednym z postów dziewczyny, która po latach uciekła od niszczącego go męża, takie zdania: "Postaw na szali jego stosunek do Ciebie i Twój stosunek do niego? Czy raniłabyś go jak on to robi? Czy używałabyś takie słowa do osoby, którą kochasz? Dlaczego chcesz wszystkiego co najlepsze dla osoby, którą kochasz i unikasz ranienia go, natomiast on tego nie robi? Myślałaś pod tym kątem?". Dopiero wtedy zrozumiałam, że moje wyobrażenia o tym, że mój mąż mnie kocha, tylko jego miłość jest chora, były mrzonką. To manipulacja, a nie miłość. Odpowiedz Link Zgłoś
agnieszka_iwaszkiewicz Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 01:06 Złożyła Pani całe poczcie swojej wartości w ręce drugiego człowieka. To bardzo niebezpieczne, szczególnie, że to Pani mąż czyli ktoś, kto jet stale, codziennie obecny w Pani życiu, zna je, wpływa na nie i je komentuje. W Waszym związku mąż pełni rolę strofującego, krytycznego rodzica, Pani rolę dziecka, które oczekuje pochwał i pozytywnych wzmocnień, aby móc się rozwijać. Mąż nadaje się do tej roli szczególnie, ponieważ w swoim naturalnym wyposażeniu ma tendencje do oceniania innych i stawiania się ponad innymi. Myślę, że z tego czerpie, dla odmiany, swoje poczucie wartości. Z Pani postu wynika sprawność myślenia, trzeźwa i prawidłowa ocena swojej sytuacji i stanów emocjonalnych z niej wynikających. Jednak coś pozwala Pani na zajęcie w swoim związku pozycji zregresjonowanej. To należy zmienić. Samodzielnie lub wspomóc się psychoterapią, najlepiej grupową. Agnieszka Iwaszkiewicz Odpowiedz Link Zgłoś
mokryleon Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 03:02 Dziękuję za odpowiedź! Wizyta na tym forum pomaga mi, mimo że się tego nie spodziewałam. To bardzo miłe gdy tyle, obcych przecież, osób jest gotowych do pomocy. Przede wszystkim, dzięki tej rozmowie, zrozumiałam, że patologia w moim związku opiera się na dwóch, różnych problemach, które przypadkiem się spotkały: pierwszy to mój prywatny, niezależny kłopot (między innymi z samooceną, ale też kilka innych, nie będę przynudzać), a drugi to krytykanctwo mojego męża. I tu, odnosząc się do tezy o wchodzeniu w role chciałabym powiedzieć , że nie odczuwam aby zachowanie męża było protekcjonalne niczym u rodzica. Jego krytyka nie ma charakteru "wychowawczego", nie ma w sobie nic z pouczania ani nie jest próbą ochrony (tak rozumiem sens krytyki w wykonaniu rodzica) Słowa mojego męża są dla mnie czymś w rodzaju gwałtu. Gwałtu po którym on sugeruje, że jestem przewrażliwiona, że on inaczej (w domyśle : racjonalniej) ocenia świat i sprawy tu nie widzi, i że... ja mam nieustannie jakiś problem. Czuję, że jeśli nie przyznam mu natychmiastowej racji to będzie mi dokuczał. Nie wiem jak patologicznych inni mają rodziców, ale dla mnie, kojarzenie tego gwałtu z rodzicielską krytyką jest abstrakcją. Jedna z osób, na tym forum, spytała mnie o sprawy wiary. Mimo, że nie rozumiem celu takiego pytania to przypomniało mi ono o pewnej przykrej dla mnie sprawie. Jestem człowiekiem wierzącym ale daaaleeko mi do fanatyzmu, a nawet choćby gorliwości. Mój mąż jest ateistą i wielkim krytykiem (nic nowego) Kościoła. Rozumiem, że zwolennicy jak i przeciwnicy tego wyznania często się zacietrzewiają w swoich poglądach ale, moim zdaniem, minimum szacunku powinno być obowiązujące dla kochającego człowieka. Mój mąż wyśmiewa moją wiarę wraz z jej ziemską instytucją w sposób szczególnie okrutny, wulgarny i prymitywny. O tym, że jego zachowanie ma na celu dokuczenie mi świadczy jeden fakt: kiedy on wylewa pomyje na ludzi wierzących, przypominam mu, że sama jestem wierząca - wtedy następuje eskalacja jego agresji. Im bardziej uświadamiam mu, że sprawa mnie dotyczy (i dotyka) tym z większą nienawiścią on się o tym wypowiada. Używa bardziej wulgarnych słów, brutalniejszych szyderstw, nie przebiera w środkach wyrazu, zupełnie się zapomina jakby nie panował nad sobą. Im bardziej sprawia mi to przykrość tym bardziej on wchodzi w rolę, ale prześmiewcy. Nie przestaje nawet wtedy, kiedy widzi łzy w moich oczach, wtedy zaczyna mi udowadniać, że jestem głupia, nabija się ze mnie. Dopiero po chwili uspokaja się trochę, niezgrabnie próbuje powiedzieć coś neutralnego (na pocieszenie), po to by po chwili znowu, udowadniać mi swoje racje. Żeby z opisu nie wyłonił się obraz struchlałej myszki płaczącej w kącie, dodam, że moje reakcje bywają różne, zazwyczaj: na początku argumentacja, potem albo głośna argumentacja (awantura) albo wyjście z domu - do chwili kiedy on poprosi mnie (przynajmniej kilka razy) żebym wróciła. Raz powiedziałam, że następnym razem zakończę związek co uspokoiło go na pewien czas. Ostatnio niestety najczęściej płaczę, chyba dlatego, że wyczerpał mi się zapas sił. To o czym napisałam to tak naprawdę wierzchołek góry zbudowanej z jego szyderstw i krytyki. Czy to jest możliwe żeby jego zachowanie kiedykolwiek się zmieniło? Czy to jest możliwe żeby w trakcie wspólnego życia to nie wpływało na mnie? Nie zrezygnuję z potrzeby bycia docenioną. Nie dlatego, że mam naturę dziecka. Dlatego, że naturalnym jest starać się o uznanie osoby która nam się podoba. Przecież całkowite odcięcie się od życiowego partnera, samowystarczalność emocjonalna podczas trwania związku i samowystarczalność w autoocenie są równie chore jak brak zaufania do siebie samego. Jeżeli latami ni słyszę ani jednego pochlebstwa to jakie zasoby samouwielbienia musiałabym mieć, żeby czuć się z tym dobrze? Na mnie wpłynęło to fatalnie. I o ile mogę jeden z moich problemow próbować rozwiązać, choćby przez sugerowaną mi terapię, tak drugi problem wciąż będzie istniał, bo żadne dotychczasowe metody nie przyniosły efektu. Odpowiedz Link Zgłoś
noname2002 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 08:25 Bardzo się cieszę, że zaczynasz mieć prawdziwy obraz Waszego związku. Ja żyłam z kimś kto mnie ciągle krytykował i negował moje zalety, u niego wynikało to z kompleksów(ale nie robił tego w tak agresywny sposób jak Twój mąż). I myślę, że nie da się długo z kimś takim żyć nawet będąc nie wiem jak pewnym siebie i asertywnym, bo albo po tysięcznym razie udowadniania, że jest się beznadziejnym albo człowiek zaczyna w to wierzyć albo zaczyna się czuć niechęć do osoby, która ciągle atakuje. Ja się nie mogłam przyznać do jakiekolwiek słabości, wady, lęku czy że cokolwiek mi nie wyszło, bo natychmiast to było wykorzystywane przeciwko mnie. Na dłuższą metę to strasznie męczące. Odpowiedz Link Zgłoś
mamapodziomka Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 08:34 O ile oczywiscie warto odbudowywac swoje poczucie wartosci i warto pojsc na terapie, o tyle ja nie wyobrazam sobie, zeby normalny czlowiek byl w stanie funkcjonowac w zwiazku z kims, kto go permanentnie niszczy i wyjsc z tego bez uszczerbku. Tak sie po prostu nie da, zimna, chamska i nastawiona na ponizenie krytyka zawsze bedzie na nas jakos wplywac, bo jestesmy istotami spolecznymi i swoja przynaleznosc i pozycje w grupie stawiamy bardzo wysoko. Natury nie przeskoczysz, choc naturalnie w tym momencie naprawde warto sobie wszystko poukladac na terapii i wzmocnic sie na tyle, zeby podjac konkretne decyzje i znalezc wyjscie z sytuacji. Natomiast co do twojego meza bede sie z uporem maniaka powtarzac: czarodziejskiej rozdzki nie ma. Im predzej to zrozumiesz tym wiecej zycia uratujesz. Odpowiedz Link Zgłoś
woda_woda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 08:37 Czytam z przerażeniem. Słowo "gwałt" jest tu bardzo dobrze użyte. I jak to jest - oczekujesz od sadystycznego gwałciciela, aby aby nagle stał się czułym mężczyzną? Zrezygnował z posiadania ofiary gwałtu? Dlaczego pozwalasz mu na ten gwałt? Czemu zamiast prosić nie powiesz "dość!"? > naturalnym jest starać się o uznanie osoby która nam się podoba. Jeżeli gwałconemu podoba się gwałciciel to ja nie mam więcej pytań. Odpowiedz Link Zgłoś
agcerz Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 09:02 Zaznaczę, że ja jestem niewierząca i niektórzy w sposób chamski próbują mnie nawrócić udowadniając moją "głupotę". Ale ja na to nie pozwalam; nie pozwalam również doprowadzić się do płaczu. Posłuchaj, po tych wszystkich wpisachja naprawdę nie wiem, jak można żyć z takim chamem i jeszcze "widzieć jego dobre cechy". Jakie? Że cię nie bije? "A mógł zabić?". Powyższe wskazuje, że jesteś współuzależniona i , jak napisała Pani Agnieszka, przyda ci się terapia. Powodzenia. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 10:26 Twoje uzależnienie od męża jest tak abstrakcyjne i niezrozumiałe, że wciąż szukam wyjaśnienia, dlatego najpierw poszłam tropem starszego wieku męża, potem nadgorliwej wiary. Często fanatyczni katolicy (lub inni wyznawcy) narzucają współmałżonkom bardzo surową dyscyplinę, stosują wiarę jako oręż w uzależnieniu drugiej osoby. Sama jestem wierząca i praktykująca i nie piszę tego, by dyskredytować wierzących, ale piszę tutaj o fanatyzmie, a to zupełnie inna sprawa. Świetnie takie sadystyczne uzależnienie w ultrakatolickim domu opisuje książka Madyeskiej Katoniela ksiazki.wp.pl/bid,1956,tytul,Katoniela,ksiazka.html?ticaid=1f3fa. To niesamowite, że piszesz bez ogródek o podłości i sadyzmie męża wobec Ciebie, a jednocześnie go bronisz i próbujesz nam wmówić, że to dobry człowiek. Przecież przy swojej inteligencji musisz widzieć, że tego nie da się pogodzić. To niemożliwe. Ja bym chciała wiedzieć skąd tak silne uzależnienie od kogoś tak niszczącego i agresywnego. Zalety męża nie rekompensują jego sadyzmu i destruktywnego wpływu na Ciebie. Pisałaś gdzieś o poczuciu bezpieczeństwa przy nim, bo jest pracowity i zaradny. O jakim piszesz poczuciu bezpieczeństwa, skoro boisz się przy nim czytać jakąś książkę? Ty żyjesz w permanentnym strachu i pomieszaniu, przecież to świetnie czujesz i diagnozujesz. Skąd ta gloryfikacja męża i ten przymus zadowalania go na każdym kroku? Jesteś mądrą, wrażliwą, potrafiącą kochać kobietą, tak strasznie żal, że to wszystko idzie na marne dla sadysty:( Nie wiesz, jak bardzo bym chciała, żebyś się obudziła z tego strasznego snu. Odpowiedz Link Zgłoś
sorvina Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 11:57 Ja bym się zastanowiła nad tym jak wyglądał dom autorki. Bo jeśli tam przemoc psychiczna była na porządku dziennym, to bez względu na inteligencję, autorka będzie traktować to jako coś normalnego. Owszem, może ją to boleć, może prosić męża by zmienił sposób wypowiedzi, ale nie zdaje sobie sprawy ze skali i toksyczności zjawiska. Gdyby znała coś innego i miała porównanie do bycia traktowaną z szacunkiem i życzliwością, to by czerwona lampka zapaliła się jej dawno temu. Odpowiedz Link Zgłoś
nick_ze_hej Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 10:22 " Nie potrzebuję współczucia" napisałaś. A właśnie to uczucie budzisz. I zdziwienie, że fajna, niegłupia kobieta kurczowo się trzyma chama i przemocowca, pozwala mu się dręczyć i poniżać w imię - no właśnie w imię czego? Jego zalet, które sobie wymyśliła, chorej, nieodwzajemnionej miłości? Jak nie współczuć kobiecie, która pisze, że chyba się mężowi jeszcze podoba bo z nią seks uprawia? Trudno chyba bardziej oślepnąć.Rzeczowa porada według mnie jest jedna - ratuj siebie i dziecko. Odpowiedz Link Zgłoś
ochyiachy Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 10:49 Mokraleonko, wyjściem najdelikatniejszym jest terapia w Twojej sytuacji, jak dziewczyny napisały wyżej. Z doświadczenia wiem jednak, że terapia działa tylko na chwilę w takim przypadku, jesteś współuzależniona, terapia pomoże Ci dopuścić do głosu własne myśli, odnaleźć siebie, odbudowac poczucie wartości, wzmocnić się, niestety Twojego męża nie zmieni Twoja terapia. Musiałby sam poddać się terapii również, ponieważ nie w Tobie jest problem, a w nim. To do niego nie trafiają Twoje argumenty, że Cię rani słowami, to On nie chce zrozumieć Twojego zwykłego, ludzkiego stanowiska, woli tkwić przy swoim agresywnym, nieprzyjemnym i raniącym innych. Obawiam się, że jeśli On nie będzie pracował nad swoimi zachowaniami, w Twoim związku lepiej nie będzie. Doszłaś do momentu, w którym dostrzegasz Jego złe zachowania, co więcej Twój organizm, Twoje ciało odbiera je negatywnie (płacz, nerwy, podniesiony głos). To jest moment bardzo ważny, nie cofniesz się do czasu, kiedy nie dostrzegałaś istoty problemu, nie będziesz się uśmiechać i twierdzić, że "coś mu się wymsknęło", nie będzie Ci się chciało łagodzić napięcia w domu, na zasadzie, "jestem mądrzejsza, On nie wie, co robi, szkoda życia na kłótnie", przestaniesz Go tłumaczyć, że "może jest zmęczony, dam mu spokój", nie będziesz miała ochoty cały czas być silna, zdrowa, zadbana, uśmiechnięta. I wtedy pojawią się prawdopodobnie kolejne problemy, nie będziesz już Jego ofiarą. Po terapii wyzwolisz się z poczucia winy, krzywdy itd. Życzę Ci, żeby On po dostrzeżeniu Twojej zmiany , także chciał się zmienić, zweryfikować swoje zachowanie, dostrzec w Tobie kochaną kobietę, być kochającym, czułym i ciepłym mężem. U mnie tak się nie stało i z tego, co się orientuję, u przemocowców tak się nie dzieje. Z tego typu osobami kłótnia nie jest procesem oczyszczającym, po którym znamy swoje stanowiska i dążymy do kompromisu, przemocowiec dąży za wszelką cenę do bycia lepszym, mądrzejszym, dowartościowuje się kosztem innych i bez terapii nie przestanie tego robić. Kto nie był z przemocowcem, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo wyniszczające jest samo przebywanie z taką osobą, jak każda pretensja jest lekceważona, chęć zawalczenia o siebie i swoją godność nierozumiana. Za każdą kłotnię w związku byłam obwiniana, nie mogłam podzielić się obowiązkami, bo "Ty nie będziesz rozkazywać, dlaczego ma być tak, jak Ty chcesz", nie mogłąm się umówić na godzinę, (zawsze spóźniał się 0,5 do 1 godziny), a na moje słowa, że przynajmniej mógłby zadzwonić i uprzedzić, że się spóźni otrzymywałam bądź milczenie, bądź "przecież nic się nie stało, i tak siedzisz w domu", a kiedy pewnego pięknego dnia wyszłam i mnie nie było, gdy przyszedł spóźniony usłyszałam, że "to dziecinada, po co się ze mną umawiałaś, jesteś beznadziejna, nienormalna" itp. Moja przemiana po terapii też nic nie dała, tzn. mnie dała dużo, ale dla związku nie rokowała wiele. Partnerowi przeszkadzało to, że nie jestem już ofiarą, nie wiedział jak podejść do nowej sytuacji, w której nazywałam rzeczy po imieniu, kiedy nie brałam jego słów na poważnie. Tym razem przyjął strategię wyśmiewania się ze mnie. Kiedy stałam przed lustrem zadowolona z siebie, mówił np. "i tak każdy się na Tobie pozna, wcześniej czy później Cię zostawi, po co tak się stroisz?, albo nucił: "kaczuszki, kaczuszki mają krótkie nóżki"., kiedy chciał mi dogryźć, bo nie chciałam w ogóle nawiązywać z nim rozmowy i zajmowałam się sobą, słyszałam: "jak chciałaś dzieci, pchałaś się do łóżka, teraz masz mnie w d....", albo "siedź przy tym komputerze, zobaczymy, czym to się dla Ciebie skończy". Takie osoby nie dostrzegają problemu u siebie, co więcej, kiedy tracą ofiarę, zaczynają czuć się bezsilne i często wtedy też szukają powodu do kłótni, poniżania, obrażania drugiej strony. Zachowują sie jak nałogowcy, zabrakło pożywienia i trzeba coś z tym zrobić. To są pasożyty, żyjące w mniejszym lub większym stopniu kosztem innych (w sensie psychicznym), stąd np. zaczepki: "trzeba być kretynką, żeby oglądać taki serial". Tak, czy inaczej związek taki jest bardzo wyniszczający i jak sama napisałaś, nikt z nas nie ma takich pokładów własnej wartości, żeby po takim umniejszaniu, krytykowaniu, poniżaniu, lekceważeniu, obrażaniu, tego poczucia wartości mu nie zabrakło. Z drugiej strony nie po to jesteśmy z kimś, żeby nabijać własne ego i dowartościowywać sie czyimś kosztem. Jeżeli ktoś decyduje się na bycie z drugą osobą, to raczej dlatego, że mu z nia dobrze i stara się, aby tamta strona czuła to samo. W związku z przemocowcem mamy jednostronną miłość i do momentu, kiedy ją dajesz, jesteś jeszcze w miarę do zniesienia i zaakceptowania, kiedy zaczynasz się buntować i zauważasz, że dajesz, co możesz, a w zamian dostajesz krytykę itd. zaczyna się dziać jeszcze gorzej. Czasami oprawca otrząsa się dla dobra rodziny, czasami tli się w nim jeszcze czułość, ciepło, czasami przyznaje się, że jest zakręcony i popieprzony - tak było u mnie, na chwilę, czasami zapłacze, bo gdzieś te swoje uczucia zamroził, schował, zamknął i w pewnym momencie one biorą górę, w naszym przypadku też na chwilę. Silniejszy jest jednak u takiej osoby strach o siebie, stąd postawa wymagająca, egoistyczna, egocentryczna, stąd umniejszanie innym, skrytykowanie kogoś, aby poczuć się lepiej, często pracoholizm, żeby coś sobie udowodnić. W moim związku też brakowało czułości, ciepła, złapania za rękę, objęcia, zdałam sobie sprawę z tego, że nie mamy ani jednego zdjęcia, na którym jesteśmy objęci i zadowoleni, to taki związek, gdzie się żyje razem, ale obok siebie, gdzie nie czuje się ciepła domowego ogniska, gdzie masz zapał do tego, żeby dbać o dom, rodzinę dzieci, kontakty z innymi, a partner powoli, powoli pozbawia Cię tego zapału. Właściwie nie odpowiedziałam na Twoje pytanie, opowiedziałam po części swoją historię, jeżeli jednak w jakimś sensie byłam pomocna, to już coś. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 11:26 Ochyiachy, mądrze prawisz. Mogłabym napisać bardzo podobnie, u mnie jest jedynie różnica taka, że w domu mam huśtawkę i miesiące miodowe, podczas których mąż jest czuły i nadskakujący. Generalnie nie jest z tych, ktorzy nie okazują uczuć, ale to okazywanie uczuć przeplatane nieustannie atakami jest jeszcze bardziej bolesne. Nie znasz dnia ani godziny. Świetna diagnoza daremnego trudu zmiany w sobie. Wymykająca się z rąk ofiara budzi zdwojoną agresję. Też to przeszłam. Nie ma sposobu, by funkcjonować we względnej choćby równowadze z przemocowcem. Na jakim teraz jesteś etapie? Jesteś z nim jeszcze czy udało Ci się wyzwolić? Odpowiedz Link Zgłoś
ochyiachy Do Sebaldy 28.09.12, 14:13 Sebaldo, jestem na etapie podejmowania decyzji o odejściu. Ponieważ mamy dwójkę dzieci, nie jest to takie proste logistycznie. Powoli układam sobie jednak plan w głowie, jak to zrobić bez dużego uszczerbku dla siebie i dzieci. W moim związku też poruszamy się na zasadzie sinusoidy i o tyle było i jest trudniej coś z tym zrobić, okresy miodowe są naprawdę bez zastrzeżeń. Te jednak mijają, i, jak piszesz, jeszcze większa staje się frustracja, co więcej, szkoda mi dzieci, dla których moim zdaniem jest to wybinie szkodliwe. Nawet gdy nie ma poniżania słownego, a "tylko" ciche dni, dzieci się gubią w tych relacjach, a wzór żaden. Za sprawą tych okresów miodowych właśnie mamy dwójkę dzieci, kiedy czułam się kochana, kiedy wierzyłam w Jego słowa. Kiedy mieliśmy jedno dziecko, sam mówił o tym, że może przydałoby się rodzeństwo dla niego. Innym razem ma pretensje do mnie o to, że chciałam miec z nim dzieci. Typowe i teraz już o tym wiem, wcześniej nie nazywałam Go przemocowcem, w jakiś sposób godziliśmy się i trwaliśmy dalej. Zaczęło do mnie docierać z kim jestem, kiedy po nieprzespanych nocach przy dzieciach nie miałam wsparcia, kiedy On zawsze musiał coś załatwić, a ja już nie zdążałam ze swoimi potrzebami, kiedy dla mnie - matki brakowało czasu, zeby umyć włosy, podczas gdy On znajdował czas na leżenie w wannie i czytanie gazety, kiedy wylewałam żale, mówiłam, że mam coraz mniej sił, On mi odpowiadał: "chciałaś dzieci to się nimi zajmuj", kiedy mówiłam o tym, żeby po sobie sprzątał i pomógł mi w sprzątaniu, lub chociaż wyszedł z dziećmi na spacer, a ja w tym czasie ogarnę mieszkanie, słyszałam: "bierz się do roboty, nie narzekaj itp." Najgorsza jest dla mnie w tym związku bezsilność, zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam na niego wpływu, że zrobi, co będzie chciał sam w danym momencie. Najgorszą jednak konsekwencją bycia z taką osobą jest ogrooooomna strata czasu. Wcześniej czas pochłaniało mi myślenie o tym, jak z nim postępować, jak ułożyć nasze relacje, o tym, co jest prawdą, o winie i jej braku, o tym, co zrobiłam nie tak, co wzbudziło jego złość lub obrazę itp. Nawet teraz, kiedy wiem, z kim jestem, czas pochłania mi rozmyślanie o nas, o mnie, o nim, o dzieciach, o teraźniejszości, przeszłości i przyszłości. Nie rozwijam się twórczo, nie mam czasu na czytanie książek, wzamian wchodzę np. na takie forum, jak to i pisząc o swojej historii jednocześnie oczyszczam się, czego nie musiałabym robić we względnie normalnym związku. Czasami nie mogę zasnąć, bo rozmyślam, czasami z bezradności klnę i jego obrażam, mimo że nie jest to wpisane w moją naturę, czasami jestem zła na życie, na siebie, na los, na rodziców, że tak mnie wychowali, żeby mógł ktoś mną sterować, że byłam łatwym kąskiem dla takiego człowieka, że nie zauważyłam, że ... można by wymieniać, czasami też dziwię się, że jak dotąd nie spotkała go kara za to, co robi, bo zachowuje się w sposób nieludzki w stosunku do mnie. Tak, czy inaczej wiem, że szkoda mojego czasu i zdrowia nawet jeśli nie na życie z kimś, kto pije i bije, to na życie z kimś, kto wywołuje we mnie skrajne emocje. Mogłoby się wydawać - szalona, a jednak. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Do Ochyiachy 28.09.12, 15:20 Nie wiesz, jak dobrze Cię rozumiem. Mam tak podobnie, że aż trudno uwierzyć, jak niemal identyczne są schematy w takich związkach. Ja jestem już kilka kroków dalej (w sensie mentalnym, przestałam rozkminiać dlaczego, za co, a może jednak ze mną jest coś nie tak), ale przez to, że związek trwał tak strasznie długo, nawet pełna świadomość nie działa na mnie wystarczająco mobilizująco, by odejść. Ja w tym wszystkim nabawiłam się chorobliwej wyuczonej bezradności. I skrajnego pesymizmu (też kompletnie niezgodnego z moim wrodzonym charakterem). Już, już pisałam pozew, ale znowu opadały mnie lęki, że sobie nie poradzę. Wpadałam w marazm, odsuwałam myśli o koniecznych krokach (zrobię to jutro). A teraz w mojej firmie są zwolnienia, koleżanki, które straciły pracę od roku nie mogą znaleźć nowej, na rynku pracy galopujący kryzys, znowu wpadłam w panikę na myśl o tym, jak sobie poradzę, gdybym straciła pracę. Nie mam absolutnie nikogo, kto mógłby mi pomóc finansowo, rodzice dawno nie żyją, nie mam rodzeństwa. I tak ciągle coś:( Jeśli masz możliwość, nie zwlekaj tak długo jak ja, im dłużej, tym trudniej. W jakim wieku są dzieci? Odpowiedz Link Zgłoś
ochyiachy Re: Do Ochyiachy 30.09.12, 13:43 Sebaldo, dzieci nasze są w wieku przedszkolnym, a ja sama przed czterdziestką:( Odpowiedz Link Zgłoś
mokryleon A może... 03.10.12, 01:11 Twoja odpowiedź jest bardzo pomocna, a wszystko o czym piszesz brzmi tak bardzo znajomo. Mimo, że słowny atak ze strony mojego męża dotyczy innych sytuacji (nigdy nie krytykował mojego wyglądu choć, z drugiej strony, nigdy nie usłyszałam żadnego komplementu) to jednak, wiem co czuje się w takiej chwili: takie głupie (jakby to zachowanie było czymś nowym) zdziwienie i bezradność. Przecież nie mogę powiedzieć "to koniec związku, wyprowadzam się" tylko dlatego, że on coś zanucił albo zarzucił. A jednak czuję się upokorzona, tracę humor i nie mam ochoty z nim się spoufalać. Bardzo podobne mam odczucia ma co do kłótni, która w innych wypadkach bywa ulgą i oczyszczeniem. Po kłótni z mężem nie odczuwam ulgi. Czuję się zmęczona i wykorzystana. A czy brak czułości jest wystarczającym powodem, żeby zakończyć związek i narazić dziecko na konsekwencje tego rozstania? Jak mam się ustosunkować do tego jako kochająca osoba? Mój mąż mówi, że nie potrafi być miły i czuły bo już "taki jest". Chyba sugeruje, że nie umie wyrażać uczuć. Kiedyś usiłował (na moją prośbę - w żartach) powiedzieć mi komplement: przestępował z nogi na nogę, na jego twarzy widać było wielki wysiłek, czoło zmarszczone a w oczach strach. Trwało to dłuższą chwilę i... jakby znajdując wygodne i znajome wyjście z sytuacji... znów się do czegoś przyczepił. Wyszłam z pokoju. On poszedł za mną zapewniając, że to tylko taki żart, że on ma taki "rodzaj" dowcipu. Czasami czuję , że niepotrzebnie dręczę tego dobrodusznego człowieka swoimi oczekiwaniami. Może po prostu ma taki sposób komunikacji. Przecież jest tyle par, w których panowie stosują podobne zaczepki a panie nic sobie z nich nie robią! Śmieją się ze swoich czepliwych mężów, na krytykę odpowiadają szyderstwem, a swój związek uważają za udany! Może problem tkwi we mnie? Może wpadłam w depresję i wszystko oceniam zbyt poważnie? Muszę dodać, że pomimo małomówności mąż jest bardzo lubiany. Wzbudza, u większości ludzi, sympatię i zaufanie. Wbrew moim staraniom, otoczenie nie darzy mnie taką życzliwością, jaką darzy jego. Innym razem widzę go jako męczącego, zimnego, niewyrozumiałego krytykanta i tęsknię za tym żeby mnie przytulił i powiedział "głowa do góry" albo "doceniam" albo "rozumiem". Albo "cieszę się, że Cię mam". Odpowiedz Link Zgłoś
daga19.fm Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 16:36 Wydaje mi się, że w tym wątku już wszystko zostało powiedziane, więc nie będę wiele pisać. Kiedyś byłam w podobnej sytuacji - może nie aż tak drastycznej, z całą pewnością łatwiejszej do skończenia (nie byłam mężatką - byliśmy jedynie zaręczeni), ale w pewnym momencie, gdy dotarło do mnie, że on jest agresywny i nie okazuje mi szacunku i miłości pomyślałam sobie dokładnie tak - JESTEM ZA FAJNĄ KOBIETĄ, ŻEBY SIĘ Z NIM MARNOWAĆ. To był przełom i pierwszy krok do poprawienia swojego życia. Gdy od niego odeszłam poczułam się jakby mnie ktoś wypuścił na wolność po wielu latach zamknięcia. Tobie też tego życzę - nigdy nie jest za późno, żeby o siebie walczyć - a w Twoim przypadku nie tylko o siebie ale również o dziecko. Odpowiedz Link Zgłoś
xika_da_selva Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 22:49 a ja napisze cos innego. Uwazam, ze w prawie kazdym zwiazku wina jest po obu stronach. Wszystko pieknie, autorka inteligentna i wszystko sobie pieknie analizuje, ale co z tego, skoro wyglada tak, jakby sie obudzila z reka w nocniku, cos w stylu ¨kim jest facet, za ktorego wyszlam?¨ , bawi sie w ¨tak, ale¨ i zwala cala odpowiedzialnosc na meza? I jestem jakos dziwnie pewna, ze gdyby autorka zmienila swoje zachowanie (uwaga, nie dla meza, ale dla siebie) i wyszla z roli biednej dziewczynki, to najpewniej sama by sie zdziwila- jesli maz ma krztyne czlowieczenstwa w sobie, to jest szansa na jakies tam z jego strony zrozumienie i zmiany. Zwiazek to ciagla praca i ciagle zmiany- autorka wlasnie doszla do momentu, kiedy idealizacja zderzyla sie z rzeczywistoscia i wyraznie widzi, ze cos tu nie pasuje. Niby wszystko wie, ale wciaz chce zwalac wine na meza, ¨bo to on ma sie zmienic¨. Moze sie zmieni, ale nie dlatego, ze go o to poprosisz, ale przez Twoje zachowanie. Podam tobie przyklad mojej przekochanej siostry: jest w dlugoletnim i szczesliwym zwiazku i moj szwagier tez mial okresy wysmiewania sie i krytykanctwa. Jak sobie moja siostra z tym radzila? Po omacku, czyli nijak. Dopiero po terapii grupowej doszlo do niej, jak wielka krytykantka i przesmiewczynia jest ona sama- oczywiscie od razu potem byla slodka i przekochana, klasyka przemocowca, prawda? Dopiero po uswiadomieniu sobie wlasnych zachowan byla gotowa na zmiany i rozmowy: po wielu wielu miesiacach ciezkiej pracy, wyjasniania mezowi o co chodzi, analizie wzorcow domowych -np. rodzina szwagra caly czas krytykuje, nie potrafia rozmawiac w inny sposob, uwazaja to za przejaw inteligencji, refleksu i milosci ¨mowie to dla twojego dobra¨- obydwoje byli w stanie pracowac nad zwiazkiem- minelo od tego jakies 10 lat, owszem maja swoje problemy, ale szacunek i milosc istnieje, a zwiazek przeszedl na wyzszy level. Trzymam mocno kciuki za autorke, jestem pewna, ze za jakis czas bedzie wiedziala co robic, ale na te chwile wg mnie jest wciaz na straconej pozycji, bo poklada cala swoja wartosc na barkach partnera, ktory wyraznie sobie (nad)uzywa.. a niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nigdy nie naduzyl ¨wladzy¨ nad bliska osoba. Dopiero kiedy bedziesz miala pelna swiadomosc wlasnej wartosci, wlasnej osoby, bedziesz w stanie sie ¨przeciwstawic¨, albo zawalczyc o swoje- i w zaleznosci od reakcji meza albo trwac w zwiazku, albo i nie. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 23:00 xika_da_selva napisała: >a niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nigdy nie naduzyl ¨wladzy¨ nad bliska osoba. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Przyjęło się uważać, że w związku wszystkie chwyty są dozwolone. Że przymykamy oczy na rzeczy nie do przyjęcia, byle trwać, byle nie zachwiać kruchej równowagi. Bo "w prawie kazdym zwiazku wina jest po obu stronach", bo "nikt nie jest doskonały", bo "wszystkie małżeństwa się kłócą", bo kobiety za wiele wymagają. Otóż nie. Normalnie ludzie, ludzie, którzy się kochają, a nade wszystko, ktorzy się szanują, bo to jest najważniejsze w związku, nie nadużywają władzy nad bliską osobą. NIGDY. A jeśli dajemy sobie do tego nawzajem prawo, to jaki sens ma taki związek??? Odpowiedz Link Zgłoś
xika_da_selva Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.09.12, 23:13 Sebaldo, na to pytanie mozesz sobie sama odpowiedziec, ze wzgledu na Twoje wlasne doswiadczenia. Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wiem tylko, ze jestesmy ludzmi. Naprawde, naprawde, nie zdarzylo sie Tobie nigdy krzyknac na dziecko bez powodu? Naprawde? Nigdy nie powiedzialas kolezance, czegos czym wiedzialas, ze sprawisz jej przykrosc? Nigdy, absolutnie nigdy nie naduzylas ¨wladzy¨ nad bliska Ci osoba, nie wetknelas szpili, tam gdzie boli, mamie, siostrze, kolezance? Nigdy? To nie jest zadne usprawiedliwienie, ale fakt. Ja sie przyznaje, ze tak, zdarza mi sie, ze mam dosc ukochanego partnera, zdarza sie, ze mnie denerwuje absolutnie wszystkim i skrzetnie go o tym informuje. Zdarza mi sie, ze zrzedze dla zrzedzenia, ze prosze go o spuszczenie klapy, mimo ze wiem, ze nie robi tego specjalnie, tylko zapomnial, ze sie irytuje, ze mu cos nie wyszlo, a mialo wyjsc, mimo jego staran. I tak, kiedy juz sobie zdam z tego sprawe, to staram sie byc nadprogramowo mila- to chyba sie nazywa miesiac miodowy, prawda? Wg mnie obecnie bardzo latwo sie szafuje okresleniem ¨przemocowiec¨. Czesto jestesmy w takim a nie innym zwiazku , przez wlasne benefity jakie mamy z danej sytuacji, bo przyciagamy taki typ ludzi, bo nie potrafimy byc z kims ¨dobrym¨. Pewne jest jedno: nalezy miec poczucie wlasnej wartosci, idealow nie ma, a Hollywood zrobil kobietom duza krzywde. sebalda napisała: Normalnie ludzie, ludzie, którzy się > kochają, a nade wszystko, ktorzy się szanują, bo to jest najważniejsze w związ > ku, nie nadużywają władzy nad bliską osobą. NIGDY. A jeśli dajemy sobie do tego > nawzajem prawo, to jaki sens ma taki związek??? Odpowiedz Link Zgłoś
squirrel9 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 12:38 Myslę, ze zrzędzenie dla zrzędzenia lub prośba o spuszczenie klapy jest trochę innego kalbru niż np,. mówienie, że tylko debil nie pamięta o spuszczeniu klapy, że to co czyta/ogląda to dla debili. Czym innym jest krzyknięcie bez powodu na dziecko i przeproszenie po zreflektowaniu się a czym innym systematyczne uwłączanie jego godności. wg mnie, za mało mówi się o przemocy w związkach. Przemocowi ludzie z przemocowych domów tworzą przemocowe związki. i uważają, ze wcale tak nie jest. Przeciez nie biją, nie maltretują. Lekceważące odzywanie sie do żony, do dziecka, deprecjonowanie tego co robi, poniżanie go jest najzwyklejszą przemocą. Do tego w polskich domach dziewczynki wychowuje się na grzeczne i potulne i mówi im, że są winne temu jak inni je traktują, bo wina leży pośrodku. A wina często wcale nie leży pośrodku, w przypadku gdy jedna z osób w związku wychowała się w przemocowym domu i ma duże doświadczenie w "świadczeniu" przemocy psychicznej. Szczególnie, gdy ta druga osoba nie ma poczucia własnej wartosci wyniesionej z domu. W każdym związku istnieją kłótnie i czasem padają złe słowa, mówione w nerwach i "na złość". Ale dorośli, dojrzali ludzie mają poczucie, że za to trzeba przeprosić, starać się tak nie zachowywać i zdawać sobie sprawę, że drugi człowiek ma wrażliwość i poczucie godności. Nie może być tak,że jedna ktoś kompletnie nie liczy się ze słowami, może sobie nimi walić w bliskich jak w bęben bo w jego mniemaniu wolno mu. Dopóki żona nie zagrozi rozwodem to on nie mysli? nie czuje? takiego człwoieka nie wychowano tylko wytresowano i tylko strach powoduje, ze zapala się lampka "komuś zrobiłem coś złego i natychmiast trzeba przeprosić"? Taki ktoś potrzebuje bata? Najwyraźniej na to wygląda. Odpowiedz Link Zgłoś
twoj_aniol_stroz Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 09:56 Nie wiem co napisały dziewczyny, ale po przeczytaniu tego wpisu przypomniał mi się dowcip: Jaka jest różnica pomiędzy psem a kotem? Pies myśli tak: karmią mnie, głaszczą, opiekują się mną, czyli muszą być bogami. Kot myśli tak: karmią mnie, głaszczą, opiekują się mną, czyli muszę być bogiem. No, Twój chłop najwyraźniej jest kotem i jedyny sposób na wyjasnienie mu, że nie jest bogiem jest kopnąć w zad na tyle energicznie by pan zwindował z tego piedestału. Jak to zrobić na 100% powyżej masz aż nadto pomysłów :) Trzymaj się Dziewczyno i nie daj sobą pomiatać, bo nie na tym polega małżeństwo. Odpowiedz Link Zgłoś
squirrel9 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 13:54 Sądząc z moich obserwacji takie traktowanie innych wynosi sie z domu. Takiego domu, w którym na dobre traktowanie przez rodziców trzeba sobie było zasłuzyć. I najczęściej "zasługiwało się" rzadko ... są rdozice, którzy uważają, ze dzieci się nie chwali bo się je "psuje", trzbe je wyąłcznie krytykować i te krytykowane wyrastają na takich jak twój mąż. Taki człowiek nie ma ochoty robic czegoś nowego, fajnego, bo i tak, co wie z góry, nikt go nie pochwali, nie doceni. Może nigdy nie poczuje się dowartościowany pozytywnie. Dowartościowanie zan, ale negatywne. Gdy trafi na osobę, która bierze do siebie jego słowa krytyki, chumorki i chumory to jest idealną ofiarą. Można wtedy być krytykowaną nawet za to, na co nikt nie ma wpływu. Człowiek stłamszony w rodzinnym domu moze sobie odbijać na takiej osobie całe swoje zycie. Tylko od ciebie zależy czy się temu dalej będziesz poddawała czy nie. Przykre jest to, że najczęsciej trzeba poczuć własną wartość w oderwaniu od męża, jakby bez niego. Zamiast mysleć o budowaniu wspólnie trzeba pomysleć o budowaniu oddzielnie. Obiadków wystawnych nie gotuje się zbyt często, bo wtedy nikt ich nie docenia. Ani mąż ani dzieci. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 16:52 Z wywiadu z psycholożką Justyną Święcicką na temat przemocy na fali ujawnienia przez Figurę historii z jej związku: - Ograniczanie świata - niby dla twojego dobra, żeby się opiekować. Bo łatwiej jest zgnębić kogoś, kogo odetniemy od przyjaciół, rodziny i znajomych. To może być deprecjonowanie sukcesów, wyglądu, złośliwe teksty, ciągłe niezadowolenie ze wszystkiego, co ta osoba robi, zwracanie się w sposób umniejszający, obraźliwy. Takie odbieranie godności i szacunku. Później też manipulowanie, pokazywanie, jaka ta osoba jest beznadziejna we wszystkich rolach, wytykanie błędów, wyśmiewanie. A z drugiej strony prezentowanie siebie w sposób bardzo dobry. Czasami od razu jest przemoc fizyczna, albo tylko ona. Ale zazwyczaj odbywa się to w ten sposób. Im ktoś jest silniejszy, tym dłużej potrafi coś takiego znieść? - Tak. Całą energię i siłę wewnętrzną wykorzystuje, żeby udawać, że wszystko jest dobrze, a nie po to żeby coś zmienić? - Tak. Niektórzy mają zakodowane, że muszą być silni, wszystko wytrzymać. I tak właśnie robią. Dotyka to także kobiet silnych. W takiej sytuacji czują się tak bezradne, że jedyne co są w stanie zrobić, to chronić związek. Wprawdzie mówią, że chronią dzieci, ale tak naprawdę nie chronią ani ich, ani siebie - chronią status quo. To właśnie ta wyuczona bezradność. To jest dokladnie to, co robi Mokryleon: cała energia wkładana w chronienie związku. TAKIEGO związku. . Bardzo symptomatyczne jest też to, że problem dotyka także silnych kobiet. Nigdy nie miałam się za ofiarę, potrafię być silna, ostro bronić swojego zdania, polemizuję do upadłego nie raz, a mimo to tkwię w takim związku:( Polecam cały wywiad, opisuje dokładnie wszystko to, co się dzieje w związkach przemocowych, a szczególnie uzależnienie ofiar:wyborcza.pl/1,76842,12569726,Byc_jak_Katarzyna_Figura__Ujawniac_przemoc__to_jedyna.html Odpowiedz Link Zgłoś
xika_da_selva Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 17:52 Nie jestem psychologiem i bardzo sobie cenie Twoje wypowiedzi Sebaldo. Uwazam Ciebie za inteligentna i ciepla kobiete, ktora niestety wciaz popelnia klasyke bledow. Niby nie jestes nieswiadoma niczego ofiara, zdajesz sobie sprawe ze wszystkich konsekwencji takiego a nie innego zwiazku, a wciaz w nim tkwisz. Dlaczego? Nie wiem jak wyglada Twoje zycie w rzeczywistym swiecie, ale w wirtualnym na pewno odnosisz korzysci z takiego wlasnie zwiazku. Wiekszosc watkow, nawet wyjatkowo subiektywnych, opisujacych pojedyncze awantury czy ludzkie bledy, wykorzystujesz do przedstawienia Twojej wlasnej historii. Cieszysz sie pewnie kazda odpowiedzia- ktos zwrocil na Ciebie uwage i Ciebie zaluje. Wyobrazam sobie Twoja ¨dume¨, kiedy piszesz, ze oj, nawet psycholog nie ma dla Ciebie rozwiazania (¨a psycholozka mi mowi, ze nie nauczy mnie chodzenia na palcach przy mezu¨- zdanie, ktore namietnie powtarzasz), fajnie jest byc ¨beznadziejnym przypadkiem¨, to dobre usprawiedliwienie do nicnierobienia i tkwienia w bagnie. A przeciez wszystko wiesz! Doskonale wiesz co zrobic! Jesli do tej pory nie podjelas zadnej decyzji, to dlatego, ze w jakims stopniu taki zwiazek Tobie po prostu odpowiada. Byc moze nie potrafilabys byc w innym. Najwyzszy czas sie przyznac do odnoszenia wymiernych korzysci z przemocowego zwiazku. Nie trzeba przyznawac sie nam, forumkom, wystarczy sobie przed lustrem. Dlatego uwazam, ze wina lezy najczesciej po dwoch stronach. Bo kobieta wybrala sobie wlasnie takiego faceta (przez wzroce rodzinne?), bo mimo +30tki wciaz tkaja jakies dziwaczne iluzje i nie sa wstanie realnie ocenic sytuacji. Co wiecej, jestem sklonna stwierdzic, ze sa pewne typy osob, ktore nawet z aniola zrobia przemocowca. Moj byly chlopak wywolywal we mnie wielka chec mentalnego podlozenia mu nogi, wlasnie przez jego zerowe poczucie wlasnej wartosci i wyniesione z domu (matka!!) przekonanie, ze kobiete nalezy bezgranicznie wielbic, chocby nie wiem co. Nie mialam do niego szacunku i dawalam temu upust. Zwiazek zakonczylam wlasnie z powodu totalnego braku szacunku. I nie, nie uwazam sie za przemocowca. W podobny sposob widze autorke; jako osobe bez kregoslupa, ktora cala swoja wartosc zlozyla na barki meza. Maz obczail wladze i zdecydowanie nauzywa. Teraz do autorki nalezy ruch. Zdecydowanie polecam terapie grupowa. sebalda napisała: > . > Bardzo symptomatyczne jest też to, że problem dotyka także silnych kobiet. Nigd > y nie miałam się za ofiarę, potrafię być silna, ostro bronić swojego zdania, po > lemizuję do upadłego nie raz, a mimo to tkwię w takim związku:( > Odpowiedz Link Zgłoś
cherry-cherry Wina nie lezy po srodku, tylko tam gdzie lezy 29.09.12, 18:32 xika_da_selva napisała: > A przeciez wszystko wiesz! Doskonale wiesz co zrobic! Jesli do tej pory nie pod > jelas zadnej decyzji, to dlatego, ze w jakims stopniu taki zwiazek Tobie po pro > stu odpowiada. (...) > Dlatego uwazam, ze wina lezy najczesciej po dwoch stronach. Bo kobieta wybrala > sobie wlasnie takiego faceta (przez wzroce rodzinne?), bo mimo +30tki wciaz tka > ja jakies dziwaczne iluzje i nie sa wstanie realnie ocenic sytuacji. Sorry xika, ale piszesz takie bzdury, ze az zeby bola. Abstrahuje tu od przypadku Sebaldy, pisze ogolnie. To, ze kobieta do tej pory "nie podjela zadnej decyzji" w sensie ze nie odeszla bynajmniej nie musi wynikac z faktu, ze czerpie rzekomo wielka przyjemnosc z zycia z przemocowcem, czy ze jej to odpowiada. Nie kazda kobieta ma finansowe czy mieszkaniowe zaplecze pozwalajace jej na bezproblemowe odejscie i kopniecie meza w tylek. Nie kazda ma goscinnych rodzicow czy przyjaciol, ktorzy przyjma ja z dziecmi pod swoj dach dopoki nie stanie na nogi. W polskich warunkach sytuacja kobiety, ktora odeszla od meza z przychowkiem moze byc drastycznie trudna, bo kiedy kobieta przeliczy sobie ile bedzie kosztowalo ja wynajecie mieszkania, przeprowadzka, plus oplaty, plus utrzymanie siebie i dzieci, plus caly ten finansowo-techniczno-logistyczny galimatias, to moze sie odechciec radykalnych krokow. Nie kazdy ma ochote tulac sie po domach opieki i innych tego typu instytucjach, godne zycie dzieci tez ma dla matki wartosc. "Kobieta ma pewnie korzysci z takiego zwiazku", piszesz. Smieszne. No coz, prawdopodobnie jedyne korzysci, ktore taka kobiete trzymaja przy mezu sa natury materialno-mieszkaniowej. To jest niestety proza zycia. Nie kazdy da rade nakarmic dzieci z jednej pensji, plus jeszcze wynajac mieszkanie i ulozyc sobie reszte spraw. Spytaj lepiej taka kobiete, co by zrobila, gdyby wygrala milion w totka. Pewnie bez wahania padlaby deklaracja, ze natychmiast by sie wyprowadzila i ulozyla sobie zycie bez meza. No i wreszcie te durne slowa o winie, ktora lezy posrodku. Rzeczywiscie, wielka "wina" kobiety jest fakt, ze podswiadomie wybrala sobie takiego partnera z powodu wzorcow w rodzinnym domu. Albo ze partner pokazal swoje prawdziwe oblicze dopiero po pewnym czasie zwiazku, np. po urodzeniu dziecka, kiedy milosc mu oslabla (i w zwiazku z tym starac sie juz nie musi), a kobieta utracila swoja niezaleznosc. Jak sama piszesz, przemocowosc nie musi byc czynnikiem stalym, moze sie objawiac jedynie w pewnych warunkach. U ciebie objawiala sie wtedy, kiedy partner okazywal swoja slabosc i miekkosc charakteru. Nie sadzisz, ze ci faceci maja podobnie? Kobieta udupiona w domu, nie majaca mozliwosci odejscia czy zrobienia mu z dupy jesieni sredniowiecza (bo dzieci sluchaja) => wtedy on postrzega ja jako slaba i jezdzi po niej jak po lysym koniu. To powoduje swoista eksalacje - z czasem w kobiecie maleje poczucie wlasnej wartosci i juz ma coraz mniej sily zeby sie bronic. A im jest slabsza, tym bardziej on atakuje. Dziwne, ze ty tego nie dostrzegasz i jeszcze chrzanisz o "wspolnej" winie. Odpowiedz Link Zgłoś
agcerz Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 18:36 Wątek nie jest o Sebaldzie. Ona nie odchodzi od męża m.in. dlatego, że jest katoliczką. Nikt, zupełnie nikt nie zasługuje na przemoc. To, o czym piszesz, to raczej wiktymologia - profil typowej ofiary przemocowca. Bo jeśli myśleć twoimi kategoriami, to ofiara gwałtu miała za krótką spódniczkę. Odpowiedz Link Zgłoś
xika_da_selva Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 18:49 Nie uwazam, ze wina lezy TYLKO po stronie autorki watku i absolutnie nic nie usprawiedliwia zachowania jej meza. Przyklad o minispodniczce tez jest conajmniej nietrafiony. W moim poprzednim poscie pisalam, jestem pewna, ze autorka za jakis czas bedzie wiedziala co robic. Mnie teraz chodzi o utrzymanie utkanej iluzji, a to wlasnie robilla autorka do tej pory. Troche ten brokat z obrazka cudownej rodziny teraz opada- i to bardzo dobry znak i punkt wyjscia- dlatego tez nalezy byc w stosunku do siebie teraz surowym: przyjac na klate pewne zle decyzje, ze sie tkalo iluzje, ze sie czegos nie widzialo- w tym moze pomoc np terapia- uswiadomic sobie schematy i mechanizmy, zastanowic sie dlaczego autorka zwiazala sie wlasnie z tym mezczyzna, a nie innym: to o tej ¨winie¨ pisze. Pomyslec racjonalnie o bledach jakie popelnila i jak to wszystko mozna zmienic. Nie ¨jak zmienic meza¨, ale jak zmienic dynamike zwiazku przez wlasne zachowania, lub rozstac sie- dlatego tez nie zgadzam sie na robienie z autorki ofiary- bo ona tego nie potrzebuje, ona juz to wie i do nastepnego kroku niepotrzebne jej sa glaski ¨oj, ale ty biedna jestes, wez go rzuc¨, tylko konkretne i racjonalne decyzje, np. o terapii, zwlaszcza grupowej, ktora goraco polecam. Odpowiedz Link Zgłoś
squirrel9 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 22:18 Uważam, że to niesprawiedliwe obarczać kogoś winą albo choćby współwiną (w łaskawości swojej nie uważasz, ze ponosi winę całkowitą, co jest ... delikatnie mówiąc zaskakujące) ze cudze deficyty i to, że tych deficytów nie zniwelowała. To dokładnie tak jakbyś obarczyła współwiną (w łaskawości swojej nie uznała całkowitej winy) ze to, ze druga strona związku jest seksocholikiem , hazardzistą, alkoholikiem, nakomanem (niepotrzebne skreślić). Bo człowiek z "deficytami" ma prawo je mieć (czy kobieta także?) a druga strona ma być na takim poziomie świadomości zagrożeń (po psychologii?) by zdawała sobie sprawę ze wszelkich zagrożeń i je pacyfikowała. A życie jest inne. Często zanim kobieta spostrzeże się i zrozumie, że facet który ją od okazji do okazji i coraz częściej i mocniej po prostu gnoi, bo jest zwykłym przemocowcem, to słucha takich jak ty, że wina lezy pośrodku, że może ona ponosi całkowitą winę i że powinna sama wiedzieć, co robić, że w każdym małżeństwie są spory i że pozłotka z romantycznego wyobrażenia opadła i że takie jest życie. A życie takie wcale nie musi być. Odpowiedz Link Zgłoś
xika_da_selva Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 23:20 Nie zrozumialysmy się. Nie zrzucam winy na autorke za deficyty meza, i zeby było jasne: zachowanie faceta jest wg mnie karygodne. W kazdym z moich postow jednak jasno pisze, ze autorka nie ma zadnej mocy, by meza zmienic, tak samo jak nie ma zadnej wladzy nad jego deficytami (czyli dokladnie odwrotnie niż to co mi sugerujesz). Dlatego tez uwazam, ze ofiara przemocy, kiedy już ma bardziej realistyczne-nierzadko bolesne- spojrzenie na związek, nie powinna zastanawiac się, jak zmienic przemocowca, myslec o ja biedna, on jest taki zly, okrutny, a ja dla niego taka dobra bo to jest wlasnie tkwicie w roli ofiary, chocby było prawda objawiona. Powinna myslec, jak zmienic siebie, zeby z tego związku wyjsc, albo moc w nim istniec bez szwanku dla swojej integralnosci psychicznej i fizycznej. Autorka podjela pierwsze kroki- zaczyna obserwowac swoj związek z bardziej krytycznej strony i to się chwali. Dlatego tez jestem pewna, ze za jakiś czas zdecyduje się przynajmniej na terapie: dla siebie, a nie dla uzdrowienia związku. Wtedy będzie latwiej o decyzje większego kalibru. Odpowiedz Link Zgłoś
ochyiachy Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 30.09.12, 13:35 Otóż to, dokładnie to chciałam napisać. Też uważam, że za mało mówi się o przemocy w rodzinie i nie dostrzegam, albo przynajmniej przestałam słuchać, że szafuje się pojęciem "przemocowiec". Wg mnie trzeba nazywać rzeczy po imieniu i na pewno nie nazwałabym przemocowcem osoby, która np. na moje: "może mógłbyś sprzątnąć z parapetu brudne majtki i skarpetki" odpowie: "ok, już sprzątam", "ok, zaraz sprzątnę", "ok, sprzątnę za chwilę, bo teraz robię coś innego", "ok, nie złość się tak" itp. Nazwę jednak przemocowcem, kiedy w podobnej sytuacji usłyszę: "jak ci się nie podoba, to nie wchodź do tego pokoju", "rządzić możesz sobie gdzie indziej", "wydaje ci się, że taka jesteś doskonała, spójrz na swoje brudne majtki", "odezwała się ta, co jest taka porządna" itp. Osoba, która żyje z przemocowcem ma bardzo dużo na głowie i naprawdę nie do niej kierowane są słowa o "ciągłej pracy nad związkiem", bo sama nic nie zmieni. Można to odnieść do względnie normalnych związków, gdzie pewnych rzeczy się uczymy nawzajem, gdzie chcemy dyskutować, polemizować, nawet spiąć na różne tematy. Tu nie można, bo nie ma rozmowy, druga strona nie reaguje, jest gdzieś poza tym, chce rywalizować, dominować, udowodnić swoją wyższość, często ze strachu o siebie wypowiada słowa zupełnie nie związane z tematem, czuje się ciągle zagrożona, wydaje jej się, że musi czuwać, bo inaczej pozwoli się zdominować. Przemocowiec to naprawdę nie jest ktoś z wadami, jak każdy, które wystarczy bądź zaakceptować, bądź delikatnie, sposobem i konsekwencją zmieniać - to byłaby normalna praca nad związkiem. Przemocowiec nie ma wad, przeważnie na zewnątrz chwali się ciągle swoimi osiągnięciami, opowiada do znajomych i rodziny, jaki jest dobry, jak wiele potrafi zrobić, jak inni powinni się doszkolić, więcej uczyć, czytać, żeby mu dorównać. Generalnie rodzina i znajomi (jakaś garstka, z którą jeszcze czasami utrzymuje kontakt) uważają go za świetnego człowieka, kochającego rodzinę, oddanego, usłużnego, serdecznego, takiego, który nie skarży się na żonę, wręcz ją chwali. Gorsza jest żona - opowiada, że jej źle, że mąż ją lekceważy, poniża, nie słucha jej. Zaczynają się podejrzenia, że chyba z nią coś nie tak, taki fajny człowiek, taki pomocny, dobry, to chyba ona ma za wysokie wymagania, i dlaczego w ogóle uskarża się na niego, on przynajmniej ma klasę, bo tego nie robi itp. Przynajmniej w moim przypadku wszyscy wokół byli przekonani, że mam najwspanialszego faceta, że na pewno dostaję śniadanie do łóżka, że robi zakupy, sprząta, gotuje, nawet piecze ciasta, wychodzi z dziećmi na rower, na basen, czyta książki na dobranoc itp. Otóż mój partner owszem POTRAFI robić to wszystko i to była pułapka, jeśli chodzi o związanie się z nim. Śniadanie zrobił mi od przypadku, kiedy akurat nie był obrażony, normalnie nie da się z nim uzgodnić, że np. posiłki w sobotę i w niedzielę staramy się jeść razem z dziećmi przy stole, ponieważ twierdzi, że nie żyje pod linijkę i chce mieć w domu luz (co jest zrozumiałe, tu akurat w innym sensie), zakupy robi, kiedy ma ochotę. Gotowanie: jak zakupy. Sprzątanie: raz na kilka tygodni, dzień i godzina nieokreślone, też, kiedy ma ochotę i przeważnie potrzebuje spokoju, całego dnia, bo inaczej potrafi sprzątnąć część mieszkania, np. łazienki i kuchni już nie. Aha - sprząta, kiedy kogoś zaprasza(my), czyli rzadko i po to, aby pokazać, jaki jest porządny, żeby goście myśleli, że tak jest zawsze. Pieczenie ciast: robi najlepszą szarlotkę, najlepszy sernik, ale też wtedy, kiedy w ogóle robi. Na ogół dogaduje innym, kiedy coś zrobią, że brakuje cukru, mąki, że za rzadkie, za gęste itp. Na basenie był z dzieckiem trzy razy w roku, na rowerze też, głównie po to, żeby sam miał ruch, nie ze względu na dziecka potrzeby, a bajki czyta, najchętniej te, które on kupi, kiedyś kupiłam kilka bajek odpowiednich dla wieku, przeczytał dwie po czym kupił takie, które sam wybrał i zaczął te czytać. Mimo, że M. potrafi wiele, dom nie zachęca do odwiedzin, do wpadania znajomych, do radości, śmiechu itp. Nawet jeżeli ja wyobrażam sobie inaczej i dążę do tego, jestem bądź słownie stopowana, bądź stawiana przed faktem dokonanym, np. on się spóźni, nie zdążę czegoś zrobić, obrazi się na mnie i właściwie z czasem odchodzi ochota do zapraszania kogoś do nas. Skądinąd ja też często już nie byłam w nastroju na spotkania. Można by powiedzieć - przewrażliwiona, nie uskarżaj się, mają gorzej, postaraj się zadbać o siebie, o swoją wartość, ogarnij się, poczujesz się lepiej. Z zewnątrz jest to takie proste, zrozumiałe zresztą, jeżeli ktoś nie zaznał życia z przemocowcem. W czterech ścianach nie jest to do zniesienia i do rozwiązania. Jakiekolwiek próby przeforsowania mojego pomysłu działają tylko na chwilę (pułapka) lub w ogóle jest poddana w wątpliwość moja inteligencja, błyskotliwość, zaradność itd. W domu i w życiu panuje anarchia, bałagan i za to też obwiniana jestem ja. Nie można powiedzieć, że się nie staram, staram się porozumieć przede wszystkim, na marne, nie da się też powiedzieć, weź się za siebie, wzmocnij, odbuduj swoją wartość, wszystko potoczy się inaczej. Nic nie potoczy się inaczej, bo celem partnera jest umniejszanie tej wartości, ciągłe i bezustanne, na chwilę można się oczywiście poczuć lepiej, ale to niczego nie zmieni. W przypadku autorki tekstu widać, że jej zależy, jest miła, serdeczna, ciepła i zakochana, i... nie zasługuje zwyczajnie na takie traktowanie, jakie oferuje jej mąż. Tak po prostu. Z miłości, z chęci budowania związku, który miałby rokować dobrze na przyszłość tak się nie postępuje. Jak Ona ma się zmienić, w jaki sposób ma postępować, żeby nie słyszeć i nie odczuwać, tego, co słyszy i odczuwa? Jest raniona. I choćby zmieniła podejście, przypuszczam, że on nie zmieni podejścia do niej, to nie ten typ. On będzie "inny", kiedy On będzie Jemu posłuszna, kiedy nie będzie miała oczekiwań, wymagań, własnych marzeń i wyobrażeń, inaczej mówiąc, zatraci siebie, a wtedy pogubi się jeszcze bardziej i już nie będzie wiedziała, kim jest i czego chce. Chyba jednak nie tak powinien wyglądać związek? Odpowiedz Link Zgłoś
ochyiachy Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 30.09.12, 13:53 w poście odniosłam się do Squirrel i jeszcze jedno z ostatnich obserwacji i rozmyślań. Podbudowanie siebie samej spowodowało jedynie to, że moim celem staje się wyjście z tego związku. I radość zaczyna mi sprawiać myśl, że kiedyś będę z dala od niego, od jego problemów, zaczynam mieć przestrzeń w głowie i zaczynam marzyć o innym życiu, bez względu na to, czy i ewentualnie kiedy to nastąpi, sama myśl dodaje mi skrzydeł. To jest niewątpliwy plus odejścia od roli ofiary. Nie zmienia to jednak relacji w związku. Po prostu w pewnym momencie ja też przestałam dbać o NAS i zaczęłam myśleć o SOBIE i oczywiście o dzieciach. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re:Ochyiachy 30.09.12, 15:57 Jak dziwnie czyta się tekst zupełnie obcej osoby, ktorej życie i związek jest tak podobny do mojego. Masakra. Nieprzewidywalność, wpędzanie ofiary w ciągłą niepewność. Mówi: zaproś koleżanki na urodziny, będzie miło. Na drugi dzień przy śniadaniu urządza karczemną awanturę, bo ośmieliłam się wyrazić swoje zdanie (cicho, pod nosem, nic strasznego). I foch. Nie wiadomo, co dalej, zrobi zakupy i obiad jak zwykle czy wróci do domu dopiero w nocy. O zaproszeniu koleżanek nie ma mowy, bo nie wiadomo, jak będzie w domu, czy atmosfera na to pozwoli. Odechciewa mi się wszystkiego:( I tak jest w kółko, zawsze, od tylu, tylu lat. Też jestem zdania, że w związku mogą się zdarzać kłótnie. Ale niech to będą kłótnie, a nie awantury, niech to będzie kłótnia partnerów, a nie armagedon z wyzwiskami i wrzaskami. Prośba o wyrzucenie papierka, skarpetek, ręcznika (nawet nie uwaga, ale prośba): o, znowu się przypier..ala!!! Tak wygląda moje czepianie się i dręczenie męża i jego reakcja na to. Ochyiachy, masz jakieś zaplecze, pomoc, wsparcie? Jak w tym wszystkim dzieci? Przepraszam autorkę za offtopic, ale tak się czasem składa na forach, zresztą tak po prawdzie, to przecież też o niej:( Odpowiedz Link Zgłoś
kropeczka455 Re:Ochyiachy 30.09.12, 22:17 sebalda napisała: > Jak dziwnie czyta się tekst zupełnie obcej osoby, ktorej życie i związek jest t > ak podobny do mojego. Masakra. Zycie jest jedno i takie krotkie. Czemu tkwisz w zwiazku który od lat Cie rujnuje. Mąż podcina CIiskrzydła. Twoje zycie to niewola wiec najwyższa pora uwolnić sie od tyrana. Masz mala odskocznie wirtualną na forum, wyżalisz sie i wracasz do piekła jakie masz w swym wlasnym domu. Moim zdaniem jesteś uzależniona od emocji swego męża, nie potrafisz zyć jak Ci nie dokopie psychicznie i jak nie upodli. Miej szacunek dla siebie!!! Kowalem swego szczęścia każdy jest sam. CZEGO SIE BOISZ??? ODWAGI !!! Złóz pozew rozwodowy a zobaczysz że Twój mąż psychol dostanie wytrzeszu oczu bo po kilkunastu latach zona obudziła sie z letargu i nie pozwala sobą pomiatać. Jesteś wartosciową osobą i zasługujesz na szczęście. Odpowiedz Link Zgłoś
squirrel9 Re:Ochyiachy 01.10.12, 14:20 W przeciwieństwie do Tołstoja, który pisał, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób, uważam, że wszystkie przemocowe rodziny są do siebie podobne. Opisujecie dziewczyny dawne życie ex-szwagierki mojego męża i ex-żony mojego kuzyna. I jedna i druga opisywały dokładnie ten sam system tworzenia terroru w domu, zachowania czepiacko-agresywne podszyte pogardą i stała niepewność o to jak to się dziś pan i władca zachowa i o co będzie awantura. Po kilku latach takiego związku pan i władca odbierany jest na zewnątrz jako wyluzowany super-gość a jego zona jako znerwicowana wariatka. Agresja rodzi agresję. Moim zdaniem agresywnych ludzi nalezy omijać szerokim łukiem. Z agresywnym człowiekiem nie tylko nie ma wymiany zdań ale i normalnego zycia. Agresywny człowiek powinien się leczyć, powinien iść na terapię. Mój szwagier chodził na taką, gdy żona go zostawiła, ale ona już nie dała mu szansy (jakoś jej się nie dziwię). Na początku właściwie dziwił się o co jej chodzi, jak miała do niego pretensje to mogła to powiedzieć, jak jej się coś nie podobało to mogła o tym mówić. Uważał, że on był ok. Gdy już dotarło, ze żona może nie wrócić (i dzieci też) zapisał się na jakąś terapię. Starał się jej cos udowadnić, ale już był bez szans. Ma drugą żonę i z obserwacji zachowania jego żony (ma swoje hobby, oddzielne pieniądze, ustaliła podział obowiązków w domu) sądzę, że zachowuje się zupełnie inaczej. Ludzie często zachowują się tak jak im na to pozwalamy. Oczywiście, jest to spore uproszczenie, bo czasem w sytuacjach w których nie ma się wyboru - małe dziecko/dzieci, brak pracy, choroba - z drugiego człowieka wychodzi brak człowieka. Tylko wtedy trzeba sobie przewartościować pewne sprawy i najpierw w głowie ułożyć sobie życie samej. I poczuć, że bez tej agresji życie będzie fajniejsze. Jeśli facetowi pozwala się na takie zachowania przez wiele lat, to nie wiem jakie są szanse na zmianę tego. taki pewnie myśli, jak mój szwagier kiedyś, że on jest ok, że jakby nie był w porządku to żona by sobie na to nie pozwalała. Może trzeba nim porządnie "tąpnąć" np. zacząć żyć własnym życiem jakby go nie było. Chyba niewiele się ma juz do stracenia. Pewnie radzić innym jest prosto ... sorry ... Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Squirrel9 01.10.12, 15:32 >Jeśli facetowi pozwala się na takie zachowania przez wiele lat, to nie wiem jakie są szanse na zmianę tego. taki pewnie myśli, jak mój szwagier kiedyś, że on jest ok, że jakby nie był w porządku to żona by sobie na to nie pozwalała. Może trzeba nim porządnie "tąpnąć" np. zacząć żyć własnym życiem jakby go nie było. Chyba niewiele się ma juz do stracenia. Moja droga, bardzo dobrze rozumiesz mechanizmy przemocowe, fajnie się Ciebie czyta, ale z jednym muszę skorygować. Tąpnięcie ani tutapnie nic nie daje. Ja jestem pyskata nie tylko na forach, nie daję się, nie jestem typem ofiary, nie pozwalam na TAKIE zachowania, daję im odpór, a co najważniejsze, mam swoje życie, jestem dość niezależna, ale tak naprawdę nic to wszystko nie zmienia w mojej sytuacji. Może tylko sprawia, że nie straciłam do siebie resztek szacunku. Ale męża moja niezależność i mój opór w niczym nie stopują, nie hamują. Wręcz przeciwnie, rozdrażniają jeszcze bardziej. Mitem jest teoria, że zmiana w kobiecie wpływa na relację w przemocowym związku. Przemocowca nic nie powstrzyma, od przemocowca się ucieka. Tyle, że trzeba mieć na to siły, a po latach tych sił pozostaje niewiele:( No i ten milion w totka nie chce się trafić:P Odpowiedz Link Zgłoś
cherry-cherry Re: Squirrel9 01.10.12, 18:19 Sebaldo, takim tapnieciem nie bedzie zwykle stawianie sie, okazanie sprzeciwu, czy jakakolwiek forma zwyklego protestu ze strony kobiety. Bo to dla niego tylko element gry w "kto kogo". Tapnieciem moze natomiast byc bardzo radykalne posuniecie, czyli wyprowadzka, zlozenie pozwu o rozwod czy jakiekolwiek inne okazanie, ze kobieta niniejszym wykopuje faceta ze swojego zycia. Jezeli jeszcze w dodatku pojdzie ona za ciosem i naprawde podejmie te kroki, moze osiagnac jedna, jedyna rokujaca reakcje u meza : podjecie terapi. I nie powinna nawet myslec o powrocie dopoki on tej terapii pomyslnie nie zakonczy. Natomiast pod zadnym pozorem nie powinna dac sie uglaskac obietnicami cudownej przemiany i dac sobie zamydlic oczy, ze on "zrozumial", ze sie poprawi itp. Bo to najprostsza droga do recydywy, przy czym kobieta wracajac do meza jedynie na podstawie takich czczych deklaracji straci na wiarygodnosci. Odpowiedz Link Zgłoś
squirrel9 Re: Squirrel9 06.10.12, 16:29 Masz rację. Widziałam przeobrażenia jakie następowały u mojego szwagra, gdy żona wystawiła go za drzwi, widziałam takie przeobrażenia u mojego kuzyna, gdy żona spakowała dziecko i wyprowadziła się. Najpierw "ja jej pokażę" i foch, niech przyjdzie na kolanach i błaga, potem jakies szantaże, że winna rozpadu wspaniałej rodziny i dzieci na poniewierkę naraża, straszenie, że się nie będzie poczuwał przekładane "dawaniem jej ostatniej szansy". A gdy mieli już papier z sądu w ręce nagle okazywało się, że chcą współpracować. Że być może jakaś wina jest po jego stronie ale przeciez mogła mu to powiedzieć, może pójśc na terapię ale razem bo wina pośrodku, potem już poszedłby nawet sam byle ona się rozmysliła i odstąpiła od rozwodu. Problem w tym, że kobiety robią to, gdy już dostaną tak w kość, ze już nie ma odwrotu, gdy już nienawidzą. Nie potrafią zrobic tego na zimno, racjonalnie mysląc, że gorzej już nie będzie i dając ultimatum - albo albo : "mnie jeszcze zależy i robię to dla nas". Odpowiedz Link Zgłoś
cherry-cherry Re: Squirrel9 06.10.12, 19:07 > Problem w tym, że kobiety robią to, gdy już dostaną tak w kość, ze już nie ma o > dwrotu, gdy już nienawidzą. Swieta prawda, na takie kroki kobiete stac na ogol tylko wtedy, kiedy cala soba poczula, ze juz faceta nie kocha, ze juz wrecz nie moze na niego patrzec. Dlatego w tym przypadku dawanie szansy nie ma sensu, bo kobieta ma tak serdecznie dosyc tego zwiazku, ze juz nie da rady sie niczego posklejac. Wisienka na torcie jest wtedy stwierdzenie przemocowca "aha, nie chcesz dac mi szansy, widac, ze nigdy mnie nie kochalas". A kobiecie po raz dwudziestotysieczny opadaja rece do samej ziemi... Odpowiedz Link Zgłoś
mokryleon Re:Ochyiachy 03.10.12, 02:08 Bardzo dziękuję za WSZYSTKIE odpowiedzi! Jestem niezwykle zaskoczona kiedy podczas czytania fragmentów portretujących Wasze prywatne życie, stwierdzam, że kreślą moje odczucia z dużą dokładnością. W szczególności mam na myśli ten strach, czy raczej obawę przed mężem, przed jego reakcją oraz wrażenie chaosu w życiu domowym i moim wewnętrznym. Wszystkich Was serdecznie pozdrawiam i życzę żebyście potrafili pokierować swoim życiem tak, żeby wynagrodziło Wam wszystkie bolesne doświadczenia. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re:Terapia 03.10.12, 10:35 Droga autorko, czy masz możliwość poddania się terapii? Bo słusznie podejrzewasz, że problem jest w Tobie. To znaczy w Twoim pogubieniu, do jakiego doprowadził Cię Twój "dobroduszny" mąż. Jak możesz o kimś, kto tak Cię niszczy (i nie chodzi tylko o brak czułości) pisać "dobroduszny człowiek"? Nie czujesz fałszu tej fasady? Czy dobroduszny człowiek może niszczyć najbliższych? Jeśli nic nie zrobisz ze swoim życiem, za kilka lat będziesz bezsilnym świadkiem, jak on niszczy Wasze dziecko, bo ten typ człowieka na pewno będzie mu stawiał wysokie wymagania, a dla dziecka to bardzo trudny do udźwignięcia ciężar. Przy swoim uwielbieniu dla męża nie będziesz umiała się przeciwstawić dyscyplinie i krytyce, jaką on będzie stosował wobec dziecka. Spróbuj sobie to już teraz wyobrazić, jesteś mądrą i wrażliwą osobą, wyobraźni Ci na pewno nie zabraknie. Odpowiedz Link Zgłoś
zosiasamosia_wawka Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 01.10.12, 15:01 Ze związku przemocowego trudno jest się wyzwolić bo najzwyczajniej huśtawka nastrojów uzależnia. Nic że źle ale nie znasz dnia i godziny kiedy pan będzie miał dobry humor. Musisz się starać by zasłużyć choćby na uwagę, nawet jeśli to jest uwaga negatywna. Emocje negatywne a czasem miła chwila od pana to wszystko jest jak opium. Pan urasta do roli Boga. Skoro może popsuć nam samopoczucie, poprawić samopoczucie jest naszym władcą, w tym sensie składamy w jego ręce nasze życie. Jednym słowem jesteśmy współuzależnione a to nie takie proste uciec z tego...bo co w zamian dostaniemy? Lepsze znane zło...które często jakoś w czterech ścianach funkcjonuje... Odpowiedz Link Zgłoś
squirrel9 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 22:44 Nie wszystkie zachowania powinno się wrzucać w "przemoc domową". Jeśli przez wiele lat przyzwyczaiło się męża do obsługiwania go (pranie, prasowanie, sprzątanie, gotwanie, zakupy, zajmowanie sie dziećmi i praca zawodowa), zauswając jak robot wieloczynnosciowy to nie ma co sie dziwić, że facet nie da się zagonić do robót domowych i traktuje żone jak matkę. Nikt nie docenia pracy gosposi. Czym innym jest jawne lekceważenie żony i okazywanie jej pogardy. Takie sprawy należy rozwiązywać szybko. Ja lubię prasować, zbieram sobie stertkę i przy nagranych programach (jakaś turystyka, rozmowy na religii tv, kulinarne) prasuję to wszystko. Nawet majtki. Jednak gdy drugi raz z ust mojego męża w mojej obecności usłyszałam jakieś pogardliwe słowa o kobietach realizujących się przy desce do prasowania - przestałam prasować jego rzeczy. Wcześniej miał zawsze kilkanaście koszul z krawatami przygotwane do założenia + koszule sportowe + T-shirty wyprasowane, na wieszakach. Od kilku lat prasuje sobie sam. Jak potrzebbuje mieć garnitur super-odprasowany najwyżej w necie znajadę mu najbliższą pralnię. Jeśli człowiek pozwoli sobie na lekceważenie, w domu, w pracy, to miernota po prostu będzie go lekceważyła coraz bardziej. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 29.09.12, 23:58 Squirrel9, bardzo mądrze prawisz. Nie wiesz, jak ważne jest tak mądre i pełne zrozumienia podejście do tematu. Ja wiem, że dla osoby, dla której tego typu manipulacje są jak bajka o żelaznym wilku, problem przemocy psychicznej jest niepojęty, pogodziłam się już z tym, ale tym bardziej cieszą takie mądre wypowiedzi:) Z prasowaniem mam identycznie niemal. Lubię, to mnie wycisza, nigdy nie myśli mi się tak jasno i spokojnie jak nad deską do prasowania:) Serio. Nie znoszę prac domowych, wycieranie kurzy jest dla mnie wielką udręką, ale prasowanie to coś szczególnego:) I identycznie jak u Ciebie, przestałam prasować mężowi. Bo sprzątanie, gotowanie, pranie - to rzeczy robione dla wspólnego komfortu, prasowanie jego rzeczy jest ukłonem w jego stronę, jest czymś, co robiłam chętnie, dopóki nie zrozumiałam, co on ze mną zrobił przez tyle lat. O ile tkwię z nim pod jednym dachem, bo nie mam póki co innej możliwości, o tyle nie obsługuję go już w żadnym zakresie. Przynajmniej tyle mogę:P Odpowiedz Link Zgłoś
kristina_barcelona Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 30.09.12, 16:22 On jest poprostu idiotą!!! Myślę, że w związku byłaś dla niego za dobra i dlatego CIę nie szanuje - bo to co opisujesz to zwykły brak szacunku - dla Twoich zainteresowań, zwyczajów i potrzeb. On uważa siebie za pępek świata i uważa, ze wszystko co najlepsze to to co on wymysli i robi i nie ma lepszego stanu bycia niz jego. Wyslij go do psychologa albo udajcie sie razem do psychologa, a Tobie polecam "dlaczego mezyzni kochaja zołzy" i "dlaczego mezczyzni zenia sie z zolzami" Odpowiedz Link Zgłoś
czargor1 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 01.10.12, 13:12 Moim zdaniem chyba z byt bardzo się starasz a on i tak tego nie zauważa. Przestań to robić zacznij go nie zauważać tak samo jak on nie zauważa ciebie i twoich potrzeb miałem to samo ale żona w końcu otworzyła mi oczy dopóki nie zrozumiałem ze mogę to wszystko stracić a zależało i zależy mi na rodzinie. Jeśli facet nie zwróci na to uwagi i nie będziesz widziała ze jest mu z tym źle a wręcz przeciwnie to powinnaś pomyśleć o innym rozwiązaniu chyba wiesz jakim. Odpowiedz Link Zgłoś
mokryleon Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.10.12, 01:09 "...I czy warto czy nie warto, mocną wódę leję w gardło by ukoić żal..." Odpowiedz Link Zgłoś
mokryleon Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.10.12, 01:12 www.youtube.com/watch?v=4FHMX64-jDc&feature=related Odpowiedz Link Zgłoś
ruscello Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.10.12, 11:05 Mój ojciec jest taki jak mąż Mokregoleona. Wynika to z relacji w jego rodzinie, kompleksów, itd. I to się nigdy nie zmieni, bo dla niego nie ma problemu. Mamę mam cudowną, ale jak tylko mogłam, ograniczyłam kontakty z nimi obojgiem. Jej miłość i wsparcie nie niwelują krzywd psychicznych, które mi wyrządził. Mam żal do mamy, że nie zmusiła go do terapii albo od niego nie odeszła. Mając 8 lat modliłam się o rozwód rodziców. Nienawiści do ojca już dawno nie mam, ale nigdy nie będę mieć dobrych relacji nawet z ukochaną mamą. Terapia kobiety pomoże jej, ale nie pomoże jej dziecku czy dzieciom. Jedynym wyjściem jest zmuszenie mężczyzny do terapii, np.grożąc odejściem-wybierze odejście, to tym lepiej dla kobiety i rodziny. Odpowiedz Link Zgłoś
kobieta_z_polnocy Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.10.12, 12:51 Przeczytałam cały twój wątek i oczywiście nie znam odpowiedzi na twoje pytania, ale uderzyły mnie dwie sprawy w twojej historii: 1) Uważam, że twój mąż niespecjalnie ciebie lubi jako człowieka. Czy zawsze tak było i czy wynika to z twojej osobowości, czy z samego faktu bycia kobietą - nie sposób mi stwierdzić. Nie da się jednak ukryć, że cokolwiek nie zrobisz i nie powiesz, bardzo go to zdaje irytować. Ośmielę się stwierdzić, że to twoja (urojona bądź nie) słabość tak na niego działa. Niewykluczone, że twoja uprzejmość i emocjonalność utożsamiane są przez niego ze słabością. 2) Powyższe związane jest również z jego (pozorną) twardością. Zwróć uwagę, że nawet na komplement nie może się zdobyć, bo to w jego oczach odebrałoby mu część autorytetu. Odnoszę wrażenie, że dla niego związek jest polem walki, w której musi być górą. Nie sądź jednak, że on się czuje zwycięzcą zawsze i wszędzie. Czasem tak, ale twoje łzy czy niezadowolenie na niego też źle wpływają i czuje się jak ostatni słabeusz, kiedy musi prosić ciebie o powrót do domu bądź chociażby zająć się tobą w chorobie. Potem musi sobie te poczucie dyskomfortu odbić. Tak naprawdę twój mąż zdaje się walczyć najbardziej z samym sobą i swoimi (wyimaginowanymi) słabościami. Nie wiem, co możesz w takiej sytuacji zrobić. Trudno przestawić percepcję człowieka, zwłaszcza tak nieufnego wobec obcych wpływów jak twój mąż. Pozostaje jedynie budować swoje własne poczucie wartości. Nie ukrywam jednak, że musi to być bardzo ciężkie, jeśli osoba z którą dzielimy życie traktuje nas jak wroga. Co zamierzasz zrobić? Odpowiedz Link Zgłoś
domza2 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 17.11.12, 14:55 Wszyscy tutaj piszą tylko o tym, jaki mąż niedobry, jaka autorka biedna. ALe jest takie zjawisko jak zagłaskanie kotka na śmierć. Żonka w kółko organizuje romantyczne sytuacje, nadskakuje, miła, uśmiechnięta, radosna, nie wie, co to "święty spokój", wymaga komplementów (manipuluje, by je usłyszeć), każde zdanie, nawet takie, że to, co ogląda to "gniot" powala ją na kolana (czyli odbiera poczucie własnej wartości, którego nie ma ) - co do gniota, też tak mówię do męża, a on do mnie i nikt u nas nie jest "przemocowcem". Nie wytrzymałabym z autorką jako mąż nawet roku. Nie lubię ludzi meduz-modliszek, którym do życia potrzebna czyjaś aprobata, wieczne zadowolenie, komplement. To, co się dzieje między autorką a jej mężem to nie jest sytuacja zero-jedynkowa, on zły, ona dobra, uciekaj od niego, bo to podły przemocowiec - ulubione słowo tego forum. To ejst RELACJA, którą tworzy dwójka osób. Ktoś jest nieszanowany, bo sam się nie szanuje; ktoś jest niezauważany, bo ciągle w sposób patologiczny zabiega o zauważenie. Oczywiście, wiele zachowań męża jest po prostu chamskich, ale czy w Waszych małżeńswtach się takie nie zdarzają??? Gdy czytam tutejsze wypowiedzi ta mam wrażenie, że w każdym małżeństwie panuje wyłącznie zgoda, radość, szacunek, brak jest kłótni, sporów, w czasie których człowiek często powie coś chamsko. Same sielanki. A małżeństwo to nie są wakacje, to trudna droga przez wiele ciężkich chwil, przez kryzysy, nawet zdrady itd. Nie wiem skąd to podejście , że ma być wyłącznie fantastycznie, superowo. Zapytajcie małżeństw z 50-letnim stażem, dlaczego prztrwały, czy tam była wyłącznie sielanka. A ja wiem jedno, jak się ma zerowe poczucie własnej wartości to się wchodzi w określoną relację. I tu nie ma mowy o WINIE którejś ze stron, to jest po prostu małżeński problem do przepracowania i już. Autorce z pewnością potrzeba terapia. Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 17.11.12, 16:42 Jasne, jak ktoś ma niższe poczucie swojej wartości, to nie ma innego wyjścia, jak go wdeptać w glebę. Ale to nie jest do końca tak w tym przypadku, bowiem autorka pisała, że wcześniej miała więcej pewności siebie, tylko lata takiego traktowania coś w niej zniszczyły, stłamsiły. I nie dziwota. Faceci często narzekają, że nie są dość kochani i podziwiani, że żony ich nie doceniają. A tutaj niemal peany na temat męża się pojawiły. Autorka jest nadal zakochana i zauroczona "wspaniałym" charakterem pana. Ale to też źle. Za dobra jest, za bardzo się stara. Nie stara się, źle, stara, też źle. Weź tu i dogódź facetom:P Odpowiedz Link Zgłoś
zuzi.1 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 17.11.12, 18:29 Leon powinna swego męza kompletnie olac na jakis czas, traktowac go z buta, jak ostatniego tłuka z garkuchni i na każdym kroku cedzic przez zeby pełne frustracji inwektywy w jego kierunku i powiedziec mu wyraznie, że to za te wszystkie lata poniewierania jej psych. przez męża, a jak mu się nie podoba, to niech wnosi o rozwód, chamidło jedno...:) Daj mu Leon popalic, niech zobaczy co to znaczy życie z chamem, prostakiem i burakiem, niech poczuje jak to jest. Nie odmówiłabym sobie tej przyjemności na Twoim miejscu, oczywiscie nie w obecnosci dziecka. Zastanów się jakie pan ma wady i do czego mozesz się przywalic i jedz po kolei, wada po wadzie wytykaj, osmieszaj, gderaj, aż mu dym będzie szedł uszami ze złości...Zobaczysz, że albo się facet uspokoi albo odejdzie i będziesz miała problem z głowy. Odpowiedz Link Zgłoś
paris-texas-warsaw Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 17.11.12, 22:19 Mokryleonie, przeczytałam sobie Twój post i soro na niego odpowiedzi. Sensowna radę daje chyba przede wszystkim Pani Agnieszka i Ci co Ci radzą terapię. I tym zwyczajnie się zajmij:) Trzeba też pamiętać, że to tylko Twój punkt widzenia jest tu opisany, przy czym uderzyła mnie w Twoim pierwszym poście taka wypowiedź, że widzisz, że Twój mąż ma jakiś problem, po czym wymieniłaś w następnym akapicie cały szereg Twoich własnych problemów związanych z zaburzeniami funkcjonowania i obniżeniem nastroju. Ten ostatni post "zuzi" to jest w ogóle już szczytem braku logiki, a zastosowanie tam zawartych "rad", zwłaszcza przy posiadaniu dziecka (z "podradą" - rób to w "ukryciu" przed dzieckiem czy cos w tym stylu to w ogóle masakra...), raczej i Tobie i dziecku mogłoby jedynie wyrządzić szkody, a nie przynieść pożytek. Już lepsza rada, to się zwyczajnie odizolować, wyprowadzić, uciec, wygonić męża, etc. jeśli nie chciałoby Ci się realnie zająć psychoterapią... Odpowiedz Link Zgłoś
napis_z_obrazka Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 18.11.12, 00:11 Osobiście Twój problem określam syndromem pani Elizy ( Posłuchaj: "Kocham pana, panie Sułku": W większości odcinków jedynymi bohaterami cyklu są tytułowy pan Sułek – niezbyt inteligentny, wieczny uczeń szkoły podstawowej oraz rencistka pani Eliza, która jest jego opiekunką. Czas w tych słuchowiskach płynie zgodnie z rzeczywistym, zatem między pierwszym a ostatnim odcinkiem cyklu mija prawie 30 lat. Niewiele jednak się zmienia: pani Eliza wciąż jest rencistką; pan Sułek mimo podeszłego już wieku wciąż jest uczniem szkoły podstawowej; pani Eliza wciąż bez wzajemności kocha się w Sułku; oboje wciąż mieszkają w rozlatującej się szopie i ledwo wiążą koniec z końcem; pani Eliza wciąż powtarza „Kocham pana, panie Sułku”, a Sułek odpowiada „Cicho, wiem!”. Terapia to szkoła zaopiekowania się SOBĄ! Nie panem Sułkiem. Chyba, że wolisz "podradę";-): ukradkiem do pomidorowej dodać lubczyku... Odpowiedz Link Zgłoś
zuzi.1 Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 18.11.12, 00:53 Zgadzam się, że terapia dla Leona jest niezbędna. Oprócz tego temu panu przydałoby się wylanie "wiadra zimnej wody" na głowę, żeby ostudzic jego zapały do poniżania Leona...zanim się z nim rozwiedzie... Bo moim zdaniem ten pan to przypadek beznadziejny jest... Odpowiedz Link Zgłoś
sebalda Re: Molestowanie moralne 19.12.12, 11:13 www.gandalf.com.pl/b/molestowanie-moralne/ Lektura obowiązkowa dla Mokregoleona i Ochówiachów! I nie tylko dla nich. Książka lepsza niż Toksyczne słowa Patricii Evans. I obszernie opisane przykłady takich właśnie osobników jak Wasi mężowie. Bardzo dokładnie zakamuflowana przemoc, podstępna i nieoczywista. Polecam gorąco. I pozdrawiam serdecznie:) Odpowiedz Link Zgłoś
1zlosnica Re: Nie potrzebuję współczucia, a rzeczowej porad 28.12.12, 02:22 mam ten sam problem z żona co pomoze Odpowiedz Link Zgłoś