alagas
11.02.14, 12:10
Jestem ciekawa Waszego zdania na ten temat, bo do tej pory miałam swoja opinię, którą podzielały osoby znający sytuację. Ostatnio jednak usłyszałam opinię diametralnie inną, którą jestem zdziwiona. Pomyślałam, że być może mój subiektywizm nie pozwala mi dopuścić jej pod rozwagę. Więc dlatego pytam jak Wy to widzicie.
Najpierw fakty:
On i ona poznają się w internecie. Na jakimś czacie towarzyskim, może nawet erotycznym, tu szczegółów nie znam. On - zakompleksiony dwudziestolatek, student w typie prymusa i grzecznego chłopca, znajdujący się z tego powodu troszeczkę na boku studenckiego życia towarzyskiego, bo nie lubi wódki, bo nie przepada za imprezami. Ona - czterdziestoletnia rozwódka, matka dwojga dorastających dzieci, właścicielka niewielkiej firmy. Na razie są nickami, niewiele o sobie wiedzą. Z czasem ona wie o nim wiele, sama nie przyznając się do swojej tożsamości. Gada im się świetnie, więc znajomość rozkwita, całymi wieczorami gadają przez internet, piszą do siebie maile. On wie o niej tylko, że też jest studentką (to akurat prawda, bo zaocznie uzupełnia swoje wykształcenie). Mieszkają od siebie daleko i na razie nie dążą do spotkania, pewnie oboje się go boją. Z czasem dochodzą do tego rozmowy telefoniczne. Po jakimś roku znajomości w końcu decydują się spotkać, gdzieś na neutralnym gruncie. Wtedy w końcu ona przyznaje się, że jest od niego starsza, choć nie wyjawia że aż tyle. Rzeczywiście wygląda młodo, spokojnie może sobie ująć z 10 lat. Nadal nie mówi o sytuacji rodzinnej. Chłopak nawet nie zna jej prawdziwego imienia. Po spotkaniu on wraca zakochany po uszy. Znów listy, przegadane wieczory. W tym wszystkim zamyka się w sobie, nikogo nie dopuszcza do swojej tajemnicy. Być może uważa, że taka znajomość nie spodoba się innym. Jeszcze bardziej unika towarzystwa rówieśników, przed rodziną odgrywa jakiś teatr, byleby nie domyślili się kim jest jego wybranka. Zresztą sam nadal nie wie. Kiedy w czasie rozmowy coś wyskakuje a propos dzieci, ona mówi, że to dzieci jej siostry (której nie ma). Ta sytuacja trwa kilka lat. Kiedy w końcu prawda wychodzi na jaw, on jest już tak zakochany, że nic nie jest dla niego ważne - ani jej sytuacja, ani jej kłamstwa, ani nawet to, że gdzieś tam w swoim mieście ona nie stroni od towarzystwa innych mężczyzn. Chłopak jest znerwicowany, pogubiony, zaczyna mieć problemy z własną psychiką. Wciąż ukrywa tę znajomość przed swoimi bliskimi, choć przypuszcza, że czegoś sie domyślają.
W końcu jej sytuacja kompletnie się zmienia. Firma bankrutuje, ona ma długi, których nie może spłacić. Postanawia wyjechać za granicę. Chłopak szaleje. Wie, że nie jest w stanie jej pomóc finansowo (choć już skończył studia i pracuje). Podejmuje różne dziwaczne kroki. Przyznaje się w końcu rodzicom do całej sytuacji i prosi ich o pomoc, próbuje sam sobie załatwić pracę za granicą i wyjechać razem z nią. Ona protestuje. Nie chce, żeby z nią jechał, nie chce pomocy ze strony jego rodziny, uznaje, że muszą się rozstać. Chłopak odchorowuje całą sytuację, podnosi się z depresji dopiero po roku. Ona kilka miesięcy po wyjeździe wychodzi za mąż za bogatego obcokrajowca i wraca do równowagi finansowej.
I teraz wnioski - ja po poznaniu tej historii nie miałam wątpliwości, że wyjątkową beztroską i egoizmem wykazała się ona. W końcu dojrzała kobieta z doświadczeniem życiowym (nieudane małżeństwo, dzieci, własna firma), powinna bardziej trzeźwo myśleć i realniej oceniać perspektywy tego związku. Dla mnie postąpiła egoistycznie, dla zaspokojenia jakichś własnych aspiracji, naraziła młodego, niedoświadczonego, wrażliwego człowieka na traumatyczne emocje. Człowieka, którego podobno kochała. Czy kochając, nie powinna zadbać o jego emocje i widzieć, że nic dobrego z tego związku nie wyniknie? Zwłaszcza, że sama bardzo szybko i bez wątpliwości wyocfała się z tego związku, kiedy nie było to już dla niej wygodne? Pewnie, że miło było mieć młodego, przystojnego kochanka, na pewno to podbudowywało jej poczucie wartości. Miło było spędzać z nim weekendy w luksusowych hotelach póki było ja na to stać. Ale kiedy grunt się zaczął palić pod nogami, wyrzuciła go jak balast i zajęła się swoimi sprawami, w ogóle nie przejmując się tym jak bardzo on to przeżywa.
Tyle ja.
Tymczasem ostatnio rozmawiając o tej sytuacji z kimś innym usłyszałam, że to ona była poszkodowana w całej tej sytuacji. Bo to ona się zakochała, a on nią manipulował, ukrywając ten związek. Że ona tyle czasu czekała aż on się zdecyduje z nią ożenić, wejśc w ten związek "na całość", a nie tylko ukradkiem, "na pół gwizdka". I że jej decyzja odejścia była spowodowana zniecierpliwieniem i zrozumieniem, że ten związek nie jest dla niej przyszłościowy.
A co Wy o tym myślicie?