ola_dom
29.02.16, 21:53
Znowu o tym przeczytałam - tym razem w wątku mani, napisała o niej pade.
Wielokrotnie czytałam o tym, że to właśnie ta relacja między terapeutą a "pacjentem" działa lecząco, że jest konieczna do sukcesu terapii. Że ta relacja jakby zastępuje - albo "prostuje" relację, która w życiu pacjenta była niewłaściwa, albo wręcz jej nie było.
No i nieraz się już nad nią zastanawiałam. Bo ja... nie czuję tej "relacji"...? Nie odnajduję w terapeutce "matki" ani opiekunki, nie czuję, żebym miała z nią specjalną emocjonalną więź,
a zarazem z całą pewnością moja terapia jest skuteczna, terapeutkę lubię i chętnie przychodzę na terapię, także dlatego, że widzę i odczuwam jej dobroczynne skutki.
Właściwie to nie wiem, jak powinnam tę relację odczuwać. Skąd i kiedy wiadomo, że ta relacja została nawiązana? Przecież nie ma żadnych obiektywnych wyznaczników, ale COŚ musi zwiastować, że relacja JEST. Tym bardziej, że tyle się o tym słyszy i czyta.
Co więc znowu robię nie tak? ;)