rozwazna35
09.12.08, 10:45
Zakładałam ostatnio wątek na tym forum pt. Rozwódka - gorszy
gatunek kobiety. Jestem z moim obecnym partnerem 5 lat. 2,5 roku
mieszkamy razem, ja przeprowadziłam się do niego. Moje miasto
rodzinne jest oddalone o 350 km. Jestem po rozwodzie, mam córkę
ośmioletnią. Od momentu zamieszkania razem nie układa się między
nami. Mój partner ma własną firmę, b. dużo pracuje, w soboty
również i większość niedziel. Nie angażuje się w jakąkolwiek pomoc,
bo sam ma mało czasu. Jak tu przyjechałam - do miasta Łodzi, ze
wszystkim musiałam sobie poradzić - gubiłam się w mieście, sama
musiałam się rozeznać jak gdzie dojechać, znaleźć lekarzy, urzędy,
sklepy itp. Na początku przeżywałam duży stres związany z nową
pracą, nowym przedzkolem dziecka. Jak córka zachorowała nie miałam
pojęcia co zrobić - nie mogłam na początku iść na zwolnienie, mój
partner zostawił mnie samą z tym problemem. Próbowałam znaleźć
opiekunkę, nie znając tu nikogo. W rezultacie poszła do przedszkola
z zapaleniem oskrzeli. Potem było wiele innych podobnych sytuacji.
Trochę się polepszyło, gdy jego rodzice mnie zaakceptowali, nie
wiem, może trochę polubili. Ale przed moim przyjazdem byli
przeciwni temu związkowi - syn kawaler. Zaczęli trochę pomagać jak
córka była chora, ale ciagle miałam wrażenie, że robią tak, bo nie
wypada odmówić. Nie widziałam w ich oczach troski i zrozumienia.
Partner w dalszym ciagu nie angażował się - z braku czasu.
Generalnie to mam wrażenie, że jestem tu ze wszystkim sama.
Przyznaję, że może trochę marudziłam i narzekałam, na dojazdy do
pracy - jadę godzinę. Pierwszego roku on zadeklarował się, że mnie
będzie rano zawoził. Potem zrezygnował, bo za dużo czasu tracił. W
rezultacie nieraz zdarzało się, że jechałam nawet 2 godziny,
dzwoniłam do niego, czy może mnie podwieźć, bo stoję i marznę,
odmawiał, choć jego praca polega na jeżdzie po mieście od punktu do
punktu. Razem nigdzie nie wychodzimy, jeżeli już to do znajomych,
gdy nas zapraszają. Sami we dwójkę rzadko, a we trójkę chyba wcale.
Na wakacje nigdzie razem nie byliśmy, choć go namawiałam i
prosiłam. W rezultacie pojechałam sama z córką i moją mamą. On
bardzo długo potrafi być obrażony, pielęgnować urazy. Tak było w
przypadku wyjazdu na wakacje - obraził się na mnie i ciagle ma o to
do mnie pretensje, że jestem nadopiekuńcza w stosunku do córki i
jak zwraca mi uwagę - mi, a nie dziecku, to ja podważam jego
zdanie. To było właśnie powodem, że nie pojechaliśmy nigdzie. Ale
ja myślę, że on nie ma w ogóle takich potrzeb, często krytykował
znajomych, że jeżdżą za granicę, zamiast kupić sobie np. lepszy
samochód. Paradoksalnie on, chociaż tak długo pracuję, jest
minimalistą. Wszystkie pieniądze ładuje w firmę, w mieszkaniu mamy
stare meble, on ma samochód służbowy, dostawczy, na 2 osoby - razem
we trójkę nie możemy więc jeździć. On pociagiem nigdzie nie
pojedzie, bo musi mieć samochód w razie jak by coś się w firmie
działo, żeby od razu pojechać. To myślę, że też jest jednym z
powodów, że nie chce pojechać na wakacje- nie potrafi oderwać się
od pracy, choc latem ma jej mniej. Nic wspólnego nie kupujemy, on
nawet kiedyś kupując drobny sprzęt AGD za 400 zł stwierdził, że
lepiej jak go sam kupi (pytałam czy się dołożyć) bo jakbyśmy mieli
się kiedyś rozstać, to nie trzeba będzie się dzielić. Teraz
twierdzi, że to był żart. O ślubie nie wspominał ani razu odkąd tu
jestem. Ja zaczęłam się dopytywać, bo akurat w sytuacji, gdy jestem
w obcym mieście stał się on dla mnie ważny - dałby mi poczucie
bezpieczeństwa i pewność, że mogę swoja przyszłość tu budować. Nie
jestem nawet zameldowana, mieszakmy w mieszkaniu jego rodziców -
sami, oni wybudowali dom. Ja mam własne mieszkanie w moim mieście -
wynajmuję je. W zasadzie to nasze życie jest ciaglym pasmem
pretensji i zażaleń. Często się kłócimy. Doszło do tego, że nie
widzę żadnej normalności, straciłam ochotę aby gdziekolwiek
wychodzić i organizować sobie wolny czas, bo wszędzie muszę sama
chodzić z moją córką. Nie mam nawet nikogo, żeby tak po prostu
wyskoczyć na kawę - tylko dwie koleżanki z pracy, które mieszkają
daleko, że wyprawa na cały dzień. Chciałam odejść już 2 razy, przed
wakacjami i w sierpniu. Zostałam. Teraz mój partner mówi, że
zniszczyłam jego zaufanie i że go ciągle strasze, że wyjadę. Choć
po wakacjach jak postanowiłam zostać, to próbowałam pogodzić się z
wieloma sytuacjami, że on pracuje, chciałam zmienić moją pracę na
bliższą i lepszą - nawet była okazja, gdyż w pobliżu powstaje nowa
firma. A tu znów przyszedł cios. Mój partner zmieniał samochód w
październiku - ma dwa w firmie, dostawcze, z miejscami na 2 osoby.
No i jeden miał zmieniać, też na dostawczy, ale większy. Miał
możliwość kupić taki, że byłyby 3 miejsca. Dzień przed podpisaniem
umowy oznajmił mi, że jednak kupuje, ale z 2 miejscami, bo jest
promocja i jest tańszy o 8 tys. Koszt tego, który kupił to 37 tys.
Tak zapłaciłby 45 tys. Tłumaczył, że nie opłaca się wyrzucać tylu
pieniędzy, bo on i tak samochód potrzebuje do pracy, a my tak
rzadko razem wychodzimy, że jakby co to pożyczy od rodziców.
Chciałam dołozyc mu te 8 tys.Nie zgodził się. Mówił, że może mi
oddać swój stary za 6 tys, bo daje go w rozliczeniu. Nawet nie
zaproponował, że da mi go taniej. To byl dla mnie wielki cios.
Wszystko runęło, nie liczył się z moim zdaniem, prosbami. Bo mi
chodzi o to, że nie możemy we trojkę nigdzie się ruszyć. On
twierdzi teraz, że to mi samej jest potrzebny samochód, ułatwił by
mi życie. A ja już nie mam siły na kolejne wyzwania. Mam prawo
jazdy, ale nigdy nie jeździłam. Zapisałam się na angielski i miałam
problem, żeby chodzić, bo nie miałam co z córką zrobić, choć lekcje
można było sobie wybrać o różnych porach nawet o 19, 20, albo w
soboty. Jak mojego partnera pytalam o pomoc, to nieraz został z
nią, ale częściej odpowiadał, że on nie wie, co będzie robił w
środę np. Wiem, że mogłabym wynając opiekunkę, uczyć córkę, żeby
sama zostawała. Ale coś chyba we mnie pękło i czuję, że popadam w
straszne przygnębienie, nie mam już siły walczyć z codziennymi
problemami, bo tylko praca, szkoła, dom, bez rodziny, bez
znajomych, bez miłych rzeczy. Po tym fakcie z samochodem nie
odzywał się do mnie przez 1,5 miesiące. Był obrażony, bo po jednej
z kółtni, w niedzielę pojechał do pracy i miał stłuczkę. Twierdził,
że przeze mnie, bo go zdenerwowałam i musiał wyjść z domu, choć
stłuczka nie z jego winy. Po tym 1,5 miesiąca wrogości postanowiłam
wyjechać. Zaczęłam załatwiać córce szkołę. Ale muszę czekać do
końca semestru z przeniesieniem. On jak się dowiedział probuje mnie
zatrzymać, mówi, żebyśmy zaczęli, spróbowali. Ja go nadal kocham,
on ma dobre cechy, jest spokojny, pasowaliśmy do siebie pod wieloma
względami - jedno spojrzenie na wiele spraw. Ale sama nie wiem.
Może żyję wspomnieniami miłych chwil, które były kiedyś. Zabiła nas
rzeczywistość. Nie wiem tylko, czy ja za mało sobie radzę i widzę
wszystko w czarnych barwach, jak on twierdzi, czy rzeczywiście mam
powody. Nawet teraz jak rozmawiam z nim i oczekuję konkretów, np.
pytałam kiedy ślub, to on odpowiada, że za rok jak będzie dobrze. A
ja już teraz nie wytrzymuję takiego zawieszenia i nie chcę,żeby on
ciagle się bał i mnie sprawdzał.